Parafrazując słynną definicję futbolu, którą stworzył angielski piłkarz Gary Lineker, można powiedzieć, że Unia Europejska to taka gra, w której Polacy nie biorą udziału, ale denerwują się, że wygrywają inni. Nawet jeśli jest to przesadna opinia, to naprawdę nieznacznie - pisze Andrzej Godlewski.
Dobrze pokazuje to ostatni szczyt UE. Europejscy przywódcy omawiali kwestie migracji, wspólnej obrony i przyszłości Unii – tematy, którymi polskie władze w ogóle wolałyby się nie zajmować. Tymczasem dyskusje i decyzje w tych sprawach zdominują także kolejne unijne szczyty.
W ostatnich latach szefowie państw i rządów UE nieustannie zajmowali się kryzysami. Podczas swoich spotkań musieli zastanawiać się, jak ratować Grecję, europejskie banki, Ukrainę, Wielką Brytanię czy imigrantów. Dla wielu Europejczyków Unia w coraz większym stopniu stawała się synonimem kryzysu. To zjawisko jednak nie wszystkich martwiło. Przy takiej okazji można było przecież pokazać, że są politycy, którzy potrafią solidnie rządzić w swoich krajach, a w razie konieczności znajdą się rozwiązania alternatywne.
Teraz Europa złapała oddech. Odbyły się już wybory we Francji i w Niemczech, populiści nie okazali się tak straszni, kryzys migracyjny wydaje się być pod kontrolą i można wreszcie zastanowić się nad przyszłością wspólnoty. Na dyskusje i decyzje jest kilkanaście miesięcy, czyli do czasu opuszczenia Unii przez Brytyjczyków i wyborów do Parlamentu Europejskiego na wiosnę 2019 r. To w tym okresie ustalone zostaną kształt i finanse UE na przyszłą dekadę. Zapowiedzieli to już Emmanuel Macron, Jean-Claude Juncker i Donald Tusk. Zrobiłaby to zapewne także Angela Merkel, ale na razie nie ma jeszcze rządu i najpierw musi porozumieć się z nowymi koalicjantami.