Powiedziała pani, że wybaczyłaby dobrej zmianie wszystko, nawet reformę sądów, ale nie wybaczy tego, że jeszcze bardziej ograniczyła adopcje za granicę polskich dzieci.

I że właśnie za to rządzący powinni się smażyć w piekle.

Podtrzymuję to twierdzenie. Ale histeria na temat adopcji zagranicznych nie zaczęła się wczoraj, a trwa już trzecią dekadę. Kolejne ekipy przykładają rękę do tego, aby maluchy, które nie mają szans na to, by znaleźć rodziców w Polsce, tkwiły w domach dziecka.

Skąd się bierze nasza niechęć do zagranicznych adopcji?

Z jakiegoś powodu media zrobiły sobie z tego przed laty temat numer jeden, pojawiały się niepotwierdzone doniesienia, że polskim maluchom dzieje się krzywda. Wówczas, w latach 90., w domach dziecka było ok. 20 tys. dzieci, jakieś 100 tys. pochodziło z patologicznych rodzin. W ciągu roku dochodziło do 4 tys. adopcji, z czego na zagraniczne przypadało może 600. Nikt nie mówił ani o tych udanych, ani o tych 100 tys. dzieciaków, które nie mają szans na nowych rodziców. Wszyscy doszukiwali się patologii. I tak to trwa do dziś. Nikt nie mówi o tym, że u nas adopcja jest nadal czymś mrocznym. Kobiety, które przysposabiają niemowlaka, nim to zrobią, udają, że są brzemienne. Jeśli para bierze starsze dziecko i już nie da się symulować ciąży, to często zmienia miejsce zamieszkania, by się nikt nie dowiedział, że to nie ich.

Ile dzieci mieszkało tutaj, w państwa domu na skarpie wiślanej w Wyszogrodzie, zanim trafiło do nowych rodziców za granicę?

Damian, Sebastian, Ruda Ania, Piotruś z HIV, dziecko bez ręki, dziewczynka z kościoła… Ona wprawdzie wróciła do mamy, ale zapoczątkowała – to było 27 lat temu – tę serię maluchów potrzebujących pomocy, które schroniły się przez jakiś czas pod naszym dachem.

>>> CAŁY WYWIAD W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU DGP