statystyki

Najgorszy rok szkoły. Dla nauczycieli idą chude lata pod rządami PiS

27 sierpnia 2016, 19:00 | Aktualizacja: 27.08.2016, 19:20
Nauczyciel

Nauczycielźródło: ShutterStock

Niepewność i kolejne zmiany w edukacji sprawiają, że na nowy rok szkolny nauczyciele nie czekają z radością.

"Zagrożeń ze zwolnieniami nauczycieli absolutnie nie ma. Zwolnienia będą spowodowane wyłącznie niżem demograficznym” - to nie powtórka z kabaret absurdu, a słowa minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej z ostatniej konferencji prasowej. Choć szefowa resortu próbuje zaklinać rzeczywistość, dla części nauczycieli jest jasne: idą chude lata. W nadchodzącym roku czekają ich niepewność, kolejna zmiana sposobu nauczania i obawa o dalsze zatrudnienie. Na rzeczywistość nie pomoże ani długi list szefowej resortu, ani jej zapewnienia, że „rozpoczynamy spokojny rok szkolny”. Gołym okiem widać, że zbiera się na burzę.

Mniej dzieci, mniej pracy

Jako pierwsi silniejszy wiatr we włosach poczuli nauczyciele zatrudnieni w szkole podstawowej. Jeszcze w ubiegłym roku podstawówki pękały w szwach od dzieci – rekordowe szkoły miały klasy pierwsze numerowane aż do „R” i naukę na 2–3 zmiany. To efekt poprzedniej reformy edukacji wprowadzanej z oporami przez lata przez rząd PO. Ponieważ ustawa nakazywała dzieciom urodzonym w 2009 r. stawić się 1 września z teczką, do szkoły poszło 1,5 rocznika uczniów – pół rocznika siedmiolatków (których koledzy trafili do szkoły jako sześciolatki już rok wcześniej) oraz cały maluchów.

Po wakacjach 2016 do pierwszej klasy miały już iść wszystkie sześciolatki, czyli dzieci urodzone w 2010 r. MEN jednak tuż po wyborach odwołał tę decyzję. Pozwolił rodzicom wybierać, czy maluch ma zostać w przedszkolu, czy iść do szkoły. Na pierwszą opcję zdecydowali się rodzice 82 proc. dzieci. Biorąc pod uwagę, że – poza nielicznymi sześciolatkami – kandydatami na pierwszaków zostało tylko 92 tys. siedmiolatków, których rodzice odroczyli w czasie gdy do szkoły szedł tłum, dla wychowawców po prostu nie będzie klas. W województwie dolnośląskim otwiera się trzy razy mniej oddziałów niż ostatnio. W Lesznie – dwa razy mniej. W Krakowie – ok. 200 mniej.

Mniejszy rocznik to dramat zwłaszcza w kontekście tego, że jeszcze przed chwilą szkoły szykowano na trend zupełnie odwrotny. W szkołach podstawowych przybywało 10 tys. etatów rocznie. Rada minister dla tych, którzy będą musieli odejść? Poszukać pracy w przedszkolu. To tam trafiły przecież sześciolatki.

Może jest to proste, kiedy patrzy się na skalę kraju. Gorzej w pojedynczych miastach. W dodatku z najnowszych danych GUS wynika, że w przedszkolach ok. 6,5 tys. nauczycieli to osoby zatrudnione w niepełnym wymiarze godzin. Dyrektorzy placówek chętniej więc dopełnią im pracę do pełnych etatów, niż zatrudnią nowych pedagogów. Nauczycieli nie uratują nawet wracające do szkół zerówki. W Lublinie powstanie ich 17, za to zniknie ok. 115 klas pierwszych. ZNP liczy, że bez pracy zostanie 8 tys. nauczycieli wczesnoszkolnych. Z tych, którzy w pracy zostaną, część będzie musiała szukać zupełnie nowych metod pracy. Jak pisaliśmy w DGP, to nie koniec – okazuje się, że niektóre samorządy klasy i etaty co prawda przyszykowały, ale dla trójki dzieci. Tak będzie np. w Głubczycach.

Wychowawca wuefistą

Podniesionym przez wiatr zmian piaskiem dostaną po oczach wszyscy nauczyciele pracujący w publicznych szkołach. Już w tym roku. A to między innymi za sprawą zmian w Karcie nauczyciela. Minister Anna Zalewska nie zamierza co prawda usuwać całej karty, ale wprowadzane przez nią przepisy wpłyną na interpretację ustawy. W pierwszej kolejności pod młotek poszły godziny karciane, czyli znienawidzone przez pedagogów przymusowe dwie lekcje, które trzeba poza pensum przeznaczyć na pracę z uczniami. Popularne karcianki wprowadziła w 2008 r. Katarzyna Hall (PO). – To pokłosie prowadzonej wówczas dyskusji o zwiększeniu pensum nauczycielskiego. Rząd nie zdecydował się na to, aby uniknąć protestów, ale do Karty nauczyciela wprowadzono protezę – tłumaczył dla DGP Marek Olszewski ze Związku Gmin Wiejskich.

Teraz minister godziny znosi. Według oficjalnego uzasadnienia po to, żeby nauczycielom pracowało się łatwiej – nie będą musieli już wypełniać papierów związanych z ewidencją godzin karcianych. Ale w przepisach jest kruczek. Co prawda ustawa likwiduje karcianki, jednak pozostawia możliwość zlecania przez dyrektorów dodatkowych zadań. Samorządy i dyrektorzy mogą więc uznać, że nie obowiązują dwie godziny, ale za to dyrektor może zlecić nauczycielowi dowolne zadania w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy. Związki liczą na to, że za każdą dodatkowo zleconą godzinę będzie się należała dodatkowa płaca. Dyrektorzy odpowiadają, że w ustawie tego nie ma, więc nauczyciel będzie musiał działać w ramach 40-godzinnego etatu (22 godziny poza pensum poświęca na przygotowanie do lekcji, sprawdzanie prac, doszkalanie czy pracę administracyjną). Kto będzie silniejszy? Okaże się we wrześniu, kiedy pierwsze godziny zostaną belfrom zlecone. Innego wyjścia może nie być, bo zasilane godzinami karcianymi są całe świetlice szkolne. A więcej pieniędzy MEN szkołom nie da.


Pozostało jeszcze 74% treści

Pełny tekst artykułu dostępny w wydaniu
cyfrowym Dziennika Gazety Prawnej.

Miesiąc już od 33 zł.
Kup dostęp.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (9)

  • aaaa(2016-08-27 21:02) Zgłoś naruszenie 212

    Czy rząd ma utrzymywać niepotrzebnych nauczycieli pomimo niżu demograficznego?

    Odpowiedz
  • dr(2016-08-27 22:06) Zgłoś naruszenie 120

    To dobrze, bo teraz może nastaną dobre dla uczniów i studentów.

    Odpowiedz
  • ed70(2016-08-27 22:30) Zgłoś naruszenie 114

    Dobrze, że wreszcie znalazł się rząd, który nie boi przeciwstawić się tej grupie zawodowej.

    Odpowiedz
  • pytam(2016-08-28 11:10) Zgłoś naruszenie 101

    Po przeczytaniu tego nasuwa się pytanie. Czy szkoła jest dla dzieci czy jest dla nauczycieli. CZy to ma być miejsce edukacji dzieci czy miejsce przechowywania i utrzymywania etatów nauczycielskich.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • arnold(2016-08-28 21:04) Zgłoś naruszenie 51

    Klasy były do tej pory 20-30 osobowe, wystarczyłoby zrobić 15-20 i problem sam by się rozwiązał z korzyścią dla uczniów.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • Klppb(2016-08-28 07:59) Zgłoś naruszenie 29

    O jakosci zmian improwizowanych przez p Zalewska mozna juz dzis sie przekonac. Sprawa pierwsza ile to bedzie kosztowac ...(to chyba wazne), jakie przyniesie wymierne nie haslowe pozytywy I negatywy. Niech wylozy to na stol... nie wylozy bo tak jak jej poprzedniczki nie ma pojecia o calosci... natomiast chce bardzo reformowac, zabierac glos, zwlaszcza ze za dyskutantow moze miec podobne postacie jak p Hall, p. Szumilas p.KluzikRostkowska ....

    Odpowiedz
  • Piotr34(2016-08-28 23:19) Zgłoś naruszenie 10

    Artykul zdaje sie sugerowac ze obecny niz demograficznyto wina PIS-tylko kto rzadzl przez ostatnie 27 lat?Nauczyciele sa bardzo rozszczeniowa grupa zawodowa nie baczaca zupelnie na sytuacje kraju,jego finanse i demografie-male przytarcie rogow nie zaszkodzi.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecamy

Wiadomości branżowe

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie>>

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze