W sierpniu zeszłego roku w Kanadzie studiowało około 570 tys. studentów z zagranicy. To wzrost aż o 60 proc. w porównaniu do 2015 roku.

Państwo z liściem klonowym na fladze doświadcza największego napływu obcokrajowców od ponad 100 lat. Kanada przyjęła w ciągu 12 miesięcy (do września) 425 tys. osób, co zwiększyło jej populację aż o 1,4 proc., czyli najmocniej od trzech dekad. To najsilniejszy wzrost spośród wszystkich państw grupy G7.

Średni wzrost populacji Kanady w latach 2010-17 był niewiele niższy i wyniósł 1,1 proc. MFW szacuje, że w latach 2018-23 wyniesie on 1 proc. To również najlepsze wyniki spośród wspomnianych państw. Dla porównania, populacja USA rosła średnio o 0,7 proc., Niemiec 0,3 a Japonii kurczyła się o 0,1 proc. Jeśli chodzi o prognozy, to w przypadku USA wzrost wyniesie średnio 0,6 proc., populacja Niemiec nie ulegnie zmianie, natomiast Japonii skurczy się aż o 0,4 proc. rocznie.

System imigracyjny Kanady od bierze sobie na cel wysoko wykwalifikowanych pracowników. W 2017 roku aż 65 proc. urodzonych poza tym krajem dorosłych mieszkańców miało wykształcenie ponadgimnazjalne. To najwyższy odsetek spośród wszystkich państw OECD.

- Jesteśmy największymi kłusownikami talentów w OECD – powiedziała CEO Banku Kanady Stéfane Marion. Dzięki temu Kanada jest jej zdaniem lepiej przygotowana do radzenia sobie z globalizacją i rozwojem technologicznym. - To nasza ogromna, ogromna przewaga – dodała.

Potencjał Kanady zaczynają dostrzegać globalni biznesowi potentaci. Amazon.com Inc. utworzył w tym kraju w ciągi ostatnich kilku lat już 10 tys. miejsc pracy, a planuje zwiększyć tę liczbę o kolejnych 6 tys.

- Jesteśmy ciągle pod wrażeniem kalibru talentów, w tym przybyszów z całego świata, którzy przybyli tu budować nowe życie – powiedział szef działu reklamy Amazona Tamir Bar-Haim (zresztą izraelski imigrant).

Jednak imigracja to w Kanadzie politycznie gorący temat. Nowa partia People’s Party of Canada mocno optuje za ograniczeniem liczby sprowadzanych z zagranicy osób.

>>> Polecamy: Chiński model jest już bardziej atrakcyjny niż "amerykański sen"?