Od kilku lat działające w Polsce firmy regularnie wypłacają swoim zagranicznym właścicielom dywidendy przekraczające 30 mld zł (ten rok może być nieco słabszy: w I półroczu – to właśnie wtedy kumulują się wypłaty – za granicę wypłynęło 19,7 mld zł wobec 21,8 mld zł w podobnym okresie ub.r.). Niemałe kwoty trafiają do właścicieli w postaci odsetek od pożyczek udzielonych polskich firmom. Mimo rekordowo niskich stóp procentowych na świecie, w ostatnich latach w ten sposób przepływało po ponad 10 mld zł rocznie. Zagraniczni właściciele mają jednak również inne możliwości zbierania pieniędzy od polskich spółek: zawierają z nimi umowy, na mocy których polskie filie ponoszą opłaty za korzystanie z logo właściciela albo świadczą na rzecz krajowych firm usługi – informatyczne, konsultingowe i PR-owskie, marketingowe itp.

Kwoty, na jakie opiewają te usługi, są w skali roku porównywalne z wysokością dywidend wypłacanych zagranicznym właścicielom. Można się tego dowiedzieć z opublikowanych kilka dni temu przez Narodowy Bank Polski danych dotyczących naszego handlu usługami z zagranicą. Dane dotyczą nie tylko kontraktów zagranicznych koncernów z ich polskimi filii. Pokazują jednak zarówno, jakie usługi zyskują, a jakie tracą na znaczeniu, jak i to, w jaki sposób handlujemy nimi z poszczególnymi krajami.

Największa dysproporcja dotyczy opłat za używanie znaków towarowych i franszyzę. Jeszcze w 2010 r. polskie firmy płaciły zagranicy z tego tytułu nieco ponad miliard złotych rocznie. W ostatnich dwóch latach ta kwota przekraczała już 4 mld zł (w ub.r. nie było już wzrostu). Trzej najważniejsi partnerzy to Szwajcaria, Stany Zjednoczone i Niemcy. W pierwszym przypadku opłaty ponoszone przez działające w Polsce firmy były w ub.r. ponad sześciokrotnie wyższe niż w 2010 r. Do Niemiec rok temu trafiło z tytułu opłat za możliwość wykorzystywania logo lub franczyzy nieco ponad dwa razy więcej niż cztery lata wcześniej.

Szwajcaria przoduje w tej klasyfikacji nie dlatego, że jej firmy stworzyły tyle popularnych wśród Polaków marek (choć np. posiadające w naszym kraju siedem zakładów Nestle zostało stworzone przez Helwetów; brak informacji na temat ponoszonych przez polskie spółki opłat licencyjnych). Raczej ze względu na korzystne dla międzynarodowych koncernów przepisy podatkowe, wykorzystywane np. przez sieci franczyzowe.

Dla przykładu: Amrest, giełdowa spółka z Wrocławia, która prowadzi w Polsce i w ponad 10 innych krajach lokale takich marek jak Pizza Hut, KFC, Starbucks, ma partnerów (w tym wypadku nie chodzi o zagranicznego właściciela) właśnie ze Szwajcarii. „Restauracje Pizza Hut oraz KFC działają na podstawie podpisanych umów franczyzowych ze spółką YUM! oraz spółką YUM! Restaurants International Switzerland” – podaje wrocławska firma. I dodaje: „Restauracje Burger King działają na podstawie podpisanych umów franczyzowych za spółką Burger King Europe GmbH z siedzibą w Zug, Szwajcaria”.

Wśród krajów, do których trafia najwięcej pieniędzy z tytułu opłat licencyjnych, znalazły się Luksemburg i Cypr. Tu zaś mogą trafiać pieniądze również za wykorzystywanie marek… polskich. Przykładem jest producent odzieży LPP, który prawa własności dwóch swoich marek przeniósł na Cypr już w 2011 r., a później jeszcze kilku kolejnych temu. Za drugim razem spotkał się z protestami organizowanymi w mediach społecznościowych. Ostatecznie kilka miesięcy temu prawa do marek LPP wróciły do Polski – w związku z nowymi przepisami dotyczącymi opodatkowania tzw. zagranicznych spółek kontrolowanych.

Kupiony też musi płacić

Ile kosztuje prawo do wykorzystywania marki swojego właściciela, można się przekonać na przykładzie Orange Polska (dawniej Telekomunikacja Polska). „W kwietniu 2005 roku Orange Polska oraz Orange Brand Services Limited (UK) podpisały umowę licencyjną, na podstawie której Orange Polska uzyskała prawo do prowadzenia działalności pod marką Orange dla usług komórkowych. Zawarta umowa licencyjna przewiduje, że opłata licencyjna z tytułu używania marki Orange dla tych usług oraz dostępu do rozwiązań w zakresie roamingu i połączeń międzysieciowych, technologii, zaawansowanych telefonów komórkowych i usług doradczych wynosi 1,6 proc. przychodów operacyjnych z usług komórkowych” – informuje spółka w raporcie rocznym. W 2008 r. została zawarta podobna umowa dotycząca telefonii stacjonarnej. Opłata jest na takim samym poziomie, jak w przypadku usług komórkowych.

W przypadku Grupy Żywiec należącej do koncernu Heineken, też mamy do czynienia z opłatą za korzystanie z marki. W ostatnich latach mieściła się ona między 11 a 12 mln zł w skali roku. Korzystanie z marki swojego właściciela jest dość rozpowszechnione w sektorze finansowym, przede wszystkim w bankach. Tu jednak opłaty za korzystanie z marki są zwykle niewielkie. W innym wypadku menedżerowie krajowych instytucji narażaliby się nadzorowi finansowemu.

Sposobem na transfery z Polski za granicę jest też zawieranie umów na usługi – z reguły firmy podkreślają, że takie kontrakty są zawierane na warunkach rynkowych i właściciel lub inne spółki z jego grupy kapitałowej nie są w tym względzie uprzywilejowani. Na przykład świadczone przez zagraniczne podmioty „usługi doradztwa gospodarczego oraz public relations”, jak określa się je w statystycznej nomenklaturze, w 2014 r. kosztowały polskie firmy 11,6 mld zł. Nie oznacza to, że w całości ta kwota dotyczy umów zagranicznych koncernów z polskimi firmami. Polacy też zdołali sprzedać za granicę takie usługi, ale tylko na kwotę 6,3 mld zł. W efekcie ujemne saldo tylko w przypadku doradztwa i PR przekroczyło 5,3 mld zł.

Jak wygląda sytuacja w poszczególnych spółkach? Należący do amerykańskiej Citigroup Bank Handlowy podaje, że ponad 14 proc. jego kosztów działania (ok. 170 mln zł) przypadło w ub.r. na umowy z innymi spółkami Citi – chodzi głównie o działanie systemów informatycznych i wsparcie doradcze. ING Bank Śląski zapłacił w ub.r. grupie ING ponad 50 mln zł za doradztwo finansowe, usługi przetwarzania danych i analizy informacji finansowej oraz za doradztwo w zakresie operacji biznesowych i rozwoju produktów w obszarze płatności i zarządzania gotówką. Dębica, której głównym właścicielem jest Goodyear, innym spółkom amerykańskiej grupy wypłaciła w 2014 r. ponad 260 mln zł z tytułu zakupu usług i opłat licencyjnych. A Żywiec wydał ponad 12,5 mln zł za know-how właściciela i 2,5 mln zł na pokrycie kosztów usług badawczych, doradztwa technicznego i nadzoru.

Chociaż w opłatach za korzystanie ze znaków towarowych i doradztwo gospodarcze jesteśmy na minusie, to w przypadku pozostałych usług biznesowych to my sprzedajemy więcej niż kupujemy za granicą. Najwyższe dodatnie saldo – w 2014 r. niemal 3,6 mld zł – zanotowaliśmy w usługach marketingowych, badaniach rynkowych i opinii publicznych. 3 mld zł nadwyżki wypracowaliśmy w usługach księgowych, audytowych i konsultingu podatkowym. Tutaj też w ostatnich latach mamy największy wzrost przychodów – z niespełna 1,9 mld zł w 2010 r. do prawie 3,9 mld zł rok temu. To efekt rozwoju tzw. centrów usług wspólnych otwieranych u nas przez… międzynarodowe korporacje.

Wartością usług biznesowych realizowanych przez podmioty z zagranicy nie wyróżniamy się na minus wśród innych krajów regionu. Według danych OECD, w Czechach w 2013 r. opłaty licencyjne i związane z franszyzą wyniosły niemal miliard dolarów, co odpowiadało 0,7 proc. kwoty zagranicznych inwestycji bezpośrednich w tym kraju. U nas było to 0,6 proc.
Jeśli chodzi o kategorię „inne usługi biznesowe”, która obejmuje m.in. konsulting, PR czy marketing, to w naszym przypadku wartość takich kontraktów odpowiadała ok. 4 proc. całkowitej kwoty inwestycji zagranicznych, minimalnie więcej niż w Czechach, ale za to o prawie jedną trzecią mniej niż na Węgrzech. Ponieważ w obu tych krajach inwestycje bezpośrednie są w proporcji do produktu krajowego brutto większe niż w Polsce, to pod względem kwot wysyłanych za granicę z tytułu usług biznesowych wypadamy korzystniej niż Czechy czy Węgry. U nas jest to ok. 1,5–1,6 proc. PKB, w Czechach ponad 2,5 proc., a na Węgrzech powyżej 4,5 proc. PKB.