Wśród potencjalnych następców premier May wymienia się m.in. Borisa Johnsona. Na jego korzyść przemawia to, że jest na Wyspach postacią powszechnie rozpoznawalną, a do tego doskonale włada słowem pisanym i jest świetnym mówcą, co w brytyjskiej polityce wciąż ma kolosalne znaczenie. Jego cotygodniowe felietony na łamach dziennika „The Daily Telegraph” wyznaczały puls eurosceptycznego skrzydła Partii Konserwatywnej – razem z konferencjami nieformalnego lidera tej frakcji Jacoba Rees-Mogga.

Na niekorzyść Johnsona przemawia jego niewielkie doświadczenie rządowe. W rządzie Theresy May otrzymał prestiżową tekę szefa dyplomacji, ale na stanowisku nie błysnął. Odszedł w połowie ub.r. w akcie protestu wobec polityki europejskiej swojej szefowej. Z tym też związana jest wolta, jaką będzie mu pamiętać część polityków i opinii publicznej. Chodzi o zwrot o 180 stopni w odniesieniu do porozumienia wyjściowego. Johnson najpierw przez wiele miesięcy bezwzględnie krytykował dokument, by w ostatnich dniach dojść do wniosku, że jednak go poprze – bo lepszy jest taki brexit niż żaden.

Johnson do szpiku kości jest „leaverem”, czyli zwolennikiem opuszczenia Unii za wszelką cenę. To on w 2016 r. jeszcze przed referendum w jednej z debat telewizyjnych powiedział, że dzień brexitu będzie dla kraju „nowym dniem niepodległości”. Wielokrotnie opowiadał się też za twardym brexitem, więc można podejrzewać, że po wprowadzeniu się pod numer 10 przy Downing Street w takim właśnie kierunku pociągnąłby cały proces.

Podobnie postąpiłby inny potencjalny następca: Dominic Raab. Jak na ironię, to właśnie brexit pozwolił zabłysnąć temu politykowi: w ub.r. otrzymał tekę ministra odpowiedzialnego za wyjście z Unii Europejskiej, po tym jak razem z Johnsonem rzucił papierami poprzedni szef resortu David Davis. Raab na stanowisku wytrzymał kilka miesięcy, po czym też podał się do dymisji w akcie protestu. Od tej pory jest w opozycji do polityki premier May.

Złośliwi będą mu wypominać, że w 2012 r. razem z czwórką innych autorów wydał konserwatywny manifest „Brytania wyzwolona z łańcuchów”, w którym znalazł się m.in. taki cytat: „Brytyjczycy należą do największych obiboków na świecie. Wyrabiamy najmniej godzin, wcześnie przechodzimy na emeryturę, a nasza produktywność jest niska. Podczas gdy dzieci Hindusów chcą być lekarzami bądź biznesmenami, Brytyjczycy są bardziej zainteresowani futbolem i muzyką pop”. Raab traktuje wyścig o koszulkę lidera torysów bardzo poważnie, zaangażował do tego nawet firmę konsultingową – a na Facebooku pojawiła się „oddolna” grupa „Gotowi na Raaba”.

Gdyby nie było innego wyjścia, Raab poszedłby w stronę twardego brexitu. Wolałby jednak, żeby Londyn rozstał się z Brukselą z umową rozwodową w ręku, tyle że pozbawioną tzw. irlandzkiego backstopu. Choć kiedy trwały ostatnie targi z Brukselą w tej sprawie, Raab akurat je nadzorował.

Spośród polityków bardziej umiarkowanych kandydatem wagi ciężkiej wydaje się Michael Gove. W 2016 r. próbował on już przejąć stery Partii Konserwatywnej. Przez długi czas wspierał wówczas Borisa Johnsona i wiele wskazywało na to, że były burmistrz dzięki temu wygra. W ostatniej chwili jednak Gove zdecydował się wystartować samodzielnie, co pogrzebało szanse obu (Johnson się wycofał). Szefową torysów została wówczas Theresa May.

Gove nie pełni eksponowanego stanowiska – jest ministrem ds. środowiska i gospodarki żywnościowej – to nie kryje ambicji. I on jest doskonałym mówcą, o czym przypomniał ostatnio podczas kilku debat brexitowych, broniąc polityki rządu w sprawie brexitu. Dziennik „The Times” napisał ostatnio, że wybory nowego przewodniczącego partii traktuje bardzo poważnie i od dawna kompletuje w tym celu doradców i szuka sojuszników.

Na jego korzyść przemawia to, że ma olbrzymie doświadczenie rządowe. Jeszcze pod Davidem Cameronem pełnił funkcję ministra edukacji. Udało mu się przepchnąć olbrzymi pakiet reform uzależniający płacę nauczycieli od osiągnięć zawodowych, zmieniający reguły egzaminowania, podstawy programowe, zasady kontroli w oświacie, standardy uczenia belfrów i wiele, wiele innych.

Podobnym doświadczeniem może się pochwalić także szef dyplomacji Jeremy Hunt. Do brytyjskiego MSZ trafił po tym, jak Johnson podał się do dymisji. Wcześniej przez sześć lat pełnił funkcję ministra zdrowia. Podobnie jak w Polsce taki staż na tym stanowisku to nie lada osiągnięcie. Co więcej, Hunt miał kilka sukcesów na tym stanowisku, jak przewalczenie zwiększenia budżetu brytyjskiego odpowiednika NFZ-u, aby zmniejszyć kolejki do lekarzy.

Jeśli Hunt zdecydowałby się zastąpić May, problem może stanowić to, że w 2016 r. opowiadał się po stronie zwolenników pozostania w Unii Europejskiej. Od tego czasu zmienił zdanie. Zarówno on, jak i Gove woleliby jednak za wszelką cenę nie dopuścić do chaosu twardego brexitu.

Zwolennikiem bardziej miękkiej wersji brexitu jest również minister spraw wewnętrznych Sajid Javid. Jego ambicje są znane do tego stopnia, że planowany niedawno bunt ministrów (do którego nie doszło) był uzależniony od tego, czy Javid zgodzi się odłożyć na bok swoją chęć zamieszkania przy Downing Street 10.

W partii kierowanej dziś przez kobietę swoich ambicji nie ukrywają także inne panie, w tym Andrea Leadsom. Starała się o przewodniczenie w Partii Konserwatywnej w 2016 r. Zajęła wtedy drugie miejsce tuż za Theresą May. Pod nową szefową relegowana do niezbyt znaczącej funkcji przewodniczącej Izby Gmin – w brytyjskim systemie de facto członkini rządu odpowiedzialnej za prace parlamentu – ale potrafiła wykorzystać ją do tego, aby utrzymać się w świetle kamer. Pomaga jej w tym to, że nie boi się stawić czoła spikerowi Izby Johnowi Bercowowi – sztuka, która wychodzi ledwie garstce posłów, a w której stanowisko jej pomaga. Leadsom wolałaby, że Wielka Brytania opuściła Unię w uporządkowany sposób, ale sercem jest bardziej w obozie „leave” niż „remain”. 

Boris Johnson jest zwolennikiem opuszczenia Unii za wszelką cenę

>>> Czytaj też: Twardy brexit coraz bliżej? Izba Gmin odrzuciła wszystkie 4 alternatywne propozycje