W PO nie ma mowy o demokracji, od Schetyny zależy praktycznie wszystko, miejsce na liście, pójście do telewizji, cała władza jest w jego rękach. A przy tym, proszę zauważyć, że PiS go bezpośrednio nie atakuje - mówi w wywiadzie Jacek Wojciechowicz, który ogłosił w środę odejście z PO, a w latach 2006–2016 był zastępcą prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Obwinia pan media za aferę reprywatyzacyjną? Gazetę, która tę aferę ujawniła?

Nie, mówię o mechanizmach. Powtarzam, że kiedy tworzyliśmy ten plan, nie było zgłoszonych roszczeń. Zresztą nie można myśleć tylko o roszczeniach, robiąc plan, bo wówczas nie można by było zrobić niczego. W samym Śródmieściu jest kilka tysięcy roszczeń. Przykładem może też Stadion Narodowy - w trakcie budowy okazało się, że ktoś zgłosił roszczenie do miejsca, w którym miała być płyta boiska.

Panie prezydencie, czyli coś o tej reprywatyzacji pan wiedział.

Pani redaktor, jeszcze raz mówię, że Hanna Gronkiewicz-Waltz mnie zdymisjonowała, bo myślała, że w ten sposób zadowoli Schetynę, a Schetyna w zamian za to będzie jej bronił. Nawet powiedziała: "będą mnie bronić, ale muszę cię zwolnić, bo tak sobie życzy Grzegorz". On nie tylko chciał mojego odwołania, lecz także żeby to odwołanie nastąpiło przy okazji afery reprywatyzacyjnej, żeby ta afera przykleiła się do mnie. To jest ta perfidia. Mam żal do pani prezydent, że się na to zgodziła, że nie zwyciężyły u niej zasady, uczciwość, chrześcijańskie sumienie, tylko pragmatyzm i własny interes. Dwa tygodnie wcześniej wróciłem bardzo późno z ratusza. Myślę, że była 23. Telefon od szefowej. I mówi, że jest z chłopakami i rozmawiają o sytuacji z tą reprywatyzacją, i jest taka propozycja, żebym się podał do dymisji. Ja, że to chyba żarty. Ja? A z jakiej okazji? Ona, że ta sprawa reprywatyzacji źle wygląda i że Jarek Jóźwiak już się zgodził.

Chłopaki - to kto?

Grzegorz Schetyna i Sławek Neumann. Dała słuchawkę Neumannowi i tu już poszły bardzo ostre słowa z mojej strony, oględnie mówiąc, żeby wybili sobie z głowy dymisję, że mogą mnie odwoływać i pięć razy, ale ja się do dymisji nie podam, bo byłoby to z mojej strony przyznanie się do czegoś, czego nie zrobiłem. Potem pani prezydent zadzwoniła do mnie jeszcze w nocy, żeby powiedzieć, bym był gotów na to, że ona ogłosi rano swoją decyzję o moim zwolnieniu. Po godzinie zadzwoniła ponownie, żeby powiedzieć, że rozmawiała z mężem i innymi osobami i że mnie jednak nie zwolni, bo to byłoby nieuczciwe. Mówię to pani po to, żeby uświadomić, jak wygląda robienie polityki, jaka to jest gangsterka, jakie oszustwo.

Na które wiele lat przymykał pan oko.

Nie przymykałem. Dlatego byłem niewygodny. Większość członków PO ma podobne do mojego zdanie na temat zarządzania partią, tylko boi się o tym powiedzieć głośno, bo obawia się o własne kariery, o miejsce na listach itp. Ci, którzy o tym mówili, zniknęli z partii. Od 2012 r. mówiłem ustawianych wyborach wewnętrznych, o kompletnym braku jakiejkolwiek dyskusji wewnętrznej w partii, o braku uczciwej konkurencji i promowaniu tych, którzy są bierni, mierni, ale wierni. PO stała się partią bezideową.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP