I jeśli można wymienić jakieś pozytywne skutki wprowadzonego właśnie na Ukrainie stanu wojennego, na szczycie listy powinniśmy zapisać właśnie przypomnienie światu o tym prostym fakcie. Kijów podaje, że w wyniku potyczki u wejścia do Cieśniny Kerczeńskiej rannych zostało sześciu ich żołnierzy. Moskwa utrzymuje, że pomocy w szpitalu w okupowanym Kerczu udzielono trzem z nich. Niezależnie od tego, którą liczbę przyjmiemy za prawdziwą, nie wyczerpuje ona listy strat w ludziach poniesionych tego dnia w wyniku konfliktu. Tyle że o innych rannych nikt nie usłyszał. Wojna w Zagłębiu Donieckim od dawna jest bowiem zapomniana.

Tymczasem tego samego dnia, gdy oczy całego świata zostały skierowane na wiekowy holownik „Jany Kapu” (o ironio, po krymskotatarsku „yañı qapı” znaczy „nowe wrota”) oraz nowiutkie kutry artyleryjskie „Berdianśk” i „Nikopol”, pozycje sił ukraińskich w Donbasie zostały ostrzelane szesnastokrotnie. Jak podał resort obrony w Kijowie, wróg użył granatników, wielkokalibrowych i ręcznych karabinów maszynowych oraz moździerzy. Dwóch żołnierzy zostało rannych. Ukraińcy odpowiadali ogniem, zabijając – jak sami twierdzą – cztery osoby i raniąc sześć kolejnych. Dzień jak co dzień na froncie.

Raptem dobę wcześniej ukraińscy specjalsi zajęli wioskę Rozsadky pod Debalcewem w obwodzie donieckim, w której przed wojną mieszkało 25 osób. Osada od czasu rozejmu była położona na ziemi niczyjej między pozycjami ukraińskimi a obsadzonymi przez siły samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Takich miejscowości na Donbasie jeszcze trochę pozostało. Według wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych ds. praw człowieka w całym październiku zginęło pięciu cywilów, a 13 zostało rannych, przede wszystkim w wyniku wybuchu min.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP