Rzeczniczka PiS energicznie zaprzeczyła mojej informacji, że partia rozważa powrót do tematu dekoncentracji mediów. Możliwe, że chodziło jej tylko o moment, w którym miałoby to nastąpić. Wakacje mają upłynąć bowiem w błogim spokoju, nie należy więc przedwcześnie ujawniać odleglejszych planów. Ale może bliski dania dekoncentracji zielonego światła Jarosław Kaczyński jeszcze się waha. Jeśli ostatecznie się na to nie zdecyduje, nie chce, aby zostały po jego rozterkach ślady.

Rewolucja czy równowaga

Gdyby temat pojawił się, zgodnie z moimi ustaleniami, na jesieni, mielibyśmy powrót do konceptu rządzącej prawicy jako ugrupowania forsującego rewolucyjne prawa. Rozstano się z tym wizerunkiem po przyjęciu ustaw sądowych. Stało się tak z wielu powodów, choćby niepewności co do stanowiska prezydenta, który okazał skłonność do wetowania i narzucania własnych rozwiązań. Ale przede wszystkim dlatego, że zdecydowano się na zmianę strategii. Nowy premier Mateusz Morawiecki miał wygasić w kraju gorączkę zmian, skierować uwagę Polaków na sprawy gospodarcze i poszukać porozumienia z Zachodem, przede wszystkim z UE.

Dlaczego politycy PiS wracają do dawnych pokus? Po pierwsze, dlatego że temat mediów naprawdę ich uwiera. Można go sprowadzić do groteskowego narzekania na „Fakt”, że skompromitował posła Stanisława Piętę. Albo do żalu na TVN, że niemal organizuje demonstracje przed Sejmem. Przywołuje się jednak poważniejsze przykłady. Politycy PiS niedawną zbyt natrętną debatę Onetu w sprawie zasadności działania stałej bazy amerykańskiej w Polsce odebrali jako przedkładanie niemieckiego interesu ponad własny przez medium należące do obcego wydawcy. Kontrargumentem jest to, że liczy się nie narodowość tegoż wydawcy, lecz opcja polityczna dziennikarzy, często bardzo krytycznych wobec tego rządu.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej