To oczywiście świetna wiadomość dla pracowników. Ekonomiści również mogą lekko odetchnąć, gdyż według ich modeli makroekonomicznych, udział siły roboczej w dochodzie jest stały. Spadający przez 25 lat udział pracowników w dochodzie narodowym był zatem powodem do obaw ze strony wielu ekonomistów. Jeśli obecny trend się utrzyma, wówczas to stare konwencjonalne przekonanie powróci do łask.

Co się dzieje, że od 2 lat udział pracowników w dochodzie narodowym rośnie? Po części odpowiada za to wzrost wynagrodzeń. Na drugim wykresie przedstawiono średnie wynagrodzenie za godzinę w ciągu ostatniej dekady.

A dlaczego rosną wynagrodzenia? Jedną z oczywistych przyczyn jest to, że kurczy się rynek pracy. Nadwyżka pracowników maleje, przy jednoczesnym spadającym bezrobociu.

Trzeci wykres przedstawia stosunek zatrudnienia do wielkości populacji.

Co prawda ostatni wzrost wygląda na dość łagodny, ale wynika to po części z procesu starzenia się społeczeństwa. Powojenne pokolenie baby boomers wchodzi w wiek emerytalny. Jeśli zatem weźmie się poprawkę na demografię, wówczas okaże się, że stosunek zatrudnionych do wielkości populacji znacząco wzrósł.

Mniejsza liczba bezrobotnych oznacza, że na rynku pracy istnieją pewne braki, dające pracownikom większą siłę przetargową. Pozwala to im negocjować wyższe wynagrodzenia, a firmy są zmuszone do zaakceptowania tych żądań i niższych zysków.

Powyższe wyjaśnienie jest dość proste, idźmy zatem dalej. Sytuację na rynku pracy należy rozpatrywać także w dłuższej perspektywie, a tu również dochodzi do pewnych zmian. Udział pracowników w dochodzie narodowym zmniejszył się nie tylko z powodu recesji – udział ten spadał od wczesnych lat 90. XX wieku – pomimo, że gospodarka rosła. Co się zatem stało?

Jedną z odpowiedzi jest globalizacja. Ostatnia dekada XX wieku i pierwsza dekada XXI wieku były czasem, gdy amerykańskie rynki pracy pozostawały otwarte na świat. Amerykańscy pracownicy w tym czasie konkurowali nie tylko ze sobą, ale także z nisko-opłacanymi pracownikami z Indonezji, Tajlandii, Węgier oraz wielu innych krajów. Prawdziwy szok przyszedł po tym, jak Chiny w 2001 roku wstąpiły do światowej organizacji handlu. Doprowadziło to do dużego dumpingu pracowników, a Internet umożliwił stworzenie łańcuchów dostaw poza granicami kraju. W efekcie wielu pracowników – szczególnie tych dobrze opłacanych w USA i innych bogatych krajach potraciło swoje miejsca pracy.

Można domniemywać, że jeśli w danym momencie na rynku pracy pojawi się cała rzesza nowych pracowników, a nie towarzyszy temu znaczący wzrost kapitału, to udział pracowników w dochodzie narodowym spada. To wynika nie tylko z prostego prawa podaży i popytu, ale też ze standardowych modeli handlowych. Wielu ekonomistów łączyło spadek udziału pracowników w dochodzie narodowym z pojawieniem się chińskiej siły roboczej.

Ale trend ten może się w naturalny sposób kończyć. Gdy Chiny włączyły się w globalny system handlu, najpierw nieśmiało w latach 80. i 90., a później w pierwszej dekadzie XXI wieku, były krajem ubogim w kapitał. Dekady komunistycznych rządów zostawiły to państwo bez dróg, pojazdów, biur, mieszkań i odpowiednio wyposażonych fabryk. To się jednak zmieniło i Państwo Środka od kilku dekad doświadcza największego boomu inwestycyjnego ostatnich lat. Dziś Chiny mają już znacznie lepszą infrastrukturę, fabryki, mieszkania, etc. Proces ten zaszedł do tego stopnia, że dziś pojawiają się obawy o to, że wiele powstałych obiektów zostanie zmarnotrawionych. Nazwanie dziś Chin krajem ubogim w kapitał byłoby niezgodne z rzeczywistością.

Zatem teraz, gdy Chiny gromadzą kapitał, presja na pracowników z krajów rozwiniętych jest mniejsza. Oczywiście gdy Indie lub Afryka zaczną się industrializować, wówczas ta presja znów powróci – kraje te bowiem będą dysponowały – tak jak kiedyś Chiny – nadwyżkami taniej siły roboczej. Ale dzisiejsze spowolnienie w Chinach wprowadza większą równowagę w stosunki pomiędzy pracownikami a pracodawcami w krajach rozwiniętych.

Istnieją także inne długoterminowe tendencje na rynku pracy, znacznie mniej pozytywne niż wcześniej omawiana. Matt Rognlie, profesor z Northwestern, doszedł do wniosku, że za dużą cześć spadku udziału pracowników w dochodzie narodowym odpowiada fakt, że coraz więcej pieniędzy wędruje w ręce posiadaczy ziemskich. Może się tak dziać z powodu większych ograniczeń jeśli chodzi o ziemię lub z powodu coraz większej koncentracji geograficznej działalności gospodarczej.

Tak czy inaczej, jeśli jest to długoterminowym trendem, kosztem udziału pracowników w dochodzie narodowym, wówczas trudno się spodziewać, że trend ten sam się skoryguje. Wtedy ostatni wzrost udziału pracowników w dochodzie narodowym okaże się jedynie czasowym odchyleniem.