W ten czy inny sposób szybciutko zaadaptowano do tej idei pomysł dochodu podstawowego. Tak o to powstała śmiała i bardzo kusząca wizja: niech każda maszyna z interfejsem silikonowym „płaci” na dochód swojego patrona z interfejsem białkowym. Łatwe? Przyjemne?

OECD policzyło, czy to jest w dzisiejszym świecie w ogóle możliwe. Otóż gdyby zsumować wszystkie wydatki na wszystkie transfery społeczne (w tym też emerytury!) i rozdawać dochód podstawowy w wysokości takiej, ile wynosi obecna granica ubóstwa, to... brakuje nam bagatela średnio 75 proc. Nam, czyli średnio krajom OECD.

Dodajmy, że żadne z państw, w którym eksperymentuje się z dochodem podstawowym, nie ustaliło go na granicy ubóstwa. Eksperyment (skierowany wyłącznie do osób bezrobotnych) w Finlandii i we Francji to dochód wynoszący ok. 50 proc. granicy ubóstwa, we Włoszech testują poziom ok. 20 proc. A ile wynosi ta granica ubóstwa? Dziś w Polsce to ok. 100 0 z ł na osobę w gospodarstwie jednoosobowym (kwota ta jest tym niższa, im więcej osób w gospodarstwie – w czteroosobowej rodzinie granica ubóstwa to już poniżej 60 0 z ł).

Oczywiście można spróbować opodatkować maszyny, jak proponuje kalifornijski high-life. Spróbujmy to policzyć. Dochód z całego kapitału w krajach rozwiniętych to 30–50 proc. PKB (reszta to dochód pracy). Podatki z kapitału to obecnie maksymalnie 10 proc. przychodów budżetowych (większość przychodów do budżetu rządy krajów rozwiniętych zbierają poprzez opodatkowanie konsumpcji, czyli VAT). Z kolei świadczenia społeczne stanowią średnio ok. 25–30 proc. budżetów krajów rozwiniętych. Nie ma takiej stopy opodatkowania kapitału, żeby dała cztery razy tyle pieniędzy, ile dziś wydajemy na świadczenia. A przecież Musk i inni proponują, żeby opodatkować nie cały dochód z kapitału i nie ziemię, a jedynie nowe maszyny, te, które od dziś zabierają ludziom pracę.

Naturalnie można sobie wyobrazić świat, w którym podwajamy stawkę VAT i z tego finansujemy dochód podstawowy dla wszystkich – na poziomie granicy ubóstwa. Oczywiście za ten VAT od konsumpcji więcej zapłacą bogatsi, ale w tym świecie musielibyśmy zabrać emerytom ich świadczenia (bo inaczej 10–15 proc. PKB świadczeń trzeba dodać do całego rachunku). No i nie do końca oczywiste są przesłanki opodatkowywania konsumpcji po to, żeby dać ludziom... dochód na podstawową konsumpcję.

Nie da się pominąć też takiego drobnego szczegółu, jak wpływ ewentualnego opodatkowania nowych maszyn na skłonność do ich wytwarzania i wdrażania. Czy Amazon przejdzie od prototypu sklepu bezobsługowego w Seattle do faktycznie funkcjonującej sieci, jeśli 100 proc. przychodu wygenerowanego przez nowe maszyny będzie musiał oddać w podatkach? A co z producentem samochodów, który zmniejsza szkodliwość warunków pracy w lakierni poprzez całkowicie zrobotyzowaną linię produkcyjną?

Czy te wyliczenia same w sobie zaprzeczają idei dochodu podstawowego? To już chyba pytanie bardziej filozoficzne niż ekonomiczne. Arystoteles niecałe 2,5 tys. lat temu rozważał sens pieniądza i go nie znalazł. W jego rozumieniu, jeśli majątek społeczeństwa składa się z mis, łyżek i ubrań oraz żywności, nie ma problemu redystrybucji i ubóstwa, bo o ile tylko nie ma zagrożenia głodem (np. z powodu suszy czy wojny), jakoś się tym jedzeniem i łyżkami podzielimy. Po co komu 1 0 m isek, skoro jednocześnie i tak da się jeść tylko z jednej? Zdaniem Arystotelesa to pieniądz podważa sens społeczeństwa, bo można go gromadzić dowolną ilość, i to bez najmniejszej skłonności do dzielenia się z innymi.

Sęk w tym, że raczej nie słuchamy ani Arystotelesa, ani jemu podobnych. Żyjemy już od jakiegoś czasu w kulturze gromadzenia majątku w pieniądzu i nie zapowiada się, byśmy ją szybko mieli zarzucić. Cechą immanentną tej kultury jest to, że jeśli mamy w niej coś komuś dać, to najpierw trzeba komuś zabrać. Maszyny, nawet w thrillerach science fiction, nie są samoistne. Poza Matriksem zazwyczaj kieruje nimi jakiś człowiek, snując niecny plan podbicia postgalaktyki dla – uwaga! – zysku. Można sobie wyobrazić światową rewolucję ludzi pracy przeciwko właścicielom robotów, ale... już raz taka była. I jak się skończyło po ledwie 80 latach i kilkudziesięciu milionach ofiar śmiertelnych, mniej więcej wiemy. Szczęśliwie, przy całym szacunku, Guy Standing i inni proponenci dochodu podstawowego wolą pograć w tenisa i udzielać dobrze płatnych wykładów niż budować międzynarodówkę, więc jak na razie na rychły powrót historii się nie zapowiada.

Ale problem marzenia o dochodzie podstawowym pozostaje. Pewnie łatwiej byłoby go rozwiązać, gdybyśmy wcześniej uzgodnili, na czym ten problem polega. Czy martwimy się o ubóstwo samo w sobie? Czy o młodych wchodzących w dorosłość z poczuciem dużej niepewności? Czy o zabezpieczenie w sytuacji przejściowych trudności życiowych związanych z pracą czy zdrowiem? Czy o trwałe trudności życiowe? O dorosłych w pełni sił? Bez sił? O dzieci? O osoby starsze? Jak mówią Anglosasi, „one size usually does not fit all”. Wydawałoby się, że to jedno akurat już wiemy... ⒸⓅ

>>> Polecamy: Na co idą środki z 500 plus? Ponad połowa jest wydawana na podstawowe potrzeby