Musimy się wreszcie nauczyć języka, jakim mówią Amerykanie. I nie jest to problem wyłącznie rządu PIS, który – jak się zdaje – nie dostrzega treści ukrytych pod ezopowymi formułkami. Błędy popełniały też poprzednie ekipy. Opinia Radosława Korzyckiego.
Analizując rozmowy wokół Fortu Trump i kwestię tego, czy instalacja w ogóle powstanie, ale jeśli tak, to w jakim zakresie będzie wyczerpywać oczekiwania Polski ‒ warto cofnąć się o dekadę i przypomnieć, jak wyglądały negocjacje dotyczące instalacji tarczy antyrakietowej w naszym kraju. Przyjrzymy się temu, pilnując oczywiście proporcji, bo to była inicjatywa, która wyszła od Amerykanów, zaś budowę fortu zaproponował prezydent Andrzej Duda.
Kiedy rząd Baracka Obamy ogłosił w 2009 r., że tarczy nie będzie, polscy politycy i komentatorzy byli w szoku. Przez wiele miesięcy przed tym komunikatem dominowała optymistyczna narracja, według której negocjowane są jedynie szczegóły techniczne lokalizacji bazy USA.
Tymczasem, gdyby wówczas na chłodno się przyjrzeć nastrojom w Waszyngtonie, to rezygnacja z planu tak pieczołowicie przygotowanego przez ekipę George’a W. Busha nie powinna nikogo zdziwić. Historia projektów systemu chroniącego przed rakietami z głowicami nuklearnymi sięga 1957 r. W sumie było ich sześć. Za każdym razem pomysł zaczynali realizować republikanie, a demokraci się z niego wycofywali. Było jasne jak słońce, że i tym razem tak się stanie.
>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP