Wzrost PKB przyśpiesza. Miejsca pracy są liczne. Ale administracja Trumpa upiera się, że gospodarka ma się nawet lepiej niż w rzeczywistości – pisze w felietonie dla Bloomberga Justin Fox.

Nie można zaprzeczyć, że odkąd Donald Trump został zaprzysiężony na prezydenta w styczniu 2017 roku, amerykańska gospodarka radzi sobie całkiem nieźle. Wzrost realnego PKB stale przyśpiesza.

Kontynuowany jest również silny wzrost zatrudnienia, z dalszą tegoroczną poprawą (poza rolnictwem), w tym zakresie co jest dość znaczące przy obecnym głębokim ożywieniu gospodarczym.

Biorę pod uwagę dane z okresu po 2010 roku, wyłączając te, które obejmują okres głębokiej recesji, i które utrudniają dostrzeżenie pozytywnych trendów, które powstały w późniejszym okresie. Po zakończeniu recesji PKB zaczęło rosnąć znacznie wcześniej niż zatrudnienie. Wzrost liczby powstających miejsc pracy po 2011 roku utrzymał stopę bezrobocia na niskim poziomie, a co ważniejsze, podniósł wskaźnik zatrudnienia wśród ludności w wieku produkcyjnym (od początku 2017 roku do początku lipca 2018 wzrósł on z 78,2 do 79,5 proc. – przyp. red.).

Wskaźnik zatrudnienia jest ważniejszy niż stopa bezrobocia ponieważ, jak podkreślał wielokrotnie podczas kampanii wyborczej w 2016 roku prezydent Donald Trump, drugi wskaźnik nie bierze pod uwagę osób, które przestały szukać pracy. Ten długi trend (jeśli potrwa jeszcze przez jeden rok, to będzie najdłuższym w historii) oznacza przyciągnięcie z powrotem w szeregi siły roboczej miliony wykluczonych pracowników – chociaż wskaźnik zatrudnienia ciągle znajduje się poniżej poprzedniego historycznego szczytu (na początku 2008 roku wynosił 80 proc. – przyp. red.).

Rosnący wskaźnik zatrudnienia ma duże znaczenia w rozważaniach na temat przyczyn powstania jednego z najmniej korzystnych gospodarczych trendów ostatnich lat: stagnacji płac.

Tak, to głównie z powodu rosnącej inflacji średnie realne pensje właściwie nie zmieniły się w ciągu ostatniego roku. Realna mediana wynagrodzeń, która wskazuje na wartość środkową w całym przekroju dystrybucji dochodów, nawet nieznacznie spadła (w okresie od drugiego kwartału 2017 do drugiego kwartału 2018 roku).

Pamiętajcie jednak, że obecnie pracuje znacznie więcej Amerykanów niż na początku 2017 roku: o 3,4 miliona – według oficjalnych statystyk powstałych w oparciu o listy płac; o 3,9 mln ˗ według badań gospodarstw domowych, które są używane do obliczania stopy bezrobocia. Wiele z tych osób trafia na rynek pracy po okresie długiego bezrobocia albo po raz pierwszy. Zwykle nie otrzymują oni wysokopłatnych stanowisk, co wpływa na średnią i medianę wynagrodzeń. Ale ludzie znajdują pracę!

>>> Czytaj także: Oto pięć europejskich banków, które są najbardziej narażone na kryzys tureckiej liry

Jedną z grup, które szczególnie zyskały na gospodarczym odbiciu są Afroamerykanie. Czarnoskórzy obywatele tracą w czasie recesji częściej pracę niż biali, ale też są częściej od nich zatrudniani (proporcjonalnie do ich udziału w całkowitym zatrudnieniu), gdy gospodarka rośnie. Długie gospodarcze hossy są dobre dla wszystkich, ale dla Afroamerykanów w szczególności.

Doprowadziło mnie to do fałszywego wtorkowego stwierdzenia autorstwa sekretarz prasowej Białego Domu Sary Anders. Powiedziała, że odkąd jej szef objął prezydencki urząd, zatrudnienie czarnoskórych wzrosło o 700 tys., podczas gdy za całej kadencji Baracka Obamy tylko o 195 tys. Pierwsza z podanych wartości jest poprawna (od stycznia 2017 roku wzrosło o 708 tys.), natomiast duga nie jest nawet w niewielkim stopniu (rzeczywista wartość to 2,96 miliona). Anders przeprosiła później na Twitterze za przyjęcie błędnych „ram czasowych”, chociaż nie była w stanie znaleźć podczas kadencji Obamy żadnego okresu, w którym zatrudnienie wzrosłoby dokładnie o 195 tys.

Rada Doradców Ekonomicznych Białego Domu przygotowała kilka własnych statystyk, które wydają się poprawne, ale nie pasowały do tego, co powiedziała Anders. Poza tym Rada przyjęła po elekcji nowego prezydenta wątpliwą metodologię obliczania wzrostu zatrudnienia, która obciąża administrację Obamy kolejnymi dwoma miesiącami recesyjnego spadku liczby miejsc pracy, za które nawet w niewielkim stopniu nie ponosiła odpowiedzialności.

(…) Wzrost liczby zatrudnionych Afroamerykanów jest solidny (jeśli nie przyśpieszający) i wynosi (od momentu objęcia urzędu przez Trumpa) miesięcznie średnio 39,33 tys., podczas gdy podczas dwóch kadencji Obamy wynosiła 30,78 tys. Porównanie to wydaje się trochę niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że Obama przejął władzę w połowie największej recesji od 75 lat, w przeciwieństwie do Trumpa. Ale to faktyczny dowód, na który mogłaby się powołać administracja Trumpa, by obronić twierdzenie, że silna gospodarka pomaga czarnym Amerykanom. Jeszcze więcej faktów: wskaźnik zatrudnienia Afroamerykanów od czasu objęcia przez Trumpa urzędu jest wyższy od tego z poprzedniego szczytu.

Trump, jego pracownicy i zwolennicy wydają się niezdolni do trzymania się tych faktów. Wszystkie rządy starają się maksymalnie obrócić na swoją korzyść gospodarcze statystyki, ale obecna administracja robi to w sposób niewiarygodny – na przykład, gdy po publikacji zeszłomiesięcznego raportu o PKB prezydent mówi o „gospodarczym zwrocie o historycznej skali” i wzroście wskaźnika zatrudnienia, który byłby „nie do pomyślenia” zanim objął urząd. Wystarczy szybki rzut oka na dane aby przekonać się, że jego twierdzenia są bredniami.

Prowadzi to do dziwnej sytuacji. Gospodarka ma się dobrze, ale duża część medialnych informacji na jej temat dotyczy wyjaśniania, że nie jest tak silna, jak mówi prezydent i jego sługusi. Być może jest to część wielkiego planu prezydenta, który ma na celu ożywienie jego najbardziej zagorzałych zwolenników i wzbudzenie w nich jeszcze większej od aktualnie żywionej nienawiść wobec mainstreamowych mediów. Trump przez dziesięciolecia szalenie wyolbrzymiał swój biznesowy sukces, więc domyślam się, że znowu nieudolnie próbuje sobie pomóc. Nie sądzę jednak, by działało to na jego korzyść. Sondaże poparcia nadal wskazują, że Trump jest wyjątkowo niepopularny, prezydentem jak na tak sprzyjające gospodarcze czasy. Jeśli gospodarka znacznie spowolni albo wejdzie w fazę recesji, to jego bajki o tym, że wszystko wokół zamienia się w złoto, zostaną obrócone w swoje przeciwieństwo.

>>> Czytaj także: Australia jest południową kotwicą amerykańskiego systemu bezpieczeństwa? [ANALIZA]