"Tysiąc dziewięćset dziesiąty był rokiem pokojowym i pomyślnym” – pisze w książce „Sierpniowe salwy” Barbara W. Tuchman. A w księgarniach, dodaje, pojawiła się książka „Wielka iluzja” Normana Angella, który udowadniał, że wojny nie będą więcej wybuchać. Wykazywał on, że za sprawą finansowej i ekonomicznej zależności państw zwycięzca ucierpiałby w takim samym stopniu co pokonany. Więc konflikty – konkludował – przestały się w końcu opłacać.

Jeżdżący po świecie i przyjaźniący się z politykami redaktor naczelny paryskiego wydania gazety „Daily Mail” miał w zasadzie stuprocentową rację. Podobnie jak milioner z Kongresówki Jan Bloch. Dwanaście lat wcześniej na kartach „Przyszłej wojny” ostrzegał, że będzie ona niszcząca dla każdego państwa biorącego w niej udział. „Wskutek udoskonalenia broni, wprowadzenia pocisków wybuchowych i małokalibrowych karabinów, a także wobec rozmiarów, do jakich dojść mogą działania wojenne armii milionowych, wojna przyszła ciągnąć się będzie przez lat wiele” – prorokował. A to oznaczało wykrwawienie całych narodów.

Książki Angella i Blocha stały się w Europie bestsellerami, obie przetłumaczono na kilkanaście języków. Ale od rozsądku i rachunku strat silniejsze okazały się ambicje przywódców, a także ich gorąca chęć przypodobania się ludowi. A ten od dawna na własnej skórze nie zaznał „uroków” wojny, więc się jej nie obawiał. Za to ślepo uwierzył w siłę narodowych państw.

Jednak marsz ku „wojnie powszechnej” trwał wiele lat, nim wreszcie przyniósł Staremu Kontynentowi tak wyczekiwaną przez Polaków katastrofę.

Korzyści z powstania

„Polacy to ludzie ogromnie kłótliwi i samowolni, nieuznający wyższego prawa nad własne zachcianki, a w sprawach codziennych zmieniający co chwila przedmiot swoich pragnień” – informował czytelników 6 marca 1863 r. brytyjski „The Times”. Trwające od miesiąca na ziemiach Królestwa Polskiego powstanie burzyło spokój w Europie, co niepokoiło premiera Henry’ego Palmerstona. Wspierający szefa rządu „The Times” ostrzegał więc przed niegodnymi zaufania Polakami. „Przerzucają tysiąc książek, nie studiując żadnej” – podsumowywano na łamach pisma stan polskich umysłów.

Musiał on irytować Palmerstona, bo za sprawą powstania styczniowego zaczął się na wschodzie kontynentu zawiązywać niepokojący sojusz. Tuż po wybuchu rebelii premier Prus Otto von Bismarck wysłał do Petersburga gen. Gustawa von Alvenslebena, by zaoferować Aleksandrowi II konwencję o wspólnych działaniach wojskowych. Przy czym Bismarck się nie palił do tego, by pruska armia walczyła z powstańcami – nie było zresztą takiej potrzeby, bo Rosjanie posiadali nad buntownikami olbrzymią przewagę. Gest pruskiego przywódcy został w Petersburgu doceniony i zainicjował zbliżenie między mocarstwami.

Tak też się stało. Kiedy w połowie czerwca 1863 r. rządy Francji, Wielkiej Brytanii i Austrii przesłały carowi notę, domagając się przywrócenia autonomii Królestwa Polskiego i amnestii dla buntowników, Aleksander II mógł ją spokojnie odrzucić. Zadeklarowana przez Bismarcka przyjaźń dawała mu gwarancję, że nie nastąpi interwencja zbrojna zachodnich mocarstw. Paradoksalnie wybuch powstania styczniowego pozwolił Rosji wyjść z izolacji, w jakiej znalazła się za sprawą wojny krymskiej. Natomiast Prusom przyniósł możność zagwarantowania sobie życzliwości Imperium Romanowów. A to otwierało drogę do umocnienia wpływów w krajach Związku Niemieckiego.

Aspekt ten dostrzegł Palmerston i pomimo nacisków angielskiej opinii publicznej uchylał się od wspierania polskich aspiracji niepodległościowych, by nie skłaniać Petersburga i Berlina do jeszcze ściślejszego sojuszu. Tymczasem Bismarck z początkiem 1864 r. rozpoczynał kolejną turę gry o zjednoczenie Niemiec. Gdy w Polsce trwały jeszcze walki, wmanewrował Austrię w wojnę z Danią o trzy pograniczne księstwa niemieckie. Pobicie małego królestwa przez połączone siły prusko-austriackie nie wymagało większego wysiłku. Przy tej okazji politykowi udało się też skompromitować w oczach Niemców cesarza Franciszka Józefa – bo ten przystał na jego propozycję, by odbity Holsztyn przyłączyć nie do Związku Niemieckiego, lecz do Austrii.

Kiedy dwa lata później Prusy rozpoczęły wojnę z Austrią, jedynie część krajów związkowych wsparła Wiedeń. Na początku lipca 1866 r. wyposażona w nowoczesną broń armia Prus triumfowała w bitwie pod Sadową. Jedynie wstrzemięźliwość Bismarcka ocaliła monarchię Habsburgów przed rozbiorem, jakiego domagali się generałowie i król Prus Wilhelm I. Dla tak dalekowzrocznego polityka o wiele ważniejsze było zjednoczenie Niemiec. Po pozyskaniu sobie Rosji i pokonaniu Austrii ostatnią przeszkodą na drodze ku celowi pozostawała już tylko Francja. Szczęściem dla Bismarcka rządził nią Karol Ludwik Napoleon Bonaparte.

Dwaj prowokatorzy

„Gdziekolwiek spojrzymy dokoła poza granice Francji, nigdzie nie widzimy niepokojących problemów. Utrzymanie pokoju w Europie nigdy nie było lepiej zapewnione” – oświadczył 30 czerwca 1870 r. premier Émile Ollivier. Opinia szefa francuskiego rządu świetnie ukazuje, ile są warte prognozy stawiane przez przeciętnych polityków. Bo jego pryncypał, cesarz Napoleon III, zrobił wiele, by zburzyć panujący w Europie porządek powstrzymujący mocarstwa przed wojnami.

Podobnie jak jego stryj był uzurpatorem. Wprawdzie w grudniu 1848 r. został wybrany na prezydenta w demokratycznych wyborach, lecz trzy lata później przeprowadził zamach stanu i zakończył żywot II Republiki. A potem wzorem Napoleona Bonaparte mianował się cesarzem Francuzów. Jego kolejne działania wskazywały na to, iż bardzo chce dorównać krewniakowi. Skoro postanowienia kongresu wiedeńskiego odebrały w 1815 r. na kontynencie Francji pozycję najpotężniejszego z mocarstw, dążył do ich obalenia. W ocenie Napoleona III głównymi filarami systemu wiedeńskiego były Rosja i Austria. Więc podkopywał pozycję międzynarodową obu państw.

W przypadku Imperium Romanowów udało mu się to znakomicie. Nie dość, że sprowokował konflikt Rosji z Turcją, to jeszcze zyskał wsparcie Wielkiej Brytanii, dzięki któremu w wojnie krymskiej Petersburg poniósł klęskę. Następnie cesarz zabrał się za Habsburgów. Nie było to takie trudne. Francja weszła w sojusz z Królestwem Sardynii (Piemontem), dążącym do zjednoczenia Włoch, z czym walczyli Habsburgowie. Tak w 1859 r. sprowokował wybuch nowej wojny. O jej wyniku przesądziła armia francuska wysłana na Półwysep Apeniński, żeby wesprzeć broniący się przed austriacką inwazją Piemont. Przegrana Austrii otworzyła drzwi do zjednoczenia Italii, a monarchii Habsburgów zagroził rozpad. Oszołomiony własnymi sukcesami Napoleon III rzucił wyzwanie nawet Wielkiej Brytanii. Zdobycie przez Francję wpływów w Egipcie, opanowanie Syrii i próba podporządkowania Meksyku zaniepokoiły Londyn. Dla premiera Williama Gladstone’a poczynania nowego Bonapartego zaczęły jawić się jako zagrożenie podobne do tego, jakie niegdyś stwarzał jego stryj.

Tymczasem Bismarck cierpliwie czekał, aż działania Francji spowodują, że kraj ten straci sojuszników. Pierwszą szpileczkę wbił Paryżowi, gdy namówił króla Prus Wilhelma I, by wszczął starania o osadzenie na hiszpańskim tronie członka rodu Hohenzollernów. Wieść o tym, że mógłby on zająć miejsce Burbonów, wywołała we Francji oburzenie. „Wojownicza gorączka udzieliła się większości polityków. W kuluarach parlamentu wrzało, posłowie wymyślali ministrom od »zdrajców«” – opisuje Jan Meysztowicz w „Trzeciej postaci Marianny”.

Napoleon III nie chciał wojny z Prusami, lecz zdawał sobie sprawę, że po latach ograniczania demokracji wzbudza w obywatelach coraz większą niechęć. Bał się więc otwarcie sprzeciwić woli posłów oraz wyborców. „Największym błędem Napoleona było przeświadczenie, iż przechytrzy Bismarcka” – podsumowuje Tomasz Helbik w opracowaniu „Polityka zagraniczna Napoleona III w ocenie historyków polskich drugiej połowy XIX i XX wieku”. Choć to nie błędy cesarza wmanewrowały Francję w samobójczy konflikt.

Bez wiedzy Napoleona III minister spraw zagranicznych Agénor de Gramont wysłał ambasadora do Ems, gdzie przebywał Wilhelm I. Miał on zażądać od władcy Prus wycofania się z pomysłu promowania Hohenzollerna na króla Hiszpanii. Gdy ambasador na pierwszej audiencji nic nie uzyskał, domagał się kolejnej – ale król odmówił. Na taką okazję czekał Bismarck. Po konsultacji z szefem sztabu generalnego gen. Helmutem von Moltke przekazał redakcji „Norddeutsche Allgemei ne Zeitung” napisaną przez siebie depeszę agencyjną. Informowała ona, że król Wilhelm odmówił przyjęcia ambasadora Francji, którego odprawił do drzwi królewski adiutant. „Treść tego komunikatu, opublikowanego w Paryżu 13 i 14 lipca przekazali z Berlina francuscy korespondenci, przy czym popełnili błąd językowy w jego przekładzie, tłumacząc słowo adiutant nie tak, jak należało, na »aide de camp«, ale »adjudant«, co w wojsku francuskim jest stopniem podoficerskim” – odnotowuje Meysztowicz.

Francuzi poczuli się podwójnie obrażeni. Oto ich ambasadora przepędził pruski sierżant. „Gdyby cesarz rzucił w tej chwili na szalę cały swój autorytet, gdyby zwrócił się do narodu z apelem głoszącym, że godność Francji w niczym nie została naruszona, gdyby zdobył się na odwagę stawienia czoła gniewowi” – spekuluje Meysztowicz.

Ale Napoleon III cały czas pamiętał, że jest tylko uzurpatorem na cesarskim tronie, i nie odważył się sprzeciwić woli ludu.

Koniec równowagi sił

Rozpoczęcie wojny z Prusami, które wsparł Związek Niemiecki, przyniosło Francji klęskę militarną. W jej efekcie Napoleon III stracił tron, a państwo przekształciło się w III Republikę. Jednak istotniejsze okazało się zjednoczenie Niemiec. Zostając kanclerzem II Rzeszy, Otto von Bismarck zrealizował swój życiowy cel.

Ale jego spełnienie przekreślało panującą w Europie równowagę sił. Do wojny francusko-pruskiej wszystkie mocarstwa szachowały się, bo posiadały podobny potencjał militarny i ekonomiczny. II Rzesza swoją siłą zdecydowanie górowała nad wszystkimi, poza Wielką Brytanią. Ale i to zaczęło się zmieniać. W Niemczech nastąpiło połączenie kultu dyscypliny z pracowitością i innowacyjnością. Dość powiedzieć, że koncerny Kruppa, Siemensa oraz współpracujące z nimi firmy utrzymywały laboratoria zatrudniające 650 naukowców. W całej Wielkiej Brytanii na rzecz przemysłu pracowało zaledwie 40 uczonych. Przez kolejne dekady gospodarka niemiecka pędziła w zawrotnym tempie. W 1871 r. brytyjski przemysł produkował czterokrotnie więcej towarów niż niemiecki. Na początku XX w. Wielka Brytania wytwarzała już 19,5 proc. światowej produkcji, a Niemcy 16,6 proc. Francja ze swymi 6,4 proc. pozostawała w tyle. Nawet w Londynie zniknęły wątpliwości, które państwo za kilka lat będzie największym mocarstwem Starego Kontynentu. Poza tym II Rzesza podporządkowała sobie Austro-Węgry, czyniąc z nich państwo satelickie.

Ale krucha równowaga sił trwała, bo Bismarck sprzeciwiał się dalszym planom ekspansji Niemiec. „Ostrzegał, że Niemcy powinny zadowolić się potęgą lądową, lecz jego następcy, ani każdy z osobna, ani wszyscy razem, nie byli Bismarckami. On zdążał do jasno wytyczonego celu bez zbaczania, oni błądzili po szerokich horyzontach bez jasnego wyobrażenia, do czego właściwie zmierzają” – pisze Barbara W. Tuchman. Kanclerz nie przewidział też, iż sukcesy odnoszone przez jego kraj staną się paliwem dla ideologii czyniącej z narodu i państwa wartości absolutne.

Rządy konkurujących ze sobą mocarstw coraz mocniej promowały nacjonalizm, widząc w nim główne spoiwo narodu. Przy czym rezonans okazał się ogromny, bo Niemcy, Anglicy, Francuzi czy Rosjanie chcieli czuć dumę ze swoich państw. „W całej Europie poprawiano lub pisano na nowo historię z punktu widzenia państwa jako naturalnej formy organizacji, w której naród i społeczność wyraża się politycznie” – pisze Peter Rietbergen w „Europa. Dzieje kultury”. „Rządy gloryfikowały tę nową przeszłość jako czynnik jednoczący przez podkreślenie znaczenia i skutków wspólnie toczonych bitew, roli wybitnych ludzi i chlubnych osiągnięć przeszłości” – dodaje.

Łatwo też dawało się zauważyć, iż nic tak nie jednoczyło obywateli, jak pamięć o dawnych wojnach. Nawet jeśli od połowy XIX w. na Starym Kontynencie było ich jak na lekarstwo. Miało to konsekwencje. „Badania przeprowadzone we Francji w 1913 r. w środowisku studentów wykazały, że słowo »wojna« wywiera urok, który »stale ożywia odwieczny instynkt wojowniczy w duszy człowieka«” – opisuje Barbara W. Tuchman w książce „Wyniosła wieża”.

W drodze do Sarajewa

„Nie można się sprzymierzać ze zgnilizną” – zapewniał Berlin w 1884 r. Nikołaj de Giers. Rosyjski minister spraw zagranicznych miał na myśli Francję. W tym czasie dla cara III Republika była symbolem zepsucia moralnego i siedliskiem niebezpiecznych idei. Za śpiewanie „Marsylianki” groziły w Imperium surowe kary. Nie minęło 10 lat, a sytuacja zaczęła się zmieniać. To, iż Niemcy wraz z Austro-Węgrami i Włochami zawiązały Trójprzymierze, blokując Rosji możliwość ekspansji na Bałkanach, coraz mocniej uwierało Petersburg. Nawet to, że car Aleksander III utrzymywał przyjacielskie relacje z cesarzami Wilhelmem I oraz Wilhelmem II, nie mogło zrekompensować mu niespełnionych ambicji politycznych. Podobnie jak poprzednicy Aleksander III próbował rozbić Turcję i zająć Konstantynopol, ale jego plany pokrzyżował Bismarck. Kanclerz potrafił też skutecznie zapobiegać zbliżeniu Rosji z Francją, jednak w marcu 1890 r. młody cesarz Wilhelm II zmusił go do dymisji.

To natychmiast wykorzystała dyplomacja III Republiki, by pozyskać względy cara. „Sojusz ten rodził się powoli i jakby niepostrzeżenie w sekretnym zaciszu gabinetów dyplomatycznych. Pomiędzy Francją a Rosją nie było wtedy ani antagonistycznych problemów, ani obszarów solidarnych interesów, natomiast oba kraje sąsiadowały z Cesarstwem Niemieckim, będącym w ekspansji pełnej aroganckiego rozmachu” – zauważa Meysztowicz.

Wilhelm II porzucił wstrzemięźliwość Bismarcka i wystąpił z nacjonalistycznym hasłem, że Niemcom należy się „miejsce pod słońcem”. Oznaczało to podporządkowywanie sobie kolejnych obszarów Europy Środkowej oraz ekspansję kolonialną. Zachowujący się jak słoń w składzie porcelany cesarz sprawił, iż Francja i Rosja w 1892 r. podpisały tajną konwencję wojskową. Kiedy okręty francuskiej floty wojennej przypłynęły z wizytą do portu w Kronsztadzie, witał je osobiście Aleksander III, a carska orkiestra zagrała „Marsyliankę”.

Tymczasem w Berlinie stan oszołomienia własną potęgą nie pozwalał dostrzec politykom, iż popełniają te same błędy, które przyniosły klęskę Napoleonowi III. Największym stało się przeforsowanie przez admirała Alfreda von Tirpitza programu rozbudowy floty. Niemieckie stocznie zaczęły wodować więcej okrętów wojennych niż stocznie brytyjskie, co podważało kluczową doktrynę militarno-polityczną Londynu. Zakładała ona, że Zjednoczone Królestwo musi posiadać flotę większą o 10 proc. niż połączone siły morskie dwóch konkurencyjnych mocarstw. Po dekadach zwalczania kolonialnych ambicji Francji brytyjski rząd dokonał gwałtownego zwrotu w polityce zagranicznej – w 1904 r. zdecydował się na sojusz z Paryżem. Po podpisaniu entente cordiale (serdecznego porozumienia) zbliżenie Wielkiej Brytanii i Rosji było już kwestią czasu. Dawne animozje poszły w zapomnienie i w 1907 r. przeciwko II Rzeszy zawiązane zostało przez Paryż, Londyn i Petersburg Trójporozumienie.

Spełniał się najczarniejszy ze snów Bismarcka: w razie konfliktu zbrojnego Cesarstwo Niemieckie i Austro-Węgry znajdowały się w okrążeniu. Można się było z niego wyrwać daleko idącymi ustępstwami albo wojną. Wobec nacjonalistycznej euforii nastającej w Europie żadna ze stron nie brała pod rozwagę pierwszego rozwiązania. Obserwujący z wielkim zainteresowaniem przebieg wypadków Józef Piłsudski, podczas wykładu wygłoszonego 21 lutego 1914 r. w Towarzystwie Geograficznym w Paryżu, oznajmił, że wybuch powszechnej wojny uznaje za sprawę przesądzoną. „Jedynie miecz waży dziś coś na szali losów narodów” – oznajmił.

Potrzebna była już tylko iskra zdolna podpalić lont. „Bismarck przepowiadał, że jakieś »przeklęte błazeństwo na Bałkanach« stanie się zapalnikiem nowej wojny” – pisze Tuchman. Proroctwo wcielił w życie serbski nacjonalista Gawriło Princip, gdy 28 czerwca 1914 r. w Sarajewie zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego żonę. Przez następne tygodnie mocarstwa wysyłały sobie noty i ultimata, a tłumy ludzi na ulicach europejskich stolic żądały zbrojnej rozprawy z wrogiem. „W ciągu tego i kolejnych dni ku mojemu zaskoczeniu odkryłem, że przeciętny mężczyzna i kobieta są zachwyceni perspektywą wojny” – wspominał Bertrand Russell.

Ale jak na wybitnego matematyka przystało, zbyt dokładnie potrafił oszacować rozmiary możliwych strat, kiedy całe narody już zupełnie nie miały głowy do prowadzenia na zimno rozsądnych kalkulacji.

>>> Czytaj też: Niepodległość na barkach idei. Oto koncepcje, które pomogły Polsce odzyskać niepodległość