Wszystko. Instytucja autoryzacji to komunistyczny wynalazek nadający się do likwidacji. Jeśli ktoś coś powiedział, to powiedział. Trzeba było się zawczasu zastanawiać, co się mówi. (śmiech) Trzy dekady demokracji, a autoryzacja wciąż funkcjonuje. Dziwi mnie to.
Poszliśmy z kolegami na otwarte spotkanie z profesorem Sachsem w siedzibie Solidarności i zajęliśmy miejsca w pierwszych rzędach, bo polskim zwyczajem cała widownia usadowiła się jak najdalej od gościa. I tak, faktycznie zapytałem go o zarobki. I o to, jak robić kapitalizm w państwie, w którym nie ma kapitału.
Zgadza się. W Polsce z jakichś względów, może historyczno-kulturowych, takich pytań się unika. To, skąd mamy pieniądze, może wpływać na to, jakie mamy poglądy. Opinia rzekomo niezależnego profesora z rzekomo niezależnego think tanku na komisji sejmowej w tej czy innej sprawie nie jest niezależna. Każde zachowanie jest politycznie i społecznie uwarunkowane. Nie istnieje niezależny byt, jak profesor czy autorytet, który obiektywnie najlepiej wie, czym jest interes ogółu. Interes ten ustalamy w procesie politycznym, a dla jego określenia jest potrzebna możliwie pełna jawność życia publicznego. Jestem zwolennikiem wprowadzenia jawności finansowania wszystkich osób i organizacji wpływających na legislację. Ale można iść jeszcze dalej i zastanowić się, czy jawnością nie objąć zarobków wszystkich obywateli. W Szwecji można sprawdzić PIT każdego obywatela. Można się oburzać, że to naruszenie prywatności, ale w XIX czy XX w., gdy większość ludzi żyła w małych miasteczkach, wiedzieli o sobie wszystko. Był to element kontroli społecznej. Niestety, dzisiaj problemem jest nie tylko to, kto dane opinie finansuje, ale i jawność samych opinii. Weźmy słynne ekspertyzy, na które powoływał się Bronisław Komorowski, podpisując ustawę o rozbiorze otwartych funduszy emerytalnych (OFE), a których dotąd nie ujawniono.
>>> Czytaj także: Merkel musi odejść. W kraju niemiecka kanclerz traci siłę, ale Europa wciąż ją ceni
