Kłopoty wydobywcze PGG nie są tajemnicą. DGP jako pierwszy napisał o tym, że w tym roku spółce zabraknie 5 mln ton węgla do wykonania założonego planu. A ten, jak zapewnia prezes Tomasz Rogala, jest wciąż aktualny – nie mniej niż 32 mln ton węgla kamiennego w 2017 r.

Spółka podała, że w I półroczu wyprodukowała 14,5 mln ton węgla. To pozwalałoby przyjąć, że tegoroczna „dziura węglowa” wyniesie więc nie 5, a 3 mln ton. A to i tak stanowi 10 proc. zaplanowanej produkcji.

Jednak z dokumentów, do których dotarł DGP, a konkretnie wewnętrznych raportów wydobywczych kopalń Polskiej Grupy Górniczej, wynika, że w czerwcu firma musiała dokonać wydobywczego cudu. Z dobowych raportów z maja wynika, że kopalnie spółki wydobywały 110–120 tys. ton węgla dziennie. Średnie miesięczne wydobycie w PGG to 2–2,5 mln ton. Efekt? Na koniec maja wydobyto 10,35 mln ton paliwa wobec zaplanowanych 12,54 mln ton, czyli „dziura węglowa” była na poziomie 2,2 mln ton. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie podany przez firmę produkcyjny wynik półroczny na poziomie 14,5 mln ton. Wydobycie w jej kopalniach prawie 4,2 mln ton w ciągu 21 dni wydobywczych w czerwcu oznaczałoby dobową produkcję na poziomie 200 tys. ton. Zadanie niemożliwe, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę uruchomienie nowych ścian wydobywczych. Możliwości tych największych w polskim górnictwie rzadko przekraczają 10 tys. ton na dobę. A w czerwcu w pięciu kopalniach spółki nie ruszyło osiem czy dziewięć tak gigantycznych nowych frontów pozwalających na skokowe zwiększenie produkcji.

Całość artykułu w dzisiejszym wydaniu DGP