Na Mauritiusie, którego mieszkańcy od lat uchodzą za najzamożniejszych w całej Afryce i gdzie demokracja najgłębiej na całym kontynencie zapuściła korzenie, doszło do dynastycznego przekazania władzy. Starzejącego się ojca zastąpił na stanowisku premiera syn.

Kiedy weteran tutejszej polityki, dobiegający dziewięćdziesiątki premier Anerood Jugnauth obwieścił przed tygodniem, że zaczyna brakować mu sił i pora ustąpić młodszym, jego rodacy przyjęli te słowa ze zrozumieniem. Zawrzeli jednak z oburzenia, kiedy stary premier ogłosił, że składa urząd, a na swojego następcę wyznacza syna, 55-letniego Pravinda, który pełnił dotąd obowiązki ministra finansów.

„Trzeba być ślepym, żebym nie widzieć, że wszyscy na wyspie jesteśmy przeciwko przekazywaniu władzy z ojca na syna – oświadczył przywódca opozycji Paul Berenger, sam były premier. – Albo przeprowadzi się plebiscyt w sprawie sukcesji, albo domagamy się rozpisania nowych wyborów”.

Berenger, przywódca opozycyjnej dziś partii Walczący Ruch Mauritiusu, zapowiedział, że prędzej wraz z innymi opozycyjnymi przywódcami wyprowadzi ludzi na ulicę, niżby miał pozwolić, by dumna ze swych demokratycznych porządków wyspiarska republika miała przepoczwarzyć się w bananową, zawłaszczoną przez panujący ród.

Mauritius, wulkaniczna wyspa położona na Oceanie Indyjskim w połowie drogi między Afryką a Indiami od pierwszych dni niepodległości w 1968 r. wyróżnia się na Czarnym Lądzie sprawną gospodarką i demokratycznymi porządkami.

W tej byłej brytyjskiej kolonii nigdy nie doszło do powszechnych w latach 60., 70., i 80. wojskowych zamachów stanu, a stery rządów sprawowali wyłącznie politycy wybrani w wolnych i uczciwych elekcjach.

Na wyspie, zamieszkanej przez niewiele ponad milion ludzi, nie dochodziło do waśni etnicznych, religijnych ani rasowych, a wszystkie spory rozstrzygane były przez sądy. Jeszcze w latach 80. ze wszystkich krajów Afryki za demokratyczne uważano jedynie Botswanę i Mauritius.

Wiele zasług położył w tej mierze właśnie odchodzący na emeryturę Anerood Jugnauth, który sprawował władzę na Mauritiusie jako premier (w latach 1982-95 i 2000-2003), prezydent (2003-2012) i znów jako premier od 2014 r. Pod jego rządami wyspa przekształciła się w strefę wolnocłową, a jej stolica Port Louis w wielki bazar, na który przyjeżdżali kupcy z całego świata.

Pragmatyczny do szpiku kości Jugnauth nie widział nic zdrożnego w interesach z bojkotowaną przez resztę świata apartheidowską Afryką Południową. Poza handlem, rolnictwem i przemysłem tekstylnym, podstawą bogactwa Mauritiusu stała się turystyka – co roku na wakacje na wyspę przyjeżdżało prawie tylu gości, ile liczyła cała jej ludność.

Obliczono, że za rządów Jugnautha gospodarka Mauritiusu przyrastała w tempie 8 proc. rocznie, a dochód statystycznego mieszkańca wyspy to nieosiągalny dla reszty Afryki poziom 4 tys. dolarów rocznie.

Od reszty Afryki różni też Mauritius to, że dwie trzecie jego ludności stanowią Hindusi, potomkowie robotników z Indii, sprowadzanych przez Brytyjczyków do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Pozostała jedna trzecia to Afrykanie i Kreole, dzieci z mieszanych małżeństw. Żyje na Mauritiusie także garstka Chińczyków oraz Francuzów, którzy władali wyspą, zanim na początku XIX w. odebrali im ją Brytyjczycy.

Liczebna przewaga Hindusów sprawiła, że to oni zdominowali politykę i rządy w kraju, dzieląc je tylko z Berengerem, 72-letnim dziś potomkiem francuskich osadników i uczestnikiem młodzieżowej rewolty z Paryża z roku 1968, który po powrocie na Mauritius także i tu, licząc na poparcie kreolskiej i afrykańskiej biedoty (od lat głosującej na niego w wyborach), próbował przeprowadzić lewicową rewolucję.

Towarzyszył mu w tym początkowo Anerood Jugnauth, z którym razem założyli Walczący Ruch Mauritiusu, by odsunąć od władzy burżuazyjnego premiera, „ojca niepodległości” Seewosagura Ramgoolama. Udało się to w wyborach w 1982 r., gdy Jugnauth został premierem, a Berenger jego ministrem finansów.

Zaraz pokłócili się jednak, bo przejąwszy władzę, Jugnauth prędko zapomniał o młodzieńczej lewicowości i poszedł na współpracę z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Berenger, któremu też po jakimś czasie przeszły lewicowe poglądy, nie mógł mu początkowo tej zdrady zapomnieć.

Potem, jak to w polityce, zawierał przymierza z Jugnauthem i przeciwko niemu, wchodził do jego rządów i stawał na czele zwalczającej go opozycji (dziś jest w opozycji), a ich nieprzerwana rywalizacja o władzę składa się na całą polityczną historię współczesnego Mauritiusu.

Dopisują się do niej jeszcze tylko dzieje drugiego obok Jugnauthów politycznego rodu, Ramgoolamów, którego patriarcha, Seewoosagur, był pierwszym premierem na wyspie i „ojcem niepodległości”, a jego syn, Navin, polityczny wróg rodu Jugnauthów, rządził Mauritiusem w latach 1995-2000 oraz 2005-2014. Ramgoolamom nikt na wyspie nie zarzucał kumoterstwa ani chęci zaprowadzenia dynastycznych rządów – Navin przejmował władzę nie z woli ojca, ale wygrywając wybory.

Stary premier Anerood Jugnauth w powierzeniu władzy synowi nie widzi niczego zdrożnego. W pożegnalnym orędziu telewizyjnym uspokajał rodaków, że na Mauritiusie, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, premierów rządów wyznacza partia, która zwycięża w wyborach i ma większość posłów w parlamencie. Nie ma więc potrzeby rozpisywać nowych wyborów, jeśli jeden premier ustępuje, a na jego miejsce wyznacza się nowego.

Podawał ostatni przykład, gdy po dymisji premiera Davida Camerona rządy przejęła Theresa May i nie rozpisywano nowych wyborów. Nazwał to „westminsterską tradycją” i zapewnił, że przekazanie władzy na Mauritiusie odbywa się całkowicie w zgodzie z jej zasadami. Nawet jeśli przekazującym władzę jest ojciec, a obejmującym ją – jego syn.

>>> Polecamy: Twórca największej rosyjskiej piramidy finansowej ruszył na podbój Afryki