Może masz chwilę wolnego czasu? Niecałe trzy godziny? Mam świetny sposób na ich spędzenie. Obejrzyj na portalu YouTube wykład pt. „Psychologiczne znaczenie historii biblijnych” („The Psychological Significance of the Biblical Stories”) Jordana B. Petersona, profesora Uniwersytetu w Toronto. Mówisz, że nie jesteś psychologiem ani nawet studentem psychologii? To żadna przeszkoda. Przytłaczająca większość widzów Petersona (jego kanał na YT ma milion subskrybentów) – jak większość z nas – z psychologią nie ma wiele wspólnego. Podobnie jak z Nietzschem, Jungiem, Dostojewskim czy Sołżenicynem, na których Peterson bardzo często powołuje się, analizując ludzką psychikę.

Wykład Petersona obejrzano już prawie 2 mln razy, a wszystkie filmy na jego kanale ponad 49 mln. Gdy dodać wszystkie youtubowe publikacje z jego udziałem, liczba wyświetleń zbliża się do 100 mln. W USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii prof. Peterson stał się gwiazdą, a jego najnowsza książka „12 Rules for Life: An Antidote to Chaos” („12 prawideł życia: antidotum na chaos”) dotarła do pierwszego miejsca listy bestsellerów serwisu Amazon. Wkrótce ukaże się w Polsce.

Jak chronić prywatność na Facebooku?

więcej
Wideo

Co – bo nie praca stricte naukowa – powoduje masowe zainteresowane 56-letnim psychologiem z Kanady, czyniąc z niego jednego z najbardziej wpływowych obecnie intelektualistów świata?

Niech słowa ranią

Peterson to buntownik z krwi i kości. Tyle że całkowicie nietypowy. Nie nawołuje do anarchistycznej rewolty przeciw władzy, nie odwraca każdego napotkanego krzyża do góry nogami. A jednak jego bunt wywołuje gorące i agresywne protesty obrońców obyczajowego status quo, którzy żądają od zatrudniającej go uczelni zwolnienia go, a co najmniej obcięcia mu grantów badawczych. To drugie się już nawet raz udało.

Można powiedzieć – co jednak strywializowałoby istotę rzeczy – że Peterson buntuje się przeciw poprawności politycznej. Ot, kolejny, który chce bezgranicznej wolności dla wyładowywania frustracji, obrażania czarnoskórych, niepełnosprawnych, homoseksualistów i Żydów. Ale nie. To nie ten przypadek. Peterson to wyjątkowo uprzejmy rozmówca. Widać to jak na dłoni w najpopularniejszym filmie z jego udziałem (8 mln wyświetleń): wywiadzie udzielonym w styczniu tego roku dziennikarce telewizyjnej kanału Channel 4 News Cathy Newman. To dzięki tej jednej rozmowie Peterson awansował do pozycji akademickiej gwiazdy internetu.

Gdy Newman próbuje w jej trakcie wyprowadzić Petersona z równowagi, zadając zniekształcające jego poglądy pytania, ten spokojnie najpierw prostuje zawarte w pytaniach sugestie, a potem tłumaczy swój punkt widzenia. Na przykład dlaczego uważa, że współcześni mężczyźni są niedojrzali, podczas gdy kobiety potrzebują mężczyzn „kompetentnych i silnych”. Wydawałoby się, że nic w tym odkrywczego, a jednak Newman otwiera szeroko oczy ze zdziwienia, interpretując to jako nawoływanie do męskiej dominacji nad płcią przeciwną. Otwiera je jeszcze szerzej, gdy słyszy od Petersona, że „wielowymiarowa analiza statystyczna” pokazuje, że różnica w płacach kobiet i mężczyzn nie oznacza z konieczności dyskryminacji tej pierwszej grupy. Tę różnicę można wytłumaczyć jego zdaniem innymi zjawiskami, choćby psychologicznymi. – Istnieje taka cecha, jak ugodowość. Osoby ją posiadające są też bardziej współczujące i grzeczne. Ale mają mniejsze zarobki niż te krnąbrne. Kobiety są zazwyczaj bardziej ugodowe niż mężczyźni. Te, które nie są, otrzymują wyższe wynagrodzenia – tłumaczy Peterson. Znów raczej niekontrowersyjnie, prawda? Bo, proszę państwa, Jordan Peterson buntuje się nie tyle przeciw poprawności politycznej, ile przeciw – w jego mniemaniu – nieprawdom, które ta sankcjonuje, utrwala i strzeże. Dostrzega on w tym zjawisku element totalitarny. I ma ku temu dobre argumenty.

W jego rodzinnej Kanadzie brak pełnej wolności słowa już zaczął zagrażać wolności osobistej w wymiarze fizycznym. Stało się to wraz z przyjęciem w połowie zeszłego roku ustawy C-16. Otwiera ona drogę do ścigania z kodeksu karnego osób używających np. języka nienawiści. Jednak punktem, który szczególnie zaognił konflikt wokół niej, jest fakt, że daje narzędzia, by wymusić na obywatelach pod groźbą kary stosowanie politpoprawnej nowomowy – np. sztucznie stworzonych i „neutralnych płciowo” zaimków osobowych „ze” i „zir” zamiast „she” i „he” (ona, on) albo zmusić ich, by zwracali się do kogoś w rodzaju osobowym, który tej osobie odpowiada. Profesor Peterson wielokrotnie wypowiadał się o C-16 krytycznie i mówił, że nie podda się jej regułom. To właśnie m.in. z tego powodu władze jego uczelni zaczęły udzielać mu listownych pouczeń, grożąc wypowiedzeniem etatu. I to z tego powodu antyfaszystowskie bojówki zaczęły zakłócać jego wykłady. Peterson został oskarżony o brak wrażliwości i szacunku dla osób, które chcą być traktowane po swojemu, a w końcu i o faszyzm. Na takie zarzuty Peterson odpowiada cytatem z Arystotelesa: „Przyjacielem mi Platon, ale większą przyjaciółką prawda”. Płci nie definiuje się samopoczuciem. Płeć ma wiele wymiarów i definiuje ją wiele czynników, z których te biologiczne są najważniejsze. Ponadto zaimki „on, ona, ono” nie pełnią w języku roli wyrażania szacunku. – To czysto funkcjonalne jego części, pozwalające na konstruowanie logicznych zdań. Zresztą szacunku nie zdobywa się poprzez nakazy – twierdzi Peterson. W jego optyce nie ma wcale miejsca na prawne sankcjonowanie granic wolności słowa, a więc także na walkę z mową nienawiści za pomocą policji i sądów.

Jordan Peterson

Jordan Peterson

źródło: Wikimedia Commons

Peterson zgadza się jednak, że słowa ranią. Jako psycholog kliniczny (jeszcze do zeszłego roku 20 godzin tygodniowo poświęcał prowadzeniu pacjentów) wie to bardzo dobrze. Jednak jego zdaniem to cena, którą trzeba płacić za postęp w dochodzeniu do prawdy. Naukowiec nie może zastanawiać się, czy to, co chce powiedzieć, kogoś zaboli, ale czy ma to solidne podstawy. Nawet jeśli zwolennicy prawnych restrykcji wolności słowa są pełni dobrych intencji (a w to Peterson wątpi, uważając, że kieruje nimi zwykły resentyment), to nie dostrzegają realnych skutków wprowadzonych ograniczeń. – Jeśli zakażesz negacjonistom Holokaustu głosić swoje teorie, nie sprawisz, że znikną. Przeniosą się gdzie indziej, a ich postawa stanie się bardziej radykalna. Gdy dasz im mówić, otworzysz pole dla dyskusji. Będziesz mógł im wyjaśnić, w którym miejscu się mylą – uważa Peterson. Nie chce hodować monstrów w podziemiach. Chce wydobyć je na światło dzienne i okiełznać.

Każdy jest potworem

A właściwie każdy z nas powinien zrobić to na własną rękę w odniesieniu do samego siebie. Bo zdaniem Kanadyjczyka każdy z nas ma w sobie monstrum i tylko próba zmierzenia się z nim czyni z nas osoby moralne. – Próbuję patrzeć na relacje między ludźmi z punktu widzenia nie ofiar, lecz sprawców. Każdy z nas jest zdolny do okropieństw i było dla mnie szokiem, gdy sobie to uświadomiłem. Moi studenci są oburzeni, gdy mówię im, że gdyby żyli w Niemczech lat 30. XX w., to popieraliby Hitlera. Tymczasem świadomość tego faktu, zrozumienie mechanizmów, które wydobywają z nas mroczną naturę, pozwala nad nią zapanować – powtarza w wywiadach.

Osoba, która nie próbuje dokonać takiej autoanalizy, a w codziennym życiu jest po prostu bezrefleksyjnie przyzwoita, może w specyficznych okolicznościach zamienić się w prawdziwego potwora, nad którym nie będzie miała kontroli. Słowem, jeśli nie przetestujesz swojego charakteru na sucho, a więc intelektualnie, narażasz się na utratę człowieczeństwa, jeśli los postawi cię w ekstremalnej sytuacji. Nie tylko nie podejmiesz dobrej decyzji, a staniesz się częścią zła.

Fascynację mroczną stroną ludzkiej natury i dojście do niezbyt pochlebnych wniosków na temat kondycji rodzaju ludzkiego zainspirował w Petersonie roczny pobyt w Europie w latach 80. Zainteresował się wówczas zbrodniami II wojny światowej, Związkiem Radzieckim, zaczął zastanawiać się nad naturą trwającej zimnej wojny i nad możliwością, że któryś z liderów faktycznie naciśnie kiedyś przycisk uruchamiający atomową zagładę. – Patrzyłem na to wszystko z punktu widzenia psychologii wiary. Częściowo religijnej, a częściowo ideologicznej. Jung twierdził, że naszym bogiem jest to, czemu przypisujemy najwyższą wartość. Jeśli ludzie sądzą, że są ateistami, oznacza to, iż są nieświadomi bogów, którym hołdują – mówi Peterson w jednym z wywiadów. Podkreśla, że ideologie to właściwie systemy wierzeń religijnych, które prowadzą do katastrof, ponieważ bazują na uproszczonym postrzeganiu świata i demonizowaniu wroga.

I to właśnie psychologia wierzeń jest tym, w czym Peterson przez lata specjalizował się jako naukowiec. W 1999 r. opublikował książkę pt. „Mapy znaczenia: Architektura przekonań”, która przyniosła mu spory rozgłos w środowisku akademickim. Do dzisiaj napisał ponad 100 dobrze ocenianych artykułów naukowych. Jego dorobek cechuje duża wszechstronność. Publikował prace, w których analizował relacje między sprawnością neuropsychologiczną, IQ, osobowością a stopniami szkolnymi, zajmował się funkcjonalną neuroanatomią agresywnych i obronnych zachowań, badał wpływ czytania powieści beletrystycznych na postawy czytającego, próbował określić naukowo różnicę między szaleńcem a geniuszem, badał naturę niepokoju i strachu, przyczyny prokrastynacji i sposoby jej usuwania. Swoją karierę naukową zaczynał jednak od nauk politycznych i literatury angielskiej, studia psychologiczne rozpoczął dopiero po wizycie w Europie, na Uniwersytecie Alberty w Edmonton, by rozszerzyć je później także o psychologię kliniczną. W 1993 r. przeniósł się do USA, gdzie rozpoczął pracę na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda, koncentrując się z początku na psychologicznym oddziaływaniu nadużywania alkoholu.

Ilu jednak zwykłych słuchaczy Petersona zapoznaje się z jego pracami naukowymi? Zapewne niewielu. Wiadomo, że sięgają masowo po „12 prawideł życia”. Jednak już rzut oka na wyszczególnione przezeń reguły naraża Petersona na zarzut, że jest zwyczajnym coachem, który tylko uwiarygadnia się tytułem naukowym. Reguła pierwsza: Stój prosto z ramionami do tyłu. Druga: Traktuj siebie jak kogoś, o kogo musiałbyś się troszczyć. Trzecia: Otaczaj się ludźmi, którzy chcą dla ciebie dobrze. Czwarta: Porównuj się z tym, kim byłeś wczoraj, a nie z innymi. I tak dalej. Wydawałoby się, że akademik postanowił zarobić na internetowej sławie, wydając zbiór banalnych, lecz dobrze brzmiących porad, które mają nam poprawić samopoczucie. Nic bardziej mylnego. Tym, co oferuje Kanadyjczyk, jest po pierwsze rozczarowanie. Przesłanie jego książki w pełni licuje z tym, do czego doszedł jako psycholog, antropolog i filozof: poszukiwanie szczęścia w życiu jest zajęciem pozbawionym sensu.

Pościel to łóżko

Co to za coach, który powtarza, że ludzkie istnienie jest rozczarowujące, niesprawiedliwe, ciężkie, bolesne, wypełnione cierpieniem? Który nie krzyczy do swoich słuchaczy, by wyrywali życiu, co się da, bo świat został dla nich stworzony, że są zwycięzcami, a przeciwnie – mówi, że jesteśmy słabi i ułomni? Peterson dopiero po przygnębiającej diagnozie przechodzi do części konstruktywnej.

Zaczyna od apologii cywilizacji Zachodu, której wyjątkowość na tle innych polega jego zdaniem na wyjściu poza trybalizm (plemienność) i kolektywizm i dostrzeżenie znaczenia oraz potencjału jednostki. – To, że twojej tożsamości nie determinuje grupa, to wielkie odkrycie Zachodu. Zachód jest jedynym miejscem na świecie, które przyznało jednostce suwerenność. To klucz do wszystkiego, co kiedykolwiek udało się nam osiągnąć – tłumaczy Peterson. Jednostka jest w stanie „przezwyciężyć katastrofę (życia) i wyrosnąć ponad nią”. Peterson znajduje miejsce dla pochwał pod adresem chrześcijaństwa (sam ma do wiary w Boga stosunek dość ambiwalentny), bez którego Zachód nie wykształciłby uniwersalnego indywidualizmu. A bez tego nie doszedłby do wniosku, że „akt posiadania drugiego człowieka upadlał właściciela (na którego wcześniej patrzono z podziwem i uznaniem) być może nawet bardziej niż niewolnika. Nie zdajemy sobie sprawy jak abstrakcyjna i trudna do objęcia rozumem jest to idea”.

W wymiarze najbardziej podstawowym najważniejszym osiągnięciem człowieka powinno być pościelenie własnego łóżka, przez co Peterson rozumie uporządkowanie życia jednostki na najbardziej podstawowym poziomie. Chodzi o szczerą autoanalizę i „obcięcie obumarłych gałęzi”, z których często składamy się w 95 procentach. Co więcej, jeśli ktoś ma bałagan w sypialni, małżeństwie, głowie, to nie ma prawa chcieć zmieniać świata na lepsze. To dlatego tak irytują Petersona bojownicy politycznej poprawności, znani z tego, że własne nieuporządkowane życie wywlekają z uporem ekshibicjonisty na światło dzienne, jednocześnie walcząc z rasizmem, globalnym ociepleniem i przemysłem futrzarskim. Zresztą na prawicowcach – nieżyjących w zgodzie z tym, co głoszą – także nie pozostawiłby suchej nitki.

Jego książka to w istocie skierowane do współczesnego człowieka wezwanie, by, mówiąc kolokwialnie, ogarnął się. Dlaczego taka odezwa miałaby trafiać na podatny grunt? Peterson sugeruje, że wyhodowaliśmy całe pokolenie tchórzy, ludzi bez woli i charakteru (zwłaszcza mężczyzn), a przecież nikt w głębi duszy nie czuje się dobrze, gdy uświadomi sobie, że do takiej grupy należy. Peterson zaś umie w ludziach obudzić niezadowolenie z siebie.

Nie jest jednak tak – dodajmy dla porządku i równowagi, bo przecież nie piszemy hagiografii – że Jordan Peterson to niemylący się nigdy i w niczym geniusz. W sferze filozoficznej jego poglądom można zarzucić – i wiele skądinąd przychylnych mu osób to robi – niespójność. „Z jednej strony Peterson krytykuje postmodernizm” – zauważa prof. Reza Ziai, psycholog z City University w Nowym Jorku, w tekście „Niezwykły przypadek Jordana Petersona”. „A z drugiej w wielu swoich artykułach brzmi jak biskup postmodernizmu. (...) Oddaje hołd Heraklitowi, którego starożytne prace na temat logosu dały postmodernizmowi podwaliny. Zgadza się z Wittgensteinem, który wywarł wpływ na to, jak postmodernistyczni i poststrukturalistyczni myśliciele postrzegają język, widząc w nim narzędzie opresji. W skrócie: Peterson krytykuje antyracjonalność ich myśli, a potem sam sugeruje, że nie żyjemy w świecie, w którym panują obiektywne prawdy. Czyż więc nie można zaryzykować tezy, że jest po prostu szarlatanem, którego retoryka zaprojektowana jest tak, by zjednać mu wyznawców?” – pisze Ziai, sam jednak powstrzymując się od odpowiedzi.

Stawiam tezę, że Peterson szarlatanem nie jest. Oto dlaczego.

Siła spokoju

Profesor Jordan Peterson nie jest jedyną budzącą powszechne zainteresowanie postacią, która kwestionuje dogmaty poprawności politycznej. Podobnie nieugięty jest Amerykanin Nassim Nicholas Taleb, inwestor, matematyk, ekonomista i filozof, a przede wszystkim autor „Czarnego Łabędzia”, książki, w której poddaje analizie wpływ nieprzewidzianych zjawisk na nasze życie. Taleb zaciekle zwalcza, jak to ujmuje, „handlarzy bzdurą”, do których zalicza większość ekonomistów, ateistycznego biologa Richarda Dawkinsa, obrońców GMO i autorów „The New York Timesa”. Z politycznej poprawności nic sobie nie robi brytyjski dziennikarz Milo Yiannopoulos (dawniej piszący dla serwisu Breitbart), który przedstawia się jako konserwatywny katolik i otwarty homoseksualista jednocześnie, walczy z radykalnym feminizmem, islamem i współczesnym rozumieniem sprawiedliwości społecznej. Na Facebooku ma 2,4 mln obserwatorów i regularnie pojawia się w rankingach najbardziej wpływowych postaci internetu. Postacią o podobnym do niego temperamencie i poglądach jest Ben Shapiro, redaktor naczelny prawicowego serwisu „The Daily Wire”. Ten z kolei ma 3,6 mln followersów na FB.

Bezkompromisowość tej trójki, a jednocześnie umiejętność mocnego (choć często efektownego) argumentowania stawianych tez blednie jednak w zestawieniu z ich – przynajmniej powierzchowną – antypatycznością. Zresztą i na polskim podwórku można wskazać kilka osób tego pokroju. Inteligentnych, bezkompromisowych, walczących z poprawnością polityczną, ale zbyt nieokrzesanych i przez to dla większości ludzi po prostu nie do zniesienia.

Peterson – sam nie będąc zwolennikiem przesadzonej kurtuazji – budzi sympatię. Oni – niekoniecznie. Są w swoich wypowiedziach agresywni i buńczuczni. Przekonują już przekonanych. Kanadyjczyk – skromny i wyważony, często skłonny przyznać, że czegoś nie wie albo nie przemyślał do końca – trafia do ludzi o różnych poglądach. Do tego, snując swoje wielowątkowe opowieści, posługuje się przepiękną angielszczyzną. Słuchasz go z zaciekawieniem, nawet jeśli się z nim nie zgadzasz. Pozostałych zaś z rosnącym oburzeniem, nawet jeśli podzielasz ich poglądy. To ustawia Petersona na wygranej pozycji. Jest buntownikiem, ale zachowuje otwartość. Nagła zaś sława ani go nie przytłacza, ani nie czyni pysznym. Raczej go bawi.

Ponad wszystko jednak jego siłą jest autentyzm. Nie przyjmuje sztucznej pozy, nie uprawia taniej prowokacji. Dając życiowe rady innym, jednocześnie nie ukrywa, że sam jest osobą mierzącą się z poważnymi problemami. Jeden z nich to przewlekła choroba córki – rzadkie schorzenie kości. Drugi to depresja, z którą zarówno Peterson, jak i córka zmagają się od lat. – Tak, wciąż biorę leki antydepresyjne – przyznaje Kanadyjczyk, przekonując, że mądre użycie chemii w leczeniu schorzeń psychicznych ma sens częściej, niż się to wydaje. – Problem w tym, że zbyt często pigułki biorą nie te osoby, które powinny. Te, które powinny, często mają niezasadne opory – uzupełnia.

Spójność życiowych doświadczeń z głoszonymi poglądami to nieczęsto spotykane wśród współczesnych intelektualistów przymioty. To łatwa do zweryfikowania integralność tej postaci stanowi coś, co nie pozwala nazwać Petersona szarlatanem. Za kogo mamy go więc uważać? Tim Lott na łamach „Guardiana” nazwał go „przedziwną miksturą teologa, psychologa, konserwatysty, liberała i sekularnego kaznodziei oraz niematerialistycznym adwokatem metody naukowej”. Czy nie lepiej jednak powiedzieć, choćby i trochę na wyrost, że to jeden z niewielu współczesnych Sokratesów, mówiących nam niewygodne prawdy? Na przykład tę o szczęściu. Że koncentracja na poszukiwaniu nieustannego poczucia zadowolenia i komfortu to zamknięcie się na naprawdę głębokie przeżycia, na prawdziwe poznanie bogactwa życia. – Żebyśmy mogli przypisywać czemukolwiek jakąkolwiek wartość, musimy uznać stratę, głębokie cierpienie i smutek za także posiadające znaczenie i wartość – tłumaczy Peterson.

Może cywilizacja Zachodu, która tak bardzo boi się cierpienia i śmierci, właśnie to musi sobie uświadomić?

>>> Polecamy: Nowe szaty dla Rzeczpospolitej. Co przyjdzie po Kaczyńskim