Podatków można unikać nielegalnie – nie płacąc ich, ale też w pełni legalnie – wykorzystując zagmatwanie systemu. Można to robić bezczelnie, można w białych rękawiczkach. Można uchodzić przy tym za pomysłowego, a nawet przedsiębiorczego. Niektóre metody służby skarbowe zwalczają, na inne przymykają oko.

W debacie nad uszczelnianiem rodzimego systemu podatkowego dominuje temat walki z nadużyciami w VAT. I słusznie. Według ostatnich wyliczeń firmy doradczej PwC w tym roku luka w VAT może wynieść ok. 39 mld zł – to o 13 mld mniej niż przed rokiem, ale nadal dużo.

Ale trzeba przyznać, że dzięki działaniom fiskusa metod unikania VAT jest już coraz mniej (nie wszystkie dziury zatkano). Ale w innych podatkach prace nad uszczelnianiem są dopiero w toku. I jeszcze dobrą chwilę potrwa łatanie tych podatkowych dziur. Bo wbrew pozorom jest ich całkiem sporo.

Sposób na znikającego podatnika

Zacznijmy od wspomnianego VAT. Myśląc o unikaniu czy wyłudzaniu tego podatku, każdy ma tylko jedno skojarzenie: karuzela. Ale są dużo prostsze sposoby – choćby znikający podatnik. Nie jest już tak prosto, jak jeszcze 2–3 lata temu, bo o status podatnika VAT trudniej, a dzięki bazie danych jednolitego pliku kontrolnego fiskusowi łatwiej wyłapywać podejrzane transakcje. Ale wciąż jest to sposób wykorzystywany.

Znikający podatnik zasługuje na uwagę z powodu dwóch cech: prostoty i bezczelności. O ile zmontowanie karuzeli VAT wymaga pewnej finezji, stworzenia łańcucha dziesiątek fikcyjnych firm, między którymi krąży towar (choć tak naprawdę obrót jest pozorny, przez firmy widma przepływają tylko faktury), o tyle przy znikającym podatniku potrzebne są tylko kapitał na start i buta oszusta.

W tej metodzie numer polega na tym, by rzeczywiście towar kupić, a potem sprzedać. I co ważne – sprzedać po cenie niższej od rynkowej, bo oferta musi być wystarczająco kusząca, by uczciwy kontrahent na nią odpowiedział. Tomasz Pabiański z firmy doradczej PwC tłumaczy, że podstawą przekrętu jest w tym przypadku imitacja wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów. Choć brzmi skomplikowanie, chodzi o zwykły handel towarami między krajami – członkami Unii Europejskiej. Według unijnej zasady sprzedaż towaru z jednego kraju do drugiego jest obłożona zerową stawką VAT w kraju wysyłki, podatek płaci się dopiero, sprzedając go w kraju przeznaczenia. Ten mechanizm wykorzystują przestępcy.

– Załóżmy, że ktoś ma 100 tys. euro, za które kupuje towar w Niemczech. Tam nie płaci VAT, bo dostawa do innego kraju UE jest objęta stawką zero procent. Przywozi go do Polski i sprzedaje za 95 tys. plus VAT, w sumie za 117 tys., poniżej ceny rynkowej. Znikający podatnik nie odprowadza podatku do urzędu skarbowego i wyparowuje razem z pieniędzmi – opowiada Pabiański. I dodaje, że ten mechanizm działa również w drugą stronę. Za owe 100 tys. euro można kupić towar w Polsce. Przestępcy deklarują dostawcy, że towar zostanie wywieziony z kraju, i często dostarczają dokumenty, które mają ten fakt uprawdopodobnić. – W takim przypadku dostawca zastosuje stawkę podatku zero procent, jednak towar tak naprawdę nigdzie nie wyjeżdża, tylko jest sprzedawany w kraju za niższą cenę, ona również może wynosić 95 tys. plus VAT. Konkurenci sprzedają po 100 tys. plus VAT, więc taka oferta jest atrakcyjna. Manewr jest powtarzany: znikający podatnik ulatnia się razem z VAT-em, którego nigdy nie odprowadzi do urzędu skarbowego – mówi Tomasz Pabiański.

Gra na skomplikowanie systemu

Inny, mniej popularny sposób oszukiwania na VAT wykorzystuje skomplikowanie naszego systemu podatkowego. Są towary, gdzie ustalenie właściwej stawki jest dość trudne, np. olej rzepakowy. Jeśli jest wykorzystywany do celów spożywczych, stawka podatku wynosi 5 proc., jeśli jest to olej techniczny, wykorzystywany jako surowiec w produkcji biodiesla, stosuje się stawkę podstawową, czyli 23 proc.

Gra na różne stawki ma kilka akordów. Jeden z nich jest mutacją opisywanego wcześniej sposobu: oszust kupuje towar opodatkowany niższą stawką i odsprzedaje go, stosując stawkę wyższą. Już na tej operacji ma zysk, bo cena sprzedaży brutto jest wyższa, a przestępca nie zamierza żadnego podatku odprowadzać do urzędu skarbowego.

Bardziej wysublimowaną formą jest zawyżenie podatku naliczonego. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że każdy vatowiec ma do czynienia z VAT naliczonym – tym, który wystawiają mu na swoich fakturach dostawcy – i VAT należnym, który dolicza do towarów i usług sprzedawanych przez siebie. Upraszczając: do urzędu skarbowego trzeba odprowadzić VAT należny, ale można go pomniejszyć o VAT naliczony.

Jeśli ktoś zawyża VAT naliczony, to jednocześnie może zaniżać VAT należny. I na tym – w tym przypadku – polega przekręt. Nieuczciwy podatnik kupuje towar z niższą stawką i odsprzedaje ją z wyższą, przy czym jednocześnie fałszuje swój rejestr VAT – w taki sposób, żeby dokumenty zakupów wyglądały tak, jakby sam kupował towar po wyższej stawce. W ten właśnie sposób zawyża VAT naliczony. Różnicę między stawkami inkasuje do własnej kieszeni.

Do niedawna ten typ oszustwa był dość trudny do wykrycia: wszak firma rozliczała podatki, więc wszystko wyglądało w porządku. Ten mechanizm nadal mogą wykorzystywać nieuczciwi przedsiębiorcy z niewielkim obrotem, którzy jeszcze nie muszą składać jednolitych plików kontrolnych. Bo ci, którzy to robią, raczej zostaną już namierzeni. System dokonuje kontroli krzyżowych, czyli porównuje faktury wystawione przez sprzedawcę i zgłoszone przez odbiorcę. Każda taka różnica powoduje alert – to kilka tysięcy przypadków miesięcznie.

>>> Czytaj także: Sejm znowelizował tegoroczny budżet. Prawie 1 mld zł dla publicznej TV i radia

Mrówki i zabawa w zestawy

Dużo trudniej fiskusowi wychwycić inną metodę – „na mrówkę”. Tu nadużycie wykorzystuje system zwrotu VAT dla podróżnych. Cudzoziemiec, kupując towar w Polsce i wywożąc go za granicę, ma prawo do zwrotu, o ile rzeczywiście towar wywiezie.

Sęk w tym, że w Polsce można kupować możliwe dużą ilość towaru i nie ma żadnych obostrzeń co do celu tych zakupów. Jeśli ktoś jest osobą prywatną, może kupić np. paletę kawy czy inną hurtową ilość jakiegoś towaru i o ile się mu to zmieści do samochodu, może z tym wyjechać, dostać pieczątkę od celnika i starać się o zwrot podatku. W takiej sytuacji cena, jaką zapłaci, nie wynosi np. 100 zł plus 23 proc. VAT, tylko 100 zł.

Co się dzieje dalej? Gdy kupujący już ten zwrot otrzyma, towar może wrócić do Polski z wykorzystaniem mrówek właśnie – czyli osób, które wielokrotnie przekraczają granicę, przenosząc niewielkie ilości. A następnie już w Polsce może być sprzedawany za np. 110 zł, czyli po niższej cenie niż rynkowa (bo ta wynosi przecież 123 zł). Zysk jest podwójny, bo nie dość, że odzyskało się podatek, to jeszcze można zarobić na sprzedaży towaru.

Wyłapanie takiego procederu jest trudne, bo dotyczy on sprzedaży detalicznej, a ten obszar fiskus ma rozpoznany raczej słabo. A wiele wskazuje na to, że nieuczciwi podatnicy właśnie w nim coraz śmielej dokazują. Inny przykład nadużycia to zabawa w zestawy. Okazała się ona na tyle groźna, że Ministerstwo Finansów już pod koniec września wydało publiczne ostrzeżenie w tej sprawie.

Fundamentem nadużycia jest sprzedaż kilku towarów w zestawie po promocyjnej cenie. To powszechna praktyka w handlu detalicznym. Kupując kilka produktów w jednym zestawie, konsument płaci mniej, niż gdyby zapłacił za każdy z osobna. Ale cwańsi sprzedawcy postanowili na tym dodatkowo zyskać. Działa to wtedy, gdy poszczególne produkty są opodatkowane różnymi stawkami VAT. Na przykład w zestawie kanapka-frytki-cola kanapka i frytki są opodatkowane 8-proc. stawką, a cola – 23-proc. Przekręt polega na sztucznym zawyżeniu cen dwóch pierwszych składników zestawu i drastycznym zaniżeniu ceny coli. Po to, żeby zmniejszyć daninę należną fiskusowi. Bo 23 proc. od np. 1 gr to dużo mniej niż od np. 6 zł.

Przekręt na „obce blachy”

Luis Hamilton, mistrz świata w wyścigach Formuły 1, stał się jednym z bohaterów najnowszej afery podatkowej nazwanej przez prasę Paradise Papers po tym, jak okazało się, że uniknął zapłacenia ponad 3 mln funtów VAT dzięki serii operacji, których przedmiotem był jego odrzutowiec wart 16 mln funtów. Schemat optymalizacji opublikowała BBC. Zwrot VAT był możliwy dzięki temu, że kupujący – firma Hamiltona zarejestrowana na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych – oddała samolot w leasing innej spółce, specjalnie w tym celu założonej na wyspie Man. I choć wyspa Man nie należy do UE, to jest terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. VAT-u nie odprowadzono, bo zakwalifikowano to jako wewnątrzwspólnotową dostawę (ze stawką zero procent).

Sprawa Hamiltona do złudzenia przypomina proceder rejestrowania luksusowych samochodów przez specjalnie w tym celu zakładane firmy zamożnych Polaków w Czechach i na Słowacji. Prasa pisała o tym już w 2015 r. Zakup luksusowego auta przez czeską firmę, zarejestrowanie go tam i używanie w Polsce było opłacalne ze względu na uniknięcie bardzo wysokiej akcyzy. Dla aut o pojemności silnika ponad 2 litry trzeba płacić 18,6 proc. podatku od wartości. Dla takich samochodów jak ferrari czy bentley gra była więc warta świeczki, bo można było zaoszczędzić nawet jedną piątą ceny.

– Dziś ten sposób optymalizacji podatkowej – dość prymitywnej – stracił na popularności. Ci, których byłoby na to stać, trochę się jednak wystraszyli po tym, jak oficjalnie napiętnowało tę metodę Ministerstwo Finansów – mówi Radosław Piekarz, doradca podatkowy z kancelarii A&RT.

Magazyn dla firmy

Dużo popularniejsza jest kolejna metoda, której celem jest jak wyciąganie pieniędzy z własnej firmy. W zasadzie na posiadaniu przedsiębiorstwa można zarabiać w różny sposób. Na przykład zatrudnić się w nim jako prezes zarządu i pobierać pensję. Albo pobierać dywidendę z zysków. Obie metody mają tę wadę, że stawka podatku dochodowego od wynagrodzeń to 18 proc. lub – co bardziej prawdopodobne w przypadku prezesowania – 32 proc., a dywidenda obłożona jest podatkiem 19-proc.

Jest jednak sposób, który pozwala zmniejszyć to obciążenie o więcej niż połowę. Wystarczy, że właściciel firmy jest jednocześnie właścicielem nieruchomości, z których ona korzysta. Mówiąc inaczej, magazyn czy biuro może on wynajmować własnej firmie i tak uzyskiwać dochód. Korzyść jest podwójna. Pierwsza korzyść: w firmie pojawi się koszt. Wydatki na najem sprawiają, że dochód do opodatkowania CIT-em jest mniejszy, a więc sam podatek również. Druga korzyść: dochód z najmu, jaki uzyskuje właściciel, jest obłożony 8,5-proc. stawką. A to dużo mniej niż 19 proc. od dywidendy.

– To dość często spotykany mechanizm. Aczkolwiek to też się niebawem skończy, gdy w życie wejdzie nowelizacja ustaw podatkowych. Tam wprowadzono limit: niższą 8,5-proc. stawkę będzie można stosować przy przychodach z najmu do 100 tys. zł rocznie. Powyżej trzeba będzie rozliczać się już według normalnej skali PIT lub 19-proc. PIT liniowego, jeśli ktoś prowadzi działalność gospodarczą i stosuje ten sposób – mówi Radosław Piekarz.

Zamiast dokapitalizować, pożycz

W ogóle sztuczne zaniżanie zysków w firmie, a przez to i należnego podatku, to zmora, z jaką fiskus intensywnie próbuje sobie poradzić. Ostatnia jego próba to wydzielenie w dochodach firmy zysków kapitałowych. Do tej pory w podatku od dochodów firm – czyli CIT – nie dzielono tych dochodów ze względu na ich rodzaj. Inaczej jest w PIT, gdzie można zarabiać np. na etacie i na giełdzie. Oba źródła są rozliczane osobno, np. stratami z inwestycji w akcje nie można pomniejszyć dochodów z zatrudnienia, by w efekcie zapłacić mniejszy podatek. Natomiast w CIT można mieć dochód ze swojej podstawowej działalności, ale jednocześnie dużą stratę na np. działalności finansowej. Sumuje się to ze sobą i dopiero od ostatecznego wyniku nalicza się podatek. Może być więc tak, że firma wypracowuje duże zyski dzięki produkcji, ale łatwo je pomniejsza, np. spłatami pożyczek, które zaciągnęła. Oddzielenie dochodów kapitałowych skutecznie może zamknąć drogę do takiej właśnie formy obniżania podatku przez cienką kapitalizację.

Jak to działa? Wyobraź sobie, że twoja firma ma spółkę córkę. I tę spółkę trzeba wyposażyć w kapitał, by mogła działać. Może ona np. wyemitować akcje, które twoja firma może objąć za gotówkę. Ale braki kapitałowe to też świetna okazja do tego, by uszczknąć nieco z tego, co się należy fiskusowi. Nie zwiększasz więc kapitałów w spółce córce, a udzielasz jej kredytu. Albo zamiast akcji emituje ona obligacje, które kupuje twoja firma matka. W spółce córce powstaje koszt, trzeba przecież spłacać odsetki od zaciągniętych pożyczek, co zmniejsza dochód do opodatkowania.

>>> Czytaj także: DasCoin czyli przekręt na lepszego bitcoina. Oto Amber Gold bis

Kupię spółkę ze stratą

O ile finansowanie spółki córki pożyczkami nie jest nielegalne (choć obwarowane wieloma przepisami), o tyle rozpuszczanie zysków własnego przedsiębiorstwa w przejętej w tym celu firmie ze stratą – co najmniej nieuczciwe.

Sposób na „spółkę ze stratą” sprowadza się do zakupu firmy ze stratą przez właściciela zyskownego przedsiębiorstwa. Nowo zakupiona spółka przejmuje dochodową firmę. I w tym właśnie momencie dochodzi do roztopienia zysków przejmowanego przedsiębiorstwa w stratach firmy przejmującej. Jeśli była ona dostatecznie duża, to można uzyskać efekt tarczy podatkowej na następne kilka lat. Bo stratę można rozliczać przez 5 kolejnych lat.

Doradcy spierają się, czy taka transakcja to jeszcze legalna optymalizacja podatkowa, czy raczej już przekręt. Na skali legalności jest ona zapewne bliżej uczciwych operacji niż sprzedaż kosztów – czyli handlu pustymi fakturami, dokumentującymi fikcyjne transakcje. Przy sprzedaży kosztów od razu widać, że to nielegalne, bo przecież żadnej sprzedaży towaru lub usługi nie było, wszystko jest papierowe. Ale zakup spółki, która ma straty finansowe, nie jest zabroniony. Pytanie tylko o sens ekonomiczny zakupu takiej spółki. Jedynym powodem ekonomicznym jest obniżenie podatków. I można ścigać to na podstawie obowiązującego w Polsce prawa.

Metoda „na obcokrajowca”

Jeśli kupowanie spółek ze stratą jest moralnie wątpliwe, to utylizacja przedsiębiorstw w celu uniknięcia kontroli podatkowej jest moralnie naganna. Utylizacja ma na celu skuteczne zablokowanie kontroli podatkowej. Jak mówi Radosław Piekarz, trudno jest skontrolować coś, czego nie ma.

Po ten sposób sięgają na ogół ci, którym powinęła się noga w biznesie i nie mają z czego zapłacić podatków. Albo tacy, którzy ich płacić nie chcą. To jeden z tych bezczelnych sposobów unikania danin. Polega na tym, że podatnik w pełni świadomie nie odprowadza należności do urzędu skarbowego, co jest oczywiście przestępstwem karnoskarbowym. Ale żeby to przestępstwo wykryć, do firmy musi zapukać kontroler Krajowej Administracji Skarbowej.

Tymczasem na rynku pojawili się specjaliści od „znikania” takich spółek. Jak się to robi? Firmę z podatkową zaległością kupuje cudzoziemiec. Przejmuje on wszystkie udziały, firma dostaje nowy zarząd. Nabywca w Polsce nie mieszka, nie da się go odnaleźć. Nie ma więc kogo skontrolować. Metoda przypomina trochę sposób „na słupa”, gdzie firmy są rejestrowane na przypadkowe, wynajęte w tym celu osoby, od których trudno cokolwiek wyegzekwować. Ale jest bardziej perfidna. I skuteczna, jeśli firmę uda się zutylizować, zanim fiskus się połapie. Potem znikają dokumenty, a zarządu nie sposób znaleźć. Nasz rozmówca zwraca uwagę, że co prawda jest przepis, który mówi, że za długi firmy odpowiadają ci, którzy byli w jej zarządzie w czasie, gdy one powstały. Ale żeby wykazać długi podatkowe, trzeba najpierw skontrolować podatnika, którego już nie można znaleźć. I koło się zamyka.

Liniowy dla milionera

Z ostatnich metod zmniejszania sobie podatków warto wspomnieć o jeszcze jednej, w pełni legalnej, o której dyskusja rozgorzała po raz kolejny przy okazji najnowszego rządowego pomysłu, czyli planów zniesienia limitu 30-krotności. Zgodnie z prawem jeśli ktoś w ciągu roku zarobi więcej niż 30-krotność średniej pensji, wówczas przestaje płacić składki na ZUS. Likwidacja tego limitu może spowodować, że dobrze opłacani specjaliści dziś zatrudnieni na etatach uciekną w samozatrudnienie i zaczną się rozliczać według liniowej 19-proc. stawki PIT.

To właśnie liniowy PIT jest dobrą metodą na obniżenie swoich zobowiązań wobec fiskusa. Najbogatsi bardzo chętnie korzystają z tej formuły. Ponad 80 proc. osób, które uzyskały w 2016 r. dochód powyżej miliona złotych, swoje podatki rozliczyło właśnie w ten sposób. Gdyby pracowały na etatach, musiałyby od większości swoich dochodów zapłacić 32-proc. PIT. A tak mają nie tylko niższą stawkę, lecz też ryczałtowy ZUS.

Czy takie preferencyjne opodatkowanie to też robienie w konia ministra finansów? – Tak, z tym że w tym przypadku to system stworzony przez państwo generuje problem. To państwo nie chce zmienić przepisów o ozusowaniu działalności gospodarczej, które jest preferencyjne w stosunku do zatrudnienia na etacie. Likwidacja 30-krotności tylko pogłębi ten problem – uważa Radosław Piekarz.

Ucieczka w samozatrudnienie to właśnie przykłady podatkowej dziury, przez którą budżet traci, powstaje niespójność w systemie, a mimo to nie ma politycznej woli, żeby problem rozwiązać. Ostatnią taką okazją były prace nad podatkiem jednolitym, który miał połączyć wszystkie daniny w jedną i przy okazji uporządkować sprawę opodatkowania jednoosobowej działalności gospodarczej. Ale projekt trafił na półkę z innymi świetnymi pomysłami, które nigdy nie zostaną zrealizowane. ⒸⓅ

>>> Czytaj także: Sejm przegłosował mechanizm podzielonej płatności w podatku VAT