Sejmowa komisja administracji i spraw wewnętrznych rozpatrzyła wczoraj poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o służbie cywilnej oraz niektórych innych ustaw (druk nr 119). Wszystko wskazuje na to, że nowelizacja zostanie uchwalona przez Sejm jeszcze w tym tygodniu. Stanie się tak, choć przygotowany przez posłów PiS projekt nie przewiduje skutków finansowych. A te są nieuniknione. Nowe przepisy zakładają wypłatę odpraw dyrektorom i ich zastępcom, którzy z mocy prawa mają tracić stanowiska po 30 dniach od obowiązywania nowelizacji. Pozostaną tylko ci, którym przyjmą proponowane im warunki zatrudnienia.

Milionowe odprawy

Zakładając optymistyczny wariant, że pracę straciłaby tylko połowa dyrektorów i ich zastępców (przy jednoczesnym przyjęciu, że większość z nich pracuje ponad osiem lat i jest uprawniona do najwyższej trzymiesięcznej odprawy), w przyszłorocznych funduszach wynagrodzeń poszczególnych urzędów nowa władza musiałaby wygospodarować co najmniej 30 mln zł na odprawy dla ok. 800 osób (średnie wynagrodzenie na stanowiskach kierowniczych wynosi 13 tys. zł, a dla dyrektorów generalnych ponad 20 tys. zł). Dodatkowych kilka milionów pochłoną odprawy dla osób zajmujących kierownicze stanowiska w ambasadach i innych placówkach zagranicznych.

Nowelizacja zakłada także inne dodatki. Do wynagrodzenia nowo powołanych dyrektorów i ich zastępców wprowadzony zostanie kolejny składnik w postaci dodatku funkcyjnego. Jego wielokrotność ma być ustalona na podstawie mnożnika kwoty bazowej określonej w ustawie. Obecnie w służbie cywilnej wynosi on 1874 zł brutto. Zakładając, że ten mnożnik został zastosowany i określony na najniższym poziomie, tj. 1,0, to rząd na specjalne dodatki dla nowych urzędników musi wygospodarować w ciągu roku 35 mln zł. Jeśli wielokrotność mnożnika będzie wyższa, wówczas wzrosną wydatki na ten cel.

Przedstawiciele poprzedniej ekipy rządzącej twierdzą, że nasze wyliczenia są zbyt optymistyczne.

>>> Czytaj też: Pracownicy mają powody do zadowolenia. Najwyższy globalny wzrost płac od trzech lat

– Według moich szacunków przeprowadzenie reformy służby cywilnej pochłonie co najmniej kilkaset milionów złotych. Trzeba także pamiętać, że przychodzący z nadania politycznego dyrektorzy będą chcieli zarabiać znacznie więcej niż urzędnicy obecnie zajmujący te stanowiska. Ci nowo zatrudniani będą mieli bowiem świadomość, że prawdopodobnie za cztery lata będą musieli się żegnać ze swoimi stanowiskami – stwierdza Witold Gintowt-Dziewałtowski, członek Rady Służby Cywilnej i były senator PO. Co więcej, jego zdaniem wszystko wskazuje na to, że pieniądze na reformę będą musiały być wygospodarowane ze środków, które poprzedni rząd chciał dać na podwyżki wynagrodzeń.

Koszty reformy

Zdaniem urzędniczych związków zawodowych PO sieje tylko zamieszanie.

– Mamy zapewnienia z Ministerstwa Finansów, że 2 mld zł na podwyżki dla budżetówki pozostaną. Przy czym ostatecznie o podziale środków dla służby cywilnej ma decydować kancelaria premiera. Mamy nadzieję, że nie będzie to mniej, niż nam obiecano przed wyborami, czyli 460 mln zł – stwierdza Robert Barabasz, szef Sekcji Krajowej Pracowników Administracji Rządowej i Samorządowej NSZZ „Solidarność”. – Jeśli nawet część z tych pieniędzy trafi na odprawy, trudno, trzeba się z tym pogodzić. Tym bardziej że reforma kosztuje, a usunięcie dyrektorów z nadania politycznego jest jak najbardziej uzasadnione – dodaje.

Problem dla generalnych

Także obecni dyrektorzy generalni twierdzą, że nic im nie wiadomo, by ze środków zarezerwowanych na podwyżki była finansowana PiS-owska reforma administracji rządowej. Wszyscy nasi rozmówcy przyznają, że przygotowują się do wypłaty przyszłorocznych podwyżek.

– Do tej pory nie otrzymaliśmy żadnych informacji, że coś miałoby się w tym zakresie zmienić. W naszym urzędzie na podwyżki zarezerwowany jest ponad milion złotych i wojewoda wstępnie zaakceptował podział tych środków – zaznacza Marek Reda, dyrektor generalny Warmińsko-Mazurskiego Urzędu Wojewódzkiego. – Wypłaty ruszą już w połowie stycznia – dodaje.

Dyrektorzy tłumaczą, że oczywiście liczą się z tym, iż ewentualne odprawy mogą być wypłacane w ramach posiadanych środków z funduszu wynagrodzeń. Jednak dodają, że jeśli do tego dojdzie, to rząd prawdopodobnie będzie proponował dalszą wspólpracę osobom, ktore obecnie zajmują stanowiska kierownicze. Z tym że zaproponuje im inne, a co za tym idzie, gorzej płatne stanowiska.

Dyrektorzy zwracają jednak uwagę, że urzędów na razie – przy obecnie ustalonych budżetach – nie stać jest na to, by podołały one wypłacie dodatków funkcyjnych, które są przewidziane w ustawie dla nowo powoływanych dyrektorów.

Niezależni eksperci uważają, że jeśli nie zostanie znowelizowany budżet na przyszły rok, administrację może czekać zamieszanie. – Jeśli rząd nie przyzna dodatkowych pieniędzy, będzie się to wiązało z redukcją etatów, bo przecież nie może być tak, że w danym urzędzie nagle zabraknie pieniędzy – stwierdza dr Stefan Płażek, adwokat i adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

>>> Czytaj też: Najczęściej zarabiamy tylko 2469 zł brutto

PiS potulnieje

O dodatkowe pieniądze na odprawy i dodatki dla nowo zatrudnianych dyrektorów zapytaliśmy Artura Górskiego, posła PiS, który pracował nad projektem ustawy o służbie cywilnej. – To pytanie jest do rządu – skwitował z rana parlamentarzysta PiS. Rząd jednak milczy.

Jednak w trakcie posiedzenia sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych Artur Górski stwierdził, że część z osób obecnie zajmujących stanowiska kierownicze otrzyma propozycję pracy na innych stanowiskach. W ten sposób rząd będzie mógł zaoszczędzić na odprawach. O ile nowe warunki pracy i płacy zostaną zaakceptowane przez urzędników.

Rozwiązanie zaproponowane przez Artura Górskiego podoba się urzędniczym związkowcom.

– Nie mamy nic przeciwko temu, aby obecnych dyrektorów z nadania politycznego skierować na stanowiska specjalistyczne za 2,8 tys. zł – potwierdza Robert Barabasz.

>>> Czytaj też: Niższy wiek emerytalny to niższa emerytura. Ile stracimy na zmianach?