To będzie modelowe przejęcie władzy. Kandydat na nowego prezesa Narodowego Banku Polskiego nie tylko dał się dobrze poznać analitykom w czasie swojej sześcioletniej kadencji w Radzie Polityki Pieniężnej. Nie tylko świetnie zna instytucję, którą będzie kierował – od kilku tygodni wdraża się jako członek zarządu banku. Płynne przejście od ery Belki do ery Glapińskiego będzie bezkolizyjne z jeszcze jednego powodu: w dużym stopniu profesor gwarantuje kontynuację polityki ustępującego szefa NBP. Polityki, która raczej miała dobrą prasę u uczestników rynku, ekonomistów i zagranicznych analityków. Adama Glapińskiego, który jest już oficjalnym kandydatem prezydenta na stanowisko prezesa NBP, i Marka Belkę, który odchodzi po sześcioletniej kadencji, dzielą światopogląd i polityczna przeszłość. Łączą pomysł na działanie NBP i zamiłowanie do konserwatyzmu w polityce pieniężnej. Do tego koncyliacyjność i umiejętność zjednywania sobie przeciwników.

Repolonizacja banków

Kandydat na prezesa NBP dość jasno definiuje wyzwania. – Najważniejsze zadania przed polskim sektorem bankowym i polskimi finansami, jakie widzę na najbliższe lata, to repolonizacja – przynajmniej częściowa – sektora bankowego, utrzymanie stabilności tego systemu przy zaangażowaniu NBP we współpracy z KNF i MF czy uporządkowanie spraw związanych z kredytami we frankach. Inne to np. zmiana struktury zadłużenia, przez co rozumiem spadek udziału kapitału zagranicznego w polskim długu. No i utrzymanie stabilności złotego – wymienia Adam Glapiński.

Szokujące? Problem z nadmiernym uzależnieniem banków działających w Polsce od zagranicznych central widział i mówił o tym już kilka lat temu ustępujący prezes banku centralnego Marek Belka. Na przykład w Sejmie w lipcu 2011 r. – Dlaczego, proszę państwa, mam problemy z bankami zagranicznymi? Otóż, proszę państwa, w latach 2009–2010, kiedy się zaczął kryzys w Europie, zaobserwowaliśmy, że banki, które miały swoje główne siedziby za granicą, gwałtownie obniżyły finansowanie. Dlaczego? Bo gdzieś tam w Amsterdamie, Turynie, we Frankfurcie czy gdzieś indziej uznano: Jezus Maria, idzie tragedia. Skoro jest u nas, to dlaczego tam ma nie być? Trzeba się wycofywać, trzeba czyścić bilanse – mówił posłom Belka. Unikał jednak słowa „repolonizacja” i wolał mówić o „udomowieniu”, dowodząc, że to nie pochodzenie kapitału jest kluczowe, ale centrum decyzyjne. Jeśli jest ono w kraju, to nawet przy rozproszonym kapitale zagranicznym bank jest „domowy”.

Belka i Glapiński zgadzają się nawet co do celu, jaki miałoby dać udomowienie, czy – jak woli kandydat na prezesa NBP – repolonizacja banków. Prezes Belka mówił, że dobrze jest mieć zróżnicowany system bankowy, a właściwa proporcja kapitału krajowego do zagranicznego to fifty-fifty, może 60 do 40 proc. Według Adama Glapińskiego dobrze byłoby zmienić relację, w której mniej więcej 60 proc. sektora bankowego jest w zagranicznych rękach, a 40 proc. w krajowych.

– Gdyby udało się zmniejszyć udział zagranicy do 40 proc. i zwiększyć kraju do 60 proc., to byłoby dobrze. Znacznie lepiej byłoby, gdyby banki działające w Polsce w większym stopniu były realnie i „mentalnie” związane z zachodzącymi tutaj procesami gospodarczymi, a nie ze swoimi zagranicznymi spółkami matkami. U nas zdarza się, że problemy zagranicznych central są przenoszone na polski grunt – mówi nam Glapiński.

>>>Czytaj więcej: Petru: Adam Glapiński to, jak na PiS, nie najgorsza nominacja

Jak to zrobić? Udomowienie można osiągnąć, rozwadniając kapitał – czyli doprowadzając do sytuacji, w której bank nie jest własnością jednej dużej instytucji, ale kilku mniejszych. Bez jasno określonej centrali wiodącą rolę w zarządzaniu miałby krajowy zarząd.

Gorzej z repolonizacją, której zwolennikiem jest kandydat na nowego prezesa NBP. Tu rolę wiodącego udziałowca musiałby przejmować podmiot z krajowym kapitałem. W praktyce wśród instytucji finansowych są dwie, które mogłyby się tym zajmować. Pierwsza to grupa PZU, druga to PKO BP. Na politykę obu duży wpływ ma Skarb Państwa, co też nie jest bez znaczenia.

Tykająca bomba: kredyty walutowe

Zapowiedź uregulowania kwestii kredytów walutowych też jest kontrowersyjna tylko z pozoru. O „tykającej bombie” w postaci tych kredytów Belka mówił na początku 2014 r. na Forum Bankowym. – Nie dajmy się oszukać, że one nie mają żadnego znaczenia, że ludzie je spłacają, a wy jakoś sobie radzicie z finansowaniem tych kredytów. Nie możemy tak po prostu zostawić tego problemu na najbliższe 20 lat – mówił wówczas bankowcom i wzywał ich do rozwiązania problemu samodzielnie. Do tego jednak nie doszło.

Belka nie chciał słyszeć o zaangażowaniu NBP w rozwiązanie problemu kredytów walutowych, gdy takie propozycje padały w czasie debaty na ten temat. Co z tym zrobi nowy prezes – tego na razie nie wiadomo. Jest jasne, że istnieje polityczne zapotrzebowanie na zaangażowanie się banku centralnego w ten proces, czego dowodem może być wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego dla tygodnika „wSieci” sprzed kilku tygodni.

Sam Adam Glapiński o sprawie wypowiada się z dużą rezerwą.

– Na dziś nie ma tematu udziału NBP w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach. Na przełomie maja i czerwca Kancelaria Prezydenta ma zaprezentować nowe propozycje w tej sprawie. My w tym na razie zupełnie nie uczestniczymy. To nie jest więc moment, by w ogóle rozważać, czy i w jakim zakresie NBP weźmie w tym udział – mówi nam.

Samo wskazywanie przez kandydata problemu kredytów walutowych jako jednego z najważniejszych do rozwiązania też jest zrozumiałe. To prawda, że kredyty tego typu obsługiwane są nieźle. Ale odsetek złych jest nieznacznie większy niż w przypadku kredytów złotowych. Sęk w tym, że kredyty walutowe są potencjalnym zagrożeniem dla stabilności sektora bankowego, bo niosą ze sobą trudno przewidywalne ryzyko zmiany kursu. Z jednej strony może to spowodować większe problemy ze spłatą, z drugiej w bankach zaczną puchnąć aktywa, które trzeba będzie zbilansować pasywami (np. zbierając więcej depozytów) i pokryć dodatkowym kapitałem.

Podatek bankowy? Tak, ale...

Deklaracja, że priorytetem jest utrzymanie stabilności sektora bankowego, też nie dziwi. Dla każdego centralnego bankiera zdrowy system bankowy to oczko w głowie. Z polskim na razie nie ma większych problemów, przed poważnymi perturbacjami w czasie wybuchu kryzysu polskie banki uratowała konserwatywna polityka inwestycyjna (nie kupowały ryzykownych instrumentów finansów), stosunkowo zachowawcza polityka kredytowa (dość szybko zaostrzyły kryteria udzielania kredytów konsumpcyjnych, których portfel najszybciej się psuł) oraz konserwatywna polityka nadzoru, który w odpowiednim czasie rekomendował np. zatrzymanie zysków w bankach i powiększanie w ten sposób bazy kapitałowej. Banki działające w Polsce nie tylko wyszły obronną ręką z kryzysu, ale odnotowywały rosnące z roku na rok zyski. W kryzysowym 2009 r. sektor bankowy zanotował 8,7 mld zł zysku. Rok później było to już 11,4 mld zł, by w 2014 r. osiągnąć rekordowe 16 mld zł.

W tym kontekście zarówno prezes Belka, jak i aspirujący do tej roli Adam Glapiński nie są wielkimi fanami niektórych rządowych rozwiązań, jak choćby podatek bankowy. Obaj jednoznacznie go jednak nie krytykują. Belka mówił: szkoda, że zamiast podatku bankowego, który może pogorszyć rentowność banków i stanowi ryzyko ograniczenia kredytów – nie zdecydowano się po prostu na podwyżkę stawki CIT. Profesor Glapiński zwraca zaś uwagę, że w wielu krajach wprowadzono podatek bankowy, co było uzasadnione makroekonomicznie oraz społecznie i z tego punktu widzenia wprowadzenie go u nas też nie powinno budzić kontrowersji.

– Natomiast istotne jest, czy podatek w jakiś negatywny sposób przełoży się na akcję kredytową. Obserwujemy reakcje sektora bankowego. Ministerstwo Finansów też je obserwuje i zapewne zareaguje, gdyby działo się coś złego. Na razie wydaje się, że podatek bankowy nie przyniesie przychodów na takim poziomie, jak zakładano. Szkoda, że jego wprowadzenie zbiegło się w czasie z takimi sprawami, jak dodatkowe obciążenie banków zwiększoną składką na BFG czy fundusz wsparcia kredytobiorców, a w niedługiej perspektywie potencjalny koszt rozwiązania problemu kredytów we frankach – mówi.

Konserwatywna polityka pieniężna

Adam Glapiński jest zwolennikiem utrzymywania konserwatywnego kursu w działaniu NBP. Obecny prezes Belka wielokrotnie mówił, że gdy polska gospodarka jest zrównoważona, nie ma potrzeby sięgać po niestandardowe działania i lepiej zostawić je na kryzysy. A tych wykluczyć się nie da. Belka nie tak dawno zwracał uwagę choćby na napięcia na rynkach wschodzących czy ciągły problem z pobudzeniem tempa wzrostu najbardziej rozwiniętych gospodarek.

– Nie można wykluczyć pojawiania się jakichś zjawisk kryzysowych w gospodarce światowej. Na takie czasy dobrze jest mieć trochę amunicji. Dobrze jest mieć takie stopy procentowe, przy których można jeszcze, na słabą koniunkturę czy gwałtowne pogorszenie się sytuacji, reagować – mówił po marcowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.

W podobnym tonie wypowiada się jego potencjalny następca.

– NBP ma przygotowany arsenał niekonwencjonalnych instrumentów polityki pieniężnej, po które może w razie czego sięgnąć. Ale my szczęśliwie uprawiamy klasyczną politykę pieniężną. Dlaczego? Bo w takiej jesteśmy dobrej sytuacji. Nie musimy dolewać płynności bankom, bo tej płynności w sektorze jest aż nadto. Nie musimy stosować luzowania ilościowego, bo nie ma u nas problemu z dostępnością kredytu. Jeśli jest, to problem z popytem na kredyt. Z tego punktu widzenia dalsze obniżanie stóp procentowych nie dałoby żadnego efektu w postaci pobudzenia popytu na kredyt – mówi Adam Glapiński.

Widać, że o ile sytuacja nie zmieni się w jakiś zaskakujący sposób, to obniżek stóp procentowych nie będzie. Raczej możliwy jest ruch jedynie w górę. Teoretycznie taka sytuacja byłaby możliwa, gdyby znacznie szybciej ruszyła gospodarka, ludzie i firmy zaczęliby brać kredyty i pojawiłby się problem braku środków na aktywność kredytową. Wówczas obniżka mogłaby być lekarstwem, ale równocześnie bank musiałby brać pod uwagę ryzyko tzw. przegrzania gospodarki, a lekarstwo jest często odwrotne, czyli podwyżki stóp. Na pewno nie ma tematu zmiany celu inflacyjnego, który wynosi 2,5 proc. i – zdaniem Adama Glapińskiego – dla Polski to obecnie wartość optymalna. Choć w wysoko rozwiniętych gospodarkach cel często jest niższy i wynosi 2 proc. – w rosnących gospodarkach bywa wyższy, co jest argumentem za zachowaniem status quo.

Sytuacja Polski jest relatywnie dobra. Gospodarka jest zrównoważona, a plan Morawieckiego usiłujący pobudzić wzrost przez innowacje to krok w dobrą stronę. Podobnie jak program 500 plus, którego zwolennikiem jest Glapiński, bo pozwoli ożywić gospodarczo małe miejscowości i podwyższy jakość życia dzieci. W tych okolicznościach rola NBP to głównie funkcja stabilizatora systemu finansowego.

Jeśli Adam Glapiński zostanie prezesem NBP, to będzie strażnikiem polskiej waluty w przenośni i dosłownie, gdyż kwestia wejścia Polski do euro nie stanie na agendzie. Jego zdaniem na wspólnej walucie najbardziej korzystają bogate kraje o podobnej strukturze gospodarczej, czyli np. Niemcy, Austria, Holandia czy Francja. Dla Polski nadal najlepszym wyborem będzie złoty ze swoim płynnym kursem, co pokazał także ostatni kryzys. Strefa euro cały czas ma kłopoty i może się zmienić jej architektura. Dopóki nie będzie wiadomo, w jakim kierunku, wejście Polski do unii walutowej będzie raczej kwestią akademicką. Już dziś w NBP zlikwidowano jednostki, które miały przygotować integrację ze strefą euro, podobnie jak stało się to w resorcie finansów. To efekt przewartościowania, jakie dokonało się w polskiej polityce po kryzysie, co było widać już w czasach rządów PO. Wówczas pytanie: „Kiedy do euro?” coraz częściej było zastępowane przez „Czy do euro?”.

Nie liberał, nie keynesista. Schumpeterysta

Jeśli gdzieś są zagrożenia, to za granicą. Profesor wskazuje na ryzyko negatywnego impulsu stamtąd. Problem, jaki widzi, to fakt, że mimo luzowania ilościowego stosowanego przez EBC czy Bank Anglii (czyli pompowania pieniędzy przez banki centralne w system finansowy) efekty tego są co najmniej skromne. Pieniądze trafiają do banków i innych instytucji finansowych, ale przełożenie na gospodarkę realną jest niewielkie. To znaczy ani nie ma znacząco wyższego wzrostu gospodarki, ani inflacji, a te środki są gdzieś kumulowane wewnątrz systemu finansowego i mogą tworzyć zagrożenie.

Obrońcy tej polityki wskazują, że gdyby nie reakcja banków centralnych, to mogłoby być gorzej. Ale nie wiadomo, jaki będzie wpływ tych metod na gospodarkę na dłuższą metę. O ile nie nastąpi jakaś rewolucja technologiczna. Ponieważ czasy są niepewne, dzisiejszy stan gospodarki globalnej dobrze opisują teorie (m.in. twórczej destrukcji) Josepha Schumpetera, ekonomicznego idola Glapińskiego. Nowy szef NBP nie szuka lekarstwa w Keynesie, Friedmanie czy Hayeku.

– Jako ekonomista teoretyk jestem z przekonania schumpeterystą. Skądinąd Joseph Schumpeter sam siebie określał jako „zwariowanego konserwatystę”. Byłem nim zauroczony od wczesnej młodości i jestem nadal. A raczej jego poglądami, bo nie jest to zdecydowanie wzór człowieka. Żyjemy w czasach schumpeterowskich: dużej nieprzewidywalności, powtarzających się kryzysów, szybkiego postępu technologicznego i organizacyjnego. Rozwój się dokonuje przez kolejne fale innowacji w różnych dziedzinach, które dogłębnie przemieniają rzeczywistość. Nic nie jest stabilne. Nic lepiej nie opisuje sytuacji w finansach jak jego poglądy – podkreśla Glapiński.

Joseph Schumpeter był austriackim ekonomistą tworzącym swoje teorie w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Jego zdaniem gospodarka rozwija się ewolucyjnie przez innowacje, a jego teoria dynamiczna opisuje cykle gospodarcze. Najpierw mamy stan równowagi, w którym wyczerpały się poprzednie impulsy innowacyjne. Występują w nim nadmierne zdolności wytwórcze, co prowadzi do stagnacji i depresji. Wówczas przedsiębiorcy zaczynają szukać nowych możliwości zysku i są nim rozwiązania innowacyjne, które stosującym je przedsiębiorcom dają zysk. To z kolei powoduje, że kolejni idą w ich ślady, imitując ich rozwiązania. W ten sposób fala innowacji rozlewa się po gospodarce, aż osiąga początkowy stan równowagi i cała historia zaczyna się od początku.

Przy czym Austriak innowacje rozumiał bardzo szeroko, nie tylko jako nowe produkty czy metody produkcji, ale także nowe sposoby sprzedaży, rynki zbytu, nowe źródła surowców czy nawet sposób organizacji branży. Na przykład innowacyjny w pewnym momencie mógł być monopol. W innym jego przełamanie. Przy okazji Schumpeter wskazywał na ważną rolę przedsiębiorców jako wyszukujących innowacje. Z drugiej strony krytycznie oceniał rosnącą rolę ekonomicznej biurokracji, czyli kadry zarządzającej w wielkich firmach, której brakowało wizji.

Ta obserwacja wróciła w czasach kryzysu, gdy analizowano postępowanie kadry zarządzającej w wielkich korporacjach. A jeśli przyszły prezes NBP zastrzega się, że podziwia go jako ekonomistę, nie człowieka, to odnosi się do życia prywatnego Austriaka, które miało dosyć luźny charakter. Trzykrotnie żonaty, opowiadał, że jego największą ambicją jest zostanie najlepszym ekonomistą na świecie, najlepszym jeźdźcem w Austrii i najlepszym kochankiem w Wiedniu. Spełnił dwa z tych warunków, sugerując, że na koniu jeździ słabo.

Płynna zmiana

Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że mało jest kandydatów, którzy przygotowywali się do pełnienia tak eksponowanej funkcji od dziecka. – Wychowałem się niejako w NBP. Pracował tu całe życie mój ojciec, jako dziecko przebiegałem wszystkie korytarze w banku, chodziłem do tutejszej stołówki, jeździłem na kolonie z dziećmi innych pracowników banku. Nigdy mnie wtedy do bankowości nie ciągnęło. Nie przypuszczałem, że tu mogę wylądować. Dobro kraju tego wymagało, a przypadek tym pokierował – mówi Adam Glapiński.

Od pewnego czasu było wiadomo, że to raczej na niego padnie wybór prezydenta, a także prezesa PiS, bo prezydencki wybór ma zatwierdzić Sejm. – Temperament ekonomiczny jest u niego najsilniejszy. W okresie ostatniego ćwierćwiecza jego przygoda z polityką trwała przez kilka lat. Za to cały czas był wykładowcą i profesorem. Myślę, że prezes Kaczyński go poważa i w wielu kwestiach się zgadzają – mówi Andrzej Urbański, były członek Porozumienia Centrum, szef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i prezes TVP. Adam Glapiński był wcześniej doradcą Lecha Kaczyńskiego i ten okres wspomina jako jeden z najważniejszych w karierze. W lutym 2010 r. trafił jako prezydencki nominat do Rady Polityki Pieniężnej, a w tym roku został wiceprezesem NPB.

– To inteligentny człowiek, z bardzo dużym poczuciem humoru, ma dar szybkiej i celnej riposty. W sumie z podobnym charakterem do tego, jaki ma ustępujący prezes Marek Belka: ze zdrowym dystansem do wielu rzeczy. Zapewne dlatego obaj złapali dobry kontakt. Obaj wykazują zdolność do jednania sobie osób o odmiennych poglądach, obaj mają duże doświadczenie i profesorskie tytuły – opisują potencjalnego nowego prezesa pracownicy banku centralnego. Dlatego w gmachu NBP nie ma nerwowej atmosfery. Kandydaturę przyjęto tutaj tak jak wszędzie – że to wybór najlepszy z możliwych. Kandydat dobrze zna instytucję, od kilku tygodni wdraża się jako członek zarządu, publicznie mówi, że jest zadowolony z tego, jak funkcjonuje NBP. Nie ma powodu do obaw. Panują raczej optymistyczne nastroje. Choć pewnie będą jakieś zmiany, bo to naturalne. Każdy nowy prezes dobiera sobie swoich najbliższych współpracowników.

Jeśli przypomnimy sobie poprzednie wybory, to każdy z nich był jakimś zaskoczeniem. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie była szerzej znana, gdy wskazał ją Lech Wałęsa. Kandydatury Leszka Balcerowicza czy Marka Belki były politycznym gestem mającym zjednać prezydentowi zwolenników innych ugrupowań politycznych niż to, z którego sam się wywodził. Z kolei Sławomir Skrzypek był drugim kandydatem, którego Lech Kaczyński wskazał, gdy okazało się, że poprzedni – Jan Sulmicki – wycofał swoją kandydaturę z powodów rodzinnych.

Bardziej płynną zmianę na tak ważnej funkcji trudno sobie wyobrazić, co potwierdza sam kandydat. – Nie jestem pistoletem. Mentalnie i z doświadczenia jestem umiarkowany i konserwatywny. Jak coś dobrze idzie, to nie jestem skłonny, by to jeszcze poprawić, tylko się cieszę, że to idzie dobrze. Nie jestem skłonny do ryzyka. Jestem doświadczony. Mam dystans. Przez swoją działalność w RPP jestem znany. Znają mnie długo zarówno analitycy, grupy bankowe i inwestorzy – mówi Glapiński.

Ta przewidywalność była poważnym argumentem za wskazaniem jego kandydatury przez Andrzeja Dudę. Innym – ważnym dla prezesa PiS – jest jego polityczna i ekonomiczna przeszłość. Był działaczem podziemnej Solidarności w kierownictwie jej struktury na SGPiS, czyli obecnej SGH. – Mój brat był aresztowany, jak miałem 17 lat, mieliśmy w domu pierwszą rewizję. Więc mogę powiedzieć, że antykomunistyczne nastawienie wyssałem z mlekiem matki. W latach 80. byłem współszefem podziemnej Solidarności na SGH, współpracowałem z wrocławskim Centrum Demokratycznym, w które wciągnął mnie Adam Lipiński – podkreśla kandydat. Brał aktywny udział w przemianach 1989 r. W 1990 r. był współzałożycielem Porozumienia Centrum i warszawskiego oddziału Kongresu Liberalno-Demokratycznego, który na początku był częścią PC. Gdy drogi KLD i PC się rozeszły, Glapiński został w PC jako wiceprezes partii. Dwukrotnie był ministrem: w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego szefował resortowi budownictwa i gospodarki przestrzennej, a w kolejnym, Jana Olszewskiego – był ministrem współpracy gospodarczej z zagranicą.

– To były rewolucyjne lata, czasy kompletnego chaosu. Rewolucyjne. Ale człowiek się cały czas uczy, a bycie w rządzie pozwala poznać, jak działa państwo. Jakie są zależności między ministerstwami, premierem, instytucjami centralnymi. Jak to wszystko działa, co jest możliwe, a co niemożliwe. Zawsze mówię studentom, że ekonomista praktyk w odróżnieniu od teoretyka powinien się skoncentrować na tym, co jest możliwe. Co można zrobić w ciągu kadencji i na tym się skoncentrować. Trzeba mierzyć siły na zamiary – mówi o swoich politycznych doświadczeniach z tamtego czasu.

Początek lat 90. wytykają mu jego przeciwnicy, szukając jego związków z budowaniem przez działaczy PC spółki Telegraf czy nawet FOZZ. – To pytania, na które nie chce mi się nawet odpowiadać. Nie mówię, że Telegraf to było coś złego, ale nie byłem w ogóle do tego zaproszony ani w tym nie uczestniczyłem. Nie miałem żadnego zetknięcia życiowego z tą sprawą. Podobnie z FOZZ. Tyle że poznałem Cliffa Pineiro na spotkaniu u Korwin-Mikkego z Miltonem Friedmanem. I to stworzyło później cały kontakt – komentuje.

Później jego związki z polityką zaczęły się rozluźniać. Jeszcze w 1997 r. z ramienia Ruchu Odbudowy Polski został senatorem w województwie tarnowskim, ale później nie ubiegał się o reelekcję. – Polityka mnie interesuje, ale nie mam potrzebnych do jej uprawiania cech. Jestem za mało twardy i ambitny, nie mam zdecydowanie ciągu na bramkę. Bycie w tylnych rzędach mnie nudzi, a bycie z przodu oznacza ogromną gorączkę, obciążenie życia codziennego. Nie mam takiego temperamentu. Wbrew temu, co myślą przeciętni Polacy, być politykiem jest bardzo trudno. To wymaga szczególnych cech charakteru, temperamentu i przede wszystkim może rodzin, które godzą się na takie życie. Jeśli ktoś chce grać w futbol amerykański czy uprawiać judo, musi mieć cechy szczególne. Ja w polityce byłem raczej takim etatowym wiceprezesem, który odpowiadał za przygotowanie programów – podsumowuje.