Powód: użycie przez projektodawców spójnika „i” zamiast „lub” w ustawowej definicji placówki handlowej. Obecna wersja projektu zakłada, że ograniczenia handlu w niedzielę będą dotyczyć tylko tych sklepów, które prowadzą zarówno sprzedaż detaliczną, jak i hurtową, a więc w praktyce nie więcej niż kilku procent ogółu.

– Zgodnie z logiką prawniczą tak należy rozumieć ten przepis. Wydaje się jednak, że na dalszym etapie prac nad projektem legislatorzy zwrócą uwagę na tę wątpliwość – tłumaczy Grzegorz Orłowski, radca prawny z kancelarii Orłowski Patulski Walczak. – Nieprzemyślana definicja placówki handlowej wywołuje także inne problemy. Wynika z niej choćby to, że handlu w niedzielę nie można prowadzić w składach węgla, ale w składach koksu już tak. To tylko przykład tego, jak bardzo dziurawe będą projektowane ograniczenia – dodaje mec. Orłowski.

Możliwe, że niefortunne sformułowanie przepisów to niedopatrzenie projektodawców z Solidarności, którzy nie są profesjonalnymi legislatorami, ale nie jest to jedyny problem wynikający z tego dokumentu. Nawet jeśli wspomniana wątpliwość zostanie usunięta, firmy zajmujące się handlem i tak będą miały do wyboru wiele sposobów omijania restrykcyjnych regulacji.

Na przykład stacje paliw mogą zmniejszać powierzchnię handlową poniżej 80 mkw. (a znajdujące się w miejscach obsługi podróżnych przy autostradach – poniżej 150 mkw.), i już będą mogły handlować. Innym sposobem będzie dołączenie do asortymentu upominków, pamiątek lub dewocjonaliów albo traktowanie zwykłych towarów (np. alkoholu lub książek) jako tego typu produktów. Handel nimi będzie bowiem dozwolony w niedzielę.

– Nie ma prawnej definicji określenia „upominek”. Czy nie jest nim np. butelka alkoholu w specjalnym opakowaniu? Ten projekt jest pełen tego typu pułapek interpretacyjnych – wskazywał Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan, podczas piątkowego posiedzenia zespołu ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego. Podawał także przykłady absurdalnie restrykcyjnych przepisów. – Jeśli właściciel cukierni sprzeda do godz. 13 w niedzielę choćby jeden produkt, który nie powstał w jego zakładzie, będzie mu groziła kara pozbawienia wolności – podkreślał.

Co ważne, zakazu nie będzie mogła egzekwować Państwowa Inspekcja Pracy. Na piątkowym posiedzeniu potwierdzono, że obecna wersja projektu ogranicza jedynie prowadzenie działalności gospodarczej. Nie jest to zatem ustawa z zakresu prawa pracy, a przestrzeganie tylko takich przepisów mogą weryfikować inspektorzy PIP. Z projektowanych zmian wynika, że ich egzekwowaniem powinny się zajmować policja i prokuratura (nawet jeśli chodzi o sprzedaż jednego cukierka). Handlowanie w niedzielę wbrew przepisom ustawy będzie bowiem zagrożone sankcją karną w maksymalnym wymiarze dwóch lat pozbawienia wolności.

Co więcej, przepis karny jest tak skonstruowany, że nie ma pewności, czy za handel w niedziele ścigani będą tylko prowadzący sklepy, czy też także ich pracownicy (to oni bowiem dopuszczą się „wykonywania innych czynności sprzedażowych”, przewidzianych w przepisie). Akurat te rozwiązania mogą się jednak zmienić. – Nie wykluczamy wycofania się z sankcji karnych wobec osób naruszających ograniczenia w handlu w niedziele. Wówczas to inspekcja pracy mogłaby egzekwować omawiane regulacje, a sama wysokość grzywny mogłaby zależeć od wysokości obrotów, jakie osiąga placówka – potwierdził Alfred Bujara, przedstawiciel komitetu inicjatywy ustawodawczej w sprawie niedziel, lider handlowej Solidarności.

Nie zgadzał się także z zarzutami co do możliwości obchodzenia proponowanych ograniczeń. – Pamiętajmy, że zakaz ma dotyczyć handlu, a nie działalności usługowej. Jeśli np. w cukierni serwowana jest też kawa i lokal ma charakter placówki gastronomicznej, to nie będą go dotyczyły projektowane ograniczenia – wyjaśniał.

>>> Czytaj też: Wysyp zleceń na polskich drogach. Rząd wznawia przetargi na ekspresówki