Zestrzelenie F-15E i zuchwała akcja ratunkowa
Aby zrozumieć najnowsze ustalenia, trzeba wrócić do piątego tygodnia amerykańskiej operacji Epic Fury przeciwko Iranowi. 2 kwietnia podczas misji bojowej nad tym krajem został zestrzelony F-15E Strike Eagle. Utratę maszyny oficjalnie potwierdziło amerykańskie Dowództwo Centralne (CENTCOM).
Obaj członkowie załogi katapultowali się, ale wylądowali w różnych miejscach. Pilota odnaleziono stosunkowo szybko. Znacznie trudniejsze okazało się dotarcie do oficera systemów uzbrojenia. W ryzykowną operację, trwającą kilkadziesiąt godzin, zaangażowano setki żołnierzy i dziesiątki samolotów, a Amerykanie prowadzili działania pozoracyjne w kilku częściach Iranu. Akcja była kosztowna – utracono m.in. samolot szturmowy A-10, a na ziemi zniszczone zostały dwa MC-130J Commando II i kilka lekkich śmigłowców sił specjalnych.
Sprawa wróciła w czerwcu. CNN ujawniło wówczas relację pilota F-15E, który przed zestrzeleniem miał zobaczyć niezwykłe skupisko bezzałogowców. Opisywał wiele dronów poruszających się jak jedna formacja. Pod większymi miały znajdować się mniejsze maszyny. Całość przypominała mu "meduzę". Mówił też o "polu minowym z dronów".
Drony mogły pomóc Irańczykom namierzyć F-15E
Początkowo do tej relacji podchodzono ostrożnie. Pilot doznał wstrząśnienia mózgu i nie było jasne, co właściwie zobaczył. Najnowsze ustalenia opisane przez "The New York Times" wskazują jednak, że drony rzeczywiście mogły odegrać kluczową rolę w zestrzeleniu.
Według wysokiego rangą przedstawiciela amerykańskich sił zbrojnych Pentagon ustalił, że irańskie bezzałogowce śledziły F-15E i przekazywały dowódcom jego pozycję, prędkość oraz kierunek lotu. Te informacje miały pomóc Irańczykom w przygotowaniu ataku. Ostatecznie myśliwiec został prawdopodobnie trafiony pociskiem z przenośnego zestawu przeciwlotniczego produkcji chińskiej.
Irańskie drony miały więc pełnić rolę dodatkowych "oczu" obrony przeciwlotniczej. Nawet bezzałogowiec wyposażony w kamerę może wykryć samolot i przekazać informacje o jego położeniu oraz kierunku lotu. Kilka maszyn rozmieszczonych na większym obszarze pozwala śledzić trasę celu i przewidywać, gdzie znajdzie się za chwilę.
Obsługa przenośnego zestawu przeciwlotniczego mogła dzięki temu zostać wcześniej ostrzeżona, że F-15E zbliża się do jej rejonu, i przygotować się do odpalenia pocisku, gdy samolot znajdzie się w zasięgu. Drony mogły być również wyposażone w czujniki wykrywające sygnały emitowane przez radar i inne systemy radiowe samolotu, co dodatkowo ułatwiałoby ustalenie jego położenia.
To rozwiązanie było szczególnie przydatne Iranowi, ponieważ znaczna część jego klasycznej obrony przeciwlotniczej – radarów, stanowisk dowodzenia i wyrzutni – została wcześniej zniszczona przez USA i Izrael. Rozproszone drony były znacznie trudniejsze do wyeliminowania.
Iran wyciągnął wnioski z wojny w Ukrainie
Według rozmówcy "The New York Times" irańska taktyka była inspirowana doświadczeniami wojny w Ukrainie. Nie oznacza to, że Teheran skopiował konkretny ukraiński system. Chodzi przede wszystkim o sposób myślenia o współczesnym polu walki.
Ukraińcy pokazali, że do wykrywania i śledzenia przeciwnika nie zawsze potrzebne są pojedyncze, bardzo drogie radary. Można stworzyć rozproszoną sieć tańszych czujników i dronów, połączyć zbierane przez nie informacje, a następnie szybko przekazać je żołnierzom dysponującym odpowiednią bronią.
Dla USA to alarmująca lekcja. Przeciwnik nie musi dysponować myśliwcami czy systemami przeciwlotniczymi dorównującymi technologicznie amerykańskim. Jeżeli potrafi połączyć wiele tanich czujników z prostą bronią przeciwlotniczą, może stworzyć zagrożenie nawet dla bardzo zaawansowanych samolotów.
Wciąż pozostaje jednak ważna niewiadoma. Nie ma pewności, czy opisywane przez pilota skupisko dronów przypominające "meduzę" miało jakikolwiek związek z namierzeniem F-15E. Pilot mógł widzieć inne bezzałogowce niż te, które według Pentagonu przekazywały Irańczykom dane o samolocie. Nie wiadomo również, w jakie czujniki były wyposażone maszyny wykorzystane do namierzenia F-15E ani w jaki sposób zebrane przez nie informacje trafiły do żołnierzy, którzy odpalili pocisk.
Redaktor Forsal.pl. Absolwent politologii na Uniwersytecie SWPS, z zamiłowania historyk. W przeszłości związany z Polskim Radiem, Wirtualną Polską, dziennikiem „Polska The Times” oraz miesięcznikiem „Nasza Historia”. Publikował również w Gazeta.pl i „Newsweek Historia”. Były wieloletni współpracownik Ośrodka „Karta” i Muzeum Getta Warszawskiego. Autor pierwszej pełnej biografii gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego - „Decyzje ‘Bora’. (Auto)biografia Tadeusza Komorowskiego - kawalerzysty, olimpijczyka, dowódcy, wodza i premiera”.
