Kiedy pacjent nie przeżyje. Uprzedzając pańskie pytanie: to mi się zdarzało.
Raczej dlatego, że stan pacjenta był tak zły, że nie dało się mu pomóc. Jest w stanie gorszym niż jeszcze kilka godzin wcześniej, a potem to leci jak kostki domina.
To nie tak, do mnie trafiali najciężej chorzy, pacjenci w burzy elektrycznej, którzy byli defibrylowani 80 razy dziennie, i coś trzeba było pilnie zrobić. Najczęściej większość z nich przeżywała.
Takie sytuacje zawsze się pamięta… (cisza)
Najczęściej nic się nie mówi. Ja w takiej sytuacji staram się skupić na procedurach.
Tak, trzeba zachować spokój, bo wokół jest cały zespół: pielęgniarki, młodsi koledzy, natomiast w środku człowiek 40 razy myśli: „Co poszło nie tak?”. Choć bardzo często zna odpowiedź na to pytanie. No i zawsze jest to „może”. Czyli „Może udałoby się go uratować, ale nie potrafiłem”.
Rodzina wie, że zabieg u nas to ostatnia deska ratunku, więc są przygotowani na to, że może pójść źle. Ale zawsze taka rozmowa jest bardzo trudna. Porażka nie musi kończyć się tak tragicznie, czasem coś się uszkodzi i trzeba wszczepiać stymulator. Porażka jest zawsze wtedy, kiedy nie umiem, kiedy nie wiem, co pacjentowi jest – ma zaburzenia rytmu, wydaje mi się, że wiem, co mu dolega, zrobiłem, co należy, i nic. To znaczy, że czegoś nie zrozumiałem, nie odkryłem czegoś.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
