Krzysztof Paweł Bogocz: Dlatego Śląskowi dorabia się gębę, tak samo jak śląskiej kulturze, sprowadzając ją do piosenki chodnikowej i wiców, bo tak się nazywają po śląsku dowcipy. Faktycznie, discopolowe hajmaty to lokalna specjalność, tak samo jak w stolicy jej kapele podwórkowe. I świetnie, to taka kultura ludowa, tego ludzie lubią słuchać. Proszę sobie wyobrazić, że kolega, który ma telewizję kablową w Trójmieście, zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że śląskie klimaty – właśnie takie jak ta muzyka, ale też serial „Niewolnica Isaura” dubbingowany po śląsku, mają tam najlepszą oglądalność. Ale jeśli ma się pretensje do bycia elitą, należałoby oprócz twórczości śląskich Zenków Martyniuków znać także takie nazwiska jak Witold Szalonek, awangardowy kompozytor, który tworząc swoje koncerty symfoniczne, inspirował się muzyką z Bali. Wiedzieć, kto to Michał Spisak, Michał Górecki czy wreszcie Wojciech Kilar – tak, wiem, urodzony we Lwowie, ale całe życie związał z naszym regionem. A SBB, bracia Skrzekowie, blues? Mógłbym tak długo. Tak samo, jak o Janoschu – mówi coś państwu ten pseudonim literacki? A kto słyszał o Grupie Janowskiej?
Chyba jeszcze za Kazimierza Wielkiego, który sprzedał Śląsk Czechom, a potem postawił warowne zamki, żeby Polskę przed tymi strasznymi Ślązakami bronić. Ironizuję oczywiście, ale trzeba wiedzieć, że to jest ziemia, która ciągle była obiektem sporu pomiędzy możnymi tego świata, różne państwa rościły sobie do niej pretensje. Zwłaszcza, choć nie tylko, Czesi. Ja pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, moja babcia Urszula mieszkała w swoim życiu w pięciu państwach, całe to życie spędziwszy w jednym mieście – Karwinie. Tak historia szarpała i przesuwała granicami Polski. Ale nigdy nie przestała być ani Polką, ani Ślązaczką. Tak samo ja – jestem Polakiem i Ślązakiem w jednym, tego się nie da rozdzielić.
