Główna obawa to ta, czy gospodarka nie wpadnie w 2016 roku ponownie w recesję. Wyniki są dobre, ale niemal na każdym polu można postawić „ale”. Nadchodzące wybory prezydenckie prezentują spolaryzowany wybór – pomiędzy obroną kapitalizmu (Republikanie) a wprowadzaniem państwa opiekuńczego (Demokraci). Z niepewnością w przyszłość patrzą przede wszystkim młodzi Amerykanie, poniżej 30 roku życia. Jak wykazało niedawne badanie Instytut Studiów Politycznych uniwersytetu Harvard, są oni jak nigdy wcześniej sceptyczni co do powodzenia American dream czyli osiągnięcia sukcesu i dobrobytu – tylko 48 procent z nich wciąż wierzy, że jest to możliwe, a 49 proc. nie wierzy. Warto dodać, że optymiści są lepiej wykształceni, ale American dream miał być przecież możliwy dla każdego.

Wzrost o połowę za wolny

Pierwsze pytanie jest zatem o wzrost gospodarczy i odpowiedź natychmiast wskazuje powody niepewności. Gospodarka rośnie, ale powoli.

Szacunki tempa rocznego wzrostu produkcji zostały wprawdzie zrewidowane za III kwartał 2015 na plus. Prognozowane było 1,6 procenta wzrostu, a faktycznie udało się osiągnąć 2,2 proc. To jednak zarazem o 1 procent mniej niż wyniosło tempo wzrostu w roku 2014.

Wzrost gospodarczy, który rozpoczął się 6,5 roku temu (w lipcu 2009 r.) nie jest więc tak szybki, jak bywało to w następstwie wcześniejszych kryzysów. Powstaje zatem pytanie czy jest on aby solidny i lada kwartał się nie skończy. Punktem odniesienia są dane historyczne: według Krajowego Biura Badań Ekonomicznych okres wzrostu gospodarczego trwa w USA średnio 3 lata, z najdłuższą, 10-letnią passą wzrostu odnotowaną od 1991 do 2001 roku. Inni ekonomiści, na przykład z Goldman Sachs uważają, iż przeciętnie okres ekspansji jest 5-letni, a tyle już właśnie minęło w okresie obecnego ożywienia. Po okresach szybszego wzrostu – znów odniesienie do statystyki gospodarka amerykańska rosła przez kolejnych 5-10 lat tylko o 1,5 proc.

Ostrożną ocenę perspektyw koniunktury potwierdza zwlekanie Rezerwy Federalnej z podniesieniem stóp procentowych. Grudniowa, pierwsza po 8 latach podwyżka została podjęta nie pod presją inflacyjną, bo takiej nie ma, a pod presją wyczekiwania rynku na taką decyzję, która potwierdzałaby, że gospodarka ma się coraz lepiej. Rezerwa dała tylko jedną czwartą punktu na „tak” i zapowiedź „możliwości identycznej podwyżki w 2016”. Ostrożność w pełni zrozumiała – poprzedni cykl podwyżek, rozpoczęty w drugim kwartale 2004 roku, miał za podstawę 6,6 procentowy wzrost gospodarczy. Średni wzrost gospodarczy w okresie pierwszych podwyżek wynosił w przeszłości 5-7 procent.

Podstawowa dla oceny wzrostu produkcja także przyhamowała w ostatnich miesiącach. Listopadowy wskaźnik ISM Manufacturing wynosił 48,6, znacząc piąty kolejny miesiąc spadku i pierwszy raz od 36 miesięcy był on niższy od 50, przez co wpadł na wykresie w przedział „spadek produkcji”. Podobnie spadkowe wyniki odnotowały jesienią inne indeksy (chicagowski PMI, nowojorski czy Rezerwy Federalnej).

Wreszcie stan finansów państwa także daje powody do niepokoju, choć bardziej konserwatystom niż Demokratom. Zadłużenie wzrosło w ciągu minionych 6 lat z 10,6 bilionów do 18,8 bln dolarów, czyli do wielkości równej amerykańskiemu PKB. Zamiast jednak dalszego zbijania zadłużenia ustawodawcy skończyli pokryzysowe zaciskanie pasa i zaakceptowali na okres od 1 października 2015 do 30 września 2016 wydatki 4 bilionów dol. przy przychodach 3,525 biliona dol., z deficytem 474 miliardów dol. co przekracza o 7 procent limity wprowadzone w 2011 r.

Jest lepiej niż wczoraj, ale gorzej niż kiedyś

Powyższe dane martwią głównie ekonomistów. Przeciętny Amerykanin patrzy na gospodarkę przez pryzmat własnej sytuacji materialno-finansowej. Ta jest lepsza, niż 5 lat temu, ale gorsza niż 20-30 lat temu.

Zgodnie z danymi Biura Statystyki średnia wielkość dochodów gospodarstwa domowego w listopadzie 2015 r. wynosiła 56 tys. 746 dolarów, czyli powróciła do stanu sprzed kryzysu, w grudniu 2007 r., kiedy wynosiła 56 tys. 714 dolarów. Średnia dochodów wzrosła jednak od roku 2011, kiedy była niższa niż obecnie o 9,4 procenta.

Nieuśrednione wyniki pokazują jednak nie tak pozytywny obraz. Według danych Administracji Opieki Społecznej 51 procent wszystkich pracujących Amerykanów zarabia mniej niż 30 tys. dolarów rocznie. Nie mają także oszczędności, mają natomiast długi. Badania firmy GOBankingRates wykazało, że 62 procent ankietowanych ma na koncie oszczędnościowym mniej niż 1 tysiąc dolarów, a 21 procent w ogóle nie ma takiego konta, żyjąc od wypłaty do wypłaty. Wśród tych, którzy mają oszczędności powyżej 1 tysiąca dolarów najczęściej wymienianą kwotą jest ok. 10 tys. dol. (14,2 proc. ankietowanych). A zgodnie z wynikami badania Centrum Badań Pew – ok. 70 procent społeczeństwa jest przekonana, że „zadłużenie jest koniecznością w naszych czasach”.

Gospodarstwa domowe, które posiadają przynajmniej jedną kartę kredytową, mają obciążenie kredytem na tej karcie w wysokości średnio 16 tys. dol. Sukces odnotował w ubiegłym roku przemysł samochodowy zamykając rok 2015 z rekordowo wysoką sprzedażą nowych samochodów – 17,5 miliona nowych samochodów i półciężarówek. To 5,7 proc. więcej niż w 2014 r. Przemysł ten zarobił 570 miliardów dolarów. Sprzedaż ta jest jednak finansowana pożyczkami, wśród których najbardziej wzrosła liczba długoterminowych kredytów samochodowych (zaciągniętych na okres od 73 do 84 miesięcy), które stanowią obecnie po raz pierwszy niemal 30 procent wszystkich kredytów (zazwyczaj ich udział był poniżej 25 procent). Również średnia długość kredytu jest najwyższa w historii – 67 miesięcy (według danych firmy badającej rynek Experian).

Warto wspomnieć, że spadła także zasobność Amerykanów spadła. Zgodnie z danymi Centrum Pew średni dochód gospodarstwa domowego klasy średniej w latach 2000-2014 spadł o 4 procent, natomiast stan posiadania zasobności takiego gospodarstwa skurczył się w tym czasie o 28 procent. Amerykanie odczuwają tę różnicę tym bardziej, że mają do czynienia z najgłębszą od ponad 100 lat różnicą pomiędzy 1 procentem najbogatszych a resztą społeczeństwa — w latach 1979-2011 stan posiadania 80 procent społeczeństwa wzrósł średnio o 16 procent, a 1 procenta najbogatszych o ok. 450 proc.

Pracuje dwie trzecie

American dream zawsze był możliwy do osiągnięcia poprzez pracę. Z pracą w USA jest lepiej, ale nie znaczy, ze dobrze. Bezrobocie, które w październiku 2009 r. osiągnęło najwyższy w kryzysie poziom ponad 10 procent, dziś jest o połowę niższe i wynosi 5 procent. Gospodarka od września 2010 r. dodała 12,6 mln miejsc pracy, straciwszy w poprzednich 32 miesiącach (od marca 2008 r.) 8,1 miliona.

Analitycy wskazują jednak kilka negatywnych okoliczności. Zwraca się uwagę, że rządowe Biuro Statystyki Pracy podaje jedynie wyniki miesięczne krótkoterminowego bezrobocia. Jeśli wziąć pod uwagę również długoterminowe bezrobocie, a także zatrudnienie w niepełnym wymiarze, stopa bezrobocia/niepełnego zatrudnienia jest przynajmniej dwukrotnie wyższa, a może nawet przekraczać 22 procent.

Biuro Statystyki prezentuje to nieco inaczej, zauważając iż liczba oficjalnie uznanych za niezatrudnionych w wieku produkcyjnym wynosi 7,9 miliona osób, natomiast dalszych 94,4 milionów osób nie posiada pracy lub posiada zatrudnienie częściowe, Biuro Statystyki kwalifikuje ich jako „nie należących do siły roboczej”. W ten sposób faktycznie 102,3 miliona osób nie ma pracy. Biuro prezentuje także dane wskazujące że w latach 50. Zatrudnionych było aż 80 procent mężczyzn w wieku produkcyjnym, obecnie pracuje tylko 65 procent.

Czy tworzenie nowych miejsc pracy może pobudzić podniesienie minimalnej płacy, co postulują w kampanii wyborczej Demokraci? Republikańscy kandydaci i ekonomiści twierdzą, że nie. I przypominają, że pełne zatrudnienie jakie odnotowano po raz ostatni u schyłku lat 90., miało tyle wspólnego z minimalną płacą, że skutkowało silnym wzrostem wszystkich płac.

Nastroje konsumentów zależą od pogody

Wobec tylu wątpliwości do pozytywnych danych, intrygujące wydaje się zadowolenie amerykańskich konsumentów. Według ekonomistów z uniwersytetu Michigan konsumenci byli w 2015 r. zadowoleni zwłaszcza z powodu niskich cen ropy naftowej i benzyny, ale generalnie indeks zadowolenia był najwyższy od 2004 r. i na tyle stabilnie rosnący, że analitycy wystawili prognozę, iż w 2016 r. konsumpcja indywidualna wzrośnie aż o 2,8 proc.

Podobne wyniki badania rynku i nastrojów przedstawił Conference Board . W tym badaniu indeks zadowolenia wzrósł z 92,6 w listopadzie 2015 r. do 96,5 w grudniu, bijąc przewidywanie poziomu 93,5. Wyniki te jednak mają krytyków, analitycy banku BNP na przykład twierdzą, że grudzień był pozytywny tylko na tle niezbyt zadowalającego listopada, ale eksplozja optymizmu jest wynikiem przede wszystkim nadzwyczajnie ciepłej pogody minionej jesieni.