Kwestia, z jaką musi się zmierzyć norweski fundusz majątkowy warty 1 bilion dolarów, z pewnością należy do problemów pierwszego świata. Chodzi o to, czy portfel inwestycyjny powinien być mniej zróżnicowany. To zagadnienie trafia w sedno polemiki „aktywne zarządzanie versus pasywne inwestycje”. Norweski rząd, oprócz tego, że prowadzi długoterminową ocenę mającą na celu zwiększenie alokacji kapitału do 70 proc., powołał zespół zewnętrznych ekspertów, którzy mają doradzić, jak zainwestować część obligacji.

To zaskakująco kontrowersyjne pytanie. We wrześniu ubiegłego roku zarządzający funduszem proponowali wyhamowanie inwestycji w papiery dłużne, argumentując, że w większym portfelu akcji czerpie on z wystarczająco dużej ilości walut, rynków wschodzących i ryzyka korporacyjnego. W związku z tym nie powinno się narażać na podobną ekspozycję z tytułu obligacji, które często są znacznie mniej płynne.

>>> Czytaj też: Norwegian Dream, czyli jak naprawdę wygląda życie w Norwegii [WYWIAD]

Z tym stanowiskiem zupełnie nie zgadza się panel ekspertów. W tym tygodniu wydali oni opinię, że inwestycja w 23 waluty i szeroko zakrojone ekspozycje kredytów korporacyjnych pomaga „zminimalizować ryzyko i zmaksymalizować potencjał inwestycyjny” funduszu. Ma to naśladować standardowe podejście w świecie o stałym dochodzie. Eksperci twierdzą, że w realnym świecie nie jest możliwe, by niezmiennie podejmować słuszne decyzje w sprawie alokacji.

Debata ta jest fascynująca, ponieważ sprowadza się do tego, na czym powinien opierać się fundusz o stałym dochodzie – przy czym pod uwagę brany jest tu największy na świecie suwerenny fundusz inwestycyjny. Jak bardzo chcesz związać ręce menedżerów swojego funduszu, zwłaszcza, jeśli chcą iść własną drogą? Podzielam zdanie zarządzających funduszem. Stały wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i jednoczesne obniżanie bilansu Rezerwy Federalnej już teraz zakłócają rozwój rynku, co z kolei zawirowania w Argentynie i Turcji już wyraźnie zilustrowały. Tymczasem wyjście z kryzysu finansowego sprzed dekady nie jest takie proste, a jakiekolwiek spowolnienie gospodarcze bez wątpienia zwiększyłoby spready kredytów korporacyjnych w stosunku do obligacji rządowych.

Reklama

Zamiast globalnego zasięgu, który miałby obejmować obligacje śmieciowe ze spółek i rynków wschodzących, fundusz woli w dużej mierze poprzestać na długu publicznym w terminie zapadalności do 10 lat, do tego tylko w dolarach, euro i funtach szterlingach. By zyskać jeszcze więcej, fundusz chce swobody w dokonywaniu „strategicznych inwestycji”, gdy widzi szanse na rynku obligacji i przyjmowania systemowych strategii, by podejmować większe ryzyko. Ale to nie jest rodzaj aktywnego zarządzania, który polecają zewnętrzni eksperci. Jak twierdzą, trzymanie się wskaźników powinno pozostać najwyższym priorytetem, nawet jeśli podwaja to ryzyko walutowe i korporacyjne.

Trudno jest być całkowicie pewnym takiego podejścia. Płynność jest zawsze najbardziej ceniona wtedy, gdy nie można jej osiągnąć, a ślepe podążanie za wskaźnikami nie zawsze jest dobrym pomysłem, zwłaszcza jeśli trzeba unikać niewypałów przy rosnących stopach. Logicznie rzecz biorąc, rozsądnie jest zmniejszyć ekspozycję z tytułu obligacji, dla których zwroty są ograniczone, w momencie gdy podobne ryzyko jest podejmowane już w znacznie większym portfelu akcji, gdzie wzrost jest teoretycznie większy.

Oczywiście zysk z wielowalutowego funduszu obligacji napędzany jest znacznie bardziej ekspozycją walutową niż rentownością obligacji. Jednak wraz ze zmierzchem poluzowania polityki pieniężnej i burzliwą sytuacją na rynkach wschodzących to nie jest gwarancja tak pewna, jak niegdyś. Jeśli zarządzający funduszem sugerują, by okiełznać ryzyko związane ze stałym dochodem, lepiej ich słuchać.

>>> Czytaj też: Bilion dolarów do norweskiej skarbonki. To pierwsza od 2016 roku wpłata do wielkiego funduszu