Założyciel i prezes Facebooka w ciągu dwóch dni odpowiedział na pytania trzech komisji. We wtorek były to połączone komisje ds. wymiaru sprawiedliwości i handlu Senatu. Wystąpienie to zostało bardzo dobrze przyjęte przez inwestorów, a akcje serwisu zaliczyły jeden z najlepszych giełdowych dni. Wczoraj, przed komisją ds. energii i handlu Izby Reprezentantów, nie było już tak różowo. Kongresmeni częściej domagali się odpowiedzi „tak” lub „nie”, a także znacznie częściej przerywali Zuckerbergowi. – Nie mogę panu pozwolić na obstrukcję parlamentarną – powiedziała Marscha Blackburn z Tennessee, kiedy prezes starał się udzielić kolejnej wyuczonej odpowiedzi.

Najważniejszy wniosek, jaki płynie z przesłuchań: w Waszyngtonie dojrzewa chęć do tego, aby stworzyć uregulowania prawne, specjalnie z myślą o branży technologicznej. Wcześniej nie była ona zbyt duża. Dowodzą tego losy zaprezentowanej jeszcze za prezydentury Obamy „karty praw konsumenta”. Ustawy, która – na europejską modłę – gwarantowałaby osobom fizycznym pełną kontrolę i wgląd w gromadzone przez firmy dane. Jakiś czas przeleżała ona w legislacyjnej zamrażarce i ostatecznie przepadła.

Teraz trend się odwrócił, co najbardziej dobitnie wyraził we wtorek senator John Kennedy, mówiąc: – Nie chcę regulować działalności Facebooka, ale Bóg mi świadkiem, zrobię to. Z kolei Jan Schakowsky – przedstawiciel Illinois w Izbie Reprezentantów – stwierdził wczoraj, że samoregulacja po prostu nie działa. Ale najdalej posunął się Mike Doyle z Pensylwanii, który wezwał Kongres do powołania specjalnej agencji, która zajęłaby się nadzorem nad działalnością firm z Doliny Krzemowej.

Zuckerberg usłyszał wczoraj również kilka pytań dotyczących europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO). Gene Green z Teksasu chciał wiedzieć, czy serwis zamierza udostępnić wymagane nim mechanizmy użytkownikom amerykańskim, chociaż nie wymaga ich tamtejsze prawo. Prezes powtórzył tylko to, co mówi już od mniej więcej dwóch tygodni: że staną się one standardem dla wszystkich użytkowników serwisu na całym świecie, co wcale nie zostało odebrane jako jednoznaczna deklaracja.

Zuckerberg wielokrotnie podkreślał, że nie jest przeciwnikiem regulowania działalności branży technologicznej. Zwrócił jednak kilka razy uwagę, że wszystko zależy od treści konkretnych przepisów, mogących mniej lub bardziej ingerować w działalność firmy.

Opowiada się on np. za procedowanym obecnie w Kongresie relatywnie niewinnym Honest Ads Act, wymagającym potwierdzenia tożsamości podmiotu chcącego kupić reklamy polityczne. Ma to zapobiec nadużyciom podobnym do tych z kampanii wyborczej w 2016 r., kiedy reklamy wykupywały podmioty z Rosji. Nie poprze natomiast z pewnością takich, które regulacyjną śrubę przykręcą znacznie mocniej, jak chociażby wspomniana już wyżej agencja.

Skłonność do regulacji w Waszyngtonie jest ściśle powiązana z percepcją firm, a to, że wyjątkowo często w odniesieniu do Facebooka padało w czasie przesłuchań słowo „Behemoth”, nic dobrego nie wróży.

Historycznie, im większa stawała się firma, tym silniejsze były zakusy w Waszyngtonie, aby ją okiełznać (spotkało to m.in. IBM i Microsoft). Znamienne są więc pytania, które przez ostatnie dwa dni padały ze strony polityków: czy Facebook nie stał się zbyt potężny? Czy jest monopolistą? A nawet: czym właściwie jest Facebook? Firmą medialną? Finansową? To może oznaczać, że serwis ma głębszy problem wizerunkowy, na który nie wystarczy już wczorajsza odpowiedź Zuckerberga, że Facebook jest „firmą technologiczną”, bo „zatrudnia inżynierów”.

Zarówno ze strony senatorów, jak i kongresmenów padały pytania ukazujące zdumiewający brak wiedzy nie tylko o tym, jak działa sam serwis, ale też np. urządzenia mobilne. To, że Zuckerberg nie rozwiewał wszystkich ich wątpliwości i nie odpowiadając na niektóre pytania wprost, nie poprawił z pewnością opinii o Facebooku. Politycy zwracali wielokrotnie uwagę na wpisane w działalność firmy napięcia pomiędzy prawem do prywatności użytkowników a modelem biznesowym, który dzięki tym danym umożliwia zarabianie pieniędzy i utrzymywanie serwisu. Stąd wyjątkowo ciekawe wydają się słowa, które padły z ust Zuckerberga we wtorek, a mianowicie że „zawsze będzie istniała wersja serwisu, która będzie darmowa”.

W połączeniu z sugestią ze strony wiceprezes ds. operacyjnych Sheryl Sandberg sprzed kilku dni, że za Facebooka być może trzeba będzie płacić, wskazywałoby to, że w firmie na poważnie dyskutują o takim wariancie.

>>> Czytaj też: Czy Facebook stał się zbyt potężny? Zuckerberg wygrał pierwsze starcie w Kapitolu