Mamy tu do czynienia z klasyczną kwadraturą koła: na terenach określanych przez demografów umownie mianem „Polski C” - czyli starzejących się i wyludniających szybciej od średniej – brakuje pracodawców oferujących atrakcyjne i dobrze płatne miejsca pracy, mediana zarobków jest niska, więc ambitniejsi i bardziej rozgarnięci młodzi ludzie stamtąd wyjeżdżają; a im bardziej tacy ludzie wyjeżdżają, tym mniejsze szanse na stworzenie tam atrakcyjnych i dobrze płatnych miejsc pracy oraz zatrzymanie spadku dzietności. Efektem jest 50-procentowy spadek liczby urodzeń, bo brakuje kobiet w wieku rozrodczym lub kobiety takie nie mogą znaleźć odpowiednich partnerów.
Tak wyludnia się cała Polska
Prof. Piotr Szukalski, znany demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, który od dekad bada to zjawisko, uważa, że gdyby nie unijna polityka spójności, której fundamentalnym celem jest wyrównywanie szans i niwelowanie nierówności, wiele gmin w Polsce wyludniałoby się jeszcze szybciej. Fundusze unijne posłużyły do renowacji miasteczek totalnie zapuszczonych i podupadłych w ostatnich latach PRL oraz po jej upadku, powstało tam wiele nowoczesnych obiektów, a przede wszystkim pobudowano infrastrukturę – dobre drogi, chodniki, wodociągi, kanalizację, linie energetyczne, często także gazociąg. I właśnie te cywilizacyjne zdobycze, wynikające z takiej, a nie innej polityki UE, trzymają te miejscowości przy życiu. Jeszcze.
Bo – niestety - proces starzenia się i wyludniania Polski C przyspiesza. Co więcej, jak wynika z analiz Forsal.pl opartych na głośnych raportach „Wspólnoty” o depopulacji gmin oraz badaniach prof. Szukalskiego i najświeższych danych GUS, obszar Polski C rozszerza się szybko o kolejne miasta i gminy.
Na początek warto sobie przypomnieć, jaka była populacja Polski w poszczególnych latach:
- 1950 - 25 mln (ponad 63 proc. mieszkało na wsi)
- 1960 - 29,8 mln (52 proc. mieszkało na wsi)
- 1970 - 32,7 mln (52,3 proc. mieszkało w miastach)
- 1980 - 35,7 mln (58,7 proc. mieszkało w miastach)
- 1990 - 38,1 mln (61,8 proc. mieszkało w miastach)
- 2000 - 38,3 mln (61,9 proc. mieszkało w miastach)
- 2010 - 38,5 mln (60,8 proc. mieszkało w miastach)
- 2017 – 38,4 mln (60,1 proc. mieszkało w miastach)
- 2020 – 38,26 mln (59,9 proc. mieszkało w miastach)
- 2024 - 37,5 mln (59,4 proc. mieszkało w miastach)
- 2026 – 37,28 mln - na koniec pierwszego kwartału.
Czyli:
Między 1950 a 1960 przybyło Polsce blisko 5 mln ludzi.
Między 1980 a 1990 przybyło nam 2,4 mln ludzi
Między 2000 a 2010 przybyło nam 0,2 mln ludzi
Między 2010 a 2020 przybyło nam 0,2 mln ludzi
Między 2010 a 2020 UBYŁO NAM 0,3 mln ludzi
Między 2020 a 2026 UBYŁO NAM prawie 1 milion ludzi. Na koniec 2026 r. ten ubytek wzrośnie zapewne do 1,1 mln, a na koniec 2030 r. wyniesie między 1,7 a 2 mln – w zależności od liczby urodzeń.
Archipelag wzrostu i ocean depopulacji. Wyludnia się trzy czwarte gmin w Polsce. W tym wszystkie byłe miasta wojewódzkie
Ale wyludnianie się Polski nie zaczęło się wcale w okolicach 2010 r. Na ogromnej połaci kraju ono trwało już znacznie wcześniej. Ze wspomnianych analiz (rankingów) „Wspólnoty” wynika, że w latach 2004-2020 spadek populacji odnotowano w aż 58 proc. gmin a w Polsce. Szybko rosły największe miasta, zwłaszcza Warszawa, Kraków, Wrocław oraz Gdańsk z Gdynią (bo nie Sopot), fenomenem Polski wschodniej był Rzeszów, ale wyludniały się niemal wszystkie byłe miasta wojewódzkie (obecnie miasta na prawach powiatu) oraz liczne miasteczka i gminy na rubieżach, zwłaszcza wschodnich.
W rankingu „Wspólnoty” obejmującym okres 2009-2024 odsetek gmin, które straciły mieszkańców, wzrósł do… 72 proc. Najnowsze analizy prof. Piotra Szukalskiego wskazują na przyspieszenie całego procesu: rośnie zarówno liczba wyludniających się gmin, jak i tempo i skala tego zjawiska. Jak komentowali autorzy raportu „Wspólnoty”, Paweł Swianiewicz i Julita Łukomska, „problem depopulacji najbardziej dotyka peryferyjnie położone gminy wiejskie. Szczególnie widać to w południowej części województwa podlaskiego oraz na wschodzie Lubelszczyzny. Wśród siedmiu gmin, które w ciągu 15 lat (2009–2024 r.) straciły ponad jedną czwartą mieszkańców, aż sześć znajduje się w powiatach hajnowskim i siemiatyckim, siódmą jednostką na tej liście jest miasto Hel”.
Z mapy autorstwa dr Tomasza Grzyba z Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego wynika, że na powiększającym się oceanie polskiej depopulacji mamy nieliczne wyspy wzrostu demograficznego. Należą do nich przede wszystkim obszary podmiejskie aglomeracji miejskich – nie tylko Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Poznania czy Gdańska, ale też mniejszych centrów subregionalnych, jak Słupsk, Ełk czy Suwałki. To w ogromnej tłumaczy obserwowany od początku stulecia wzrost odsetka mieszkańców terenów – formalnie -wiejskich (wcześniej, od zakończenia II wojny światowej, mieliśmy do czynienia z procesem odwrotnym). De facto nie jest to jednak żadna wieś, tylko klasyczny teren podmiejski lub wręcz miejski, dobrze skomunikowany z metropolią i połączony z nią wieloma innymi więziami. Jak wynika z przywołanej mapy, jedyne miasta wojewódzkie, wokół których nie widać wyraźnego pierścienia wzrostu, to Opole i Katowice.
Co istotne: wspomniane wyspy wzrostu demograficznego przeżywają istny rozkwit, to znaczy rosną tym szybciej, im gwałtowniej wyludnia się reszta kraju. W latach 2009 – 24 aż 45 gmin w Polsce odnotowało wzrost populacji o ponad 50 procent (w poprzednim badaniu gmin takich było 39). Prawie wszystkie takie gminy leżą w strefach podmiejskich aglomeracji: przede wszystkim Warszawy (10), Wrocławia i Poznania (po 8) oraz Trójmiasta (7). Absolutny rekord Polski pobiła jednak położona pod Olsztynem Stawiguda, gdzie populacja powiększyła się w 15 lat… 2,5 razy. W ośmiu gminach wzrost przekroczył 100 proc. To m.in. Kosakowo (koło Gdańska), Dopiewo (koło Poznania) i Lesznowola (koło Warszawy).
A gdzie rozlewa się ocean depopulacji? Najszybciej wyludniające się obszary w Polsce to peryferyjnie położone gminy wiejskie w południowej części województwa podlaskiego (oraz położone po sąsiedzku gminy na obrzeżach Mazowsza) oraz wschodnia część Lubelszczyzny.
Z analiz „Wspólnoty” i prof. Szukalskiego wynika, że mamy już kilkanaście gmin, które tracą średnio 1,5 proc. mieszkańców ROCZNIE oraz PONAD 200 TAKICH, KTÓRE TRACĄ ŚREDNIO PONAD 1 PROC. MIESZKAŃCÓW ROCZNIE. Grono tych drugich stale się powiększa.
Bardzo niekorzystnym zjawiskiem jest to, że – poza stolicami województw - nie ma już w Polsce ANI JEDNEGO MIASTA NA PRAWACH POWIATU, KTÓRE NIE TRACIŁOBY LUDNOŚCI. Najszybciej wyludniają się: Bytom, Zabrze, Wałbrzych i Sopot.
Depopulacja w Europie. Polska i tak nie ma najgorzej
Demografowie zwracają uwagę, że to, co obserwujemy w Polsce, wpisuje się w szerszy trend europejski, a ściślej – globalny. Spadek współczynnika dzietności poniżej poziomu zastępowalności pokoleń (2,1) odnotowano we wszystkich krajach rozwiniętych (OECD) i większości pozostałych, w tym w najludniejszych, jak Chiny (już dawno) czy ostatnio Indie. Zjawisko depopulacji dotyka państwa na wszystkich kontynentach, w tym muzułmańskie kraje Azji i Afryki.
Najszybciej wyludniającymi się krajami Europy w XXI wieku były dotąd: Albania i Serbia –ponad 80 proc. gmin odnotowało tam średni ubytek mieszkańców powyżej 1 proc. rocznie, a około 40 proc. – powyżej 3 proc. rocznie. W ostatnich latach takie ubytki dotykają już niemal wszystkie miasta i gminy. Niewiele lepiej jest w Macedonii Północnej i Czarnogórze. W Unii Europejskiej najsilniej wyludniają się Bułgaria i Litwa, a w dalszej kolejności Chorwacja. W Finlandii, Portugalii oraz Niemczech wschodnich (czyli byłej NRD) odsetek miast i gmin tracących co roku ponad 1 proc. ludności był w ostatnich 25 latach trzy, a nawet cztery razy większy niż w Polsce. Ale to się właśnie zmienia, bo tam depopulacja nieco przyhamowała, a u nas najwyraźniej dopiero się rozpędza – o czym świadczy rosnąca przewaga liczby zgonów nad urodzeniami, a także szybkie podnoszenie przeciętnego wieku Polek i Polaków.
Jak czytamy we wspomnianym opracowaniu „Wspólnoty”, badania wyraźnie wskazują, że „w większości przypadków zatrzymanie depopulacji nie jest możliwe. Trzeba raczej koncentrować się na łagodzeniu jej skutków. W tym kontekście coraz częściej mówi się o koncepcji „inteligentnego kurczenia się” (smart shrinking), która pomaga minimalizować negatywne konsekwencje zmian demograficznych i pozwala lepiej dostosować rozwój lokalny do nowych realiów”.
Prace dotyczące wpływu depopulacji na funkcjonowanie samorządów oraz zmierzające do stworzenia rekomendacji i katalogi dobrych praktyk rozpoczął Narodowy Instytut Samorządu Terytorialnego. Jest jednak już dzisiaj oczywiste, że kurczenie się liczby ludności i starzenie się mieszkańców powoduje, iż automatycznie zmniejsza się liczba faktycznych i potencjalnych odbiorców różnego rodzaju usług publicznych – poczynając od izb porodowych, a następnie żłobków, przedszkoli i szkół; co istotne – z globalnych i krajowych obserwacji wynika, że zrozumiałe z czysto ekonomicznego punktu widzenia decyzje lokalnych władz o zamknięciu np. szkół wiejskich przyspieszają proces depopulacji. To samo dotyczy dostępności innych usług, zwłaszcza transportu publicznego – odcinani od nich będą wymierać szybciej.
Równolegle w wyludniających się gminach nasila się kryzys demokracji lokalnej – z braku kandydatów, albo startu w wyborach tylko jednej osoby. Spadek ludności prowadzi także do kadrowych cięć w lokalnych strukturach samorządowych, w tym – urzędzie gminy, co może skutkować obniżeniem poziomu usług. I być kolejnym czynnikiem pobudzającym tempo depopulacji…
Depopulacja w Polsce: potrzeba uczciwej i rzeczowej debaty, a nie krzyków i naparzanki populistów
Skoro depopulacji WIĘKSZOŚCI POLSKI w znanej nam perspektywie NIE DA SIĘ ZATRZYMAĆ, to od 75 do nawet 90 proc. gmin nad Wisłą zostanie dotkniętych jej skutkami w ciągu najbliższych 10-25 lat. W wielu z nich te skutki będą naprawdę dotkliwe, co w olbrzymim stopniu wpłynie na funkcjonowanie całych miejscowości i ich mieszkańców, demokrację lokalną, poziom i jakość oraz dostępność usług publicznych, miejsca pracy, koszty życia, perspektywy rozwoju – dosłownie WSZYSTKO.
Demografia bazuje na liczbach, które już znamy, wiec mniej więcej wiemy, co się wydarzy i gdzie. Polska A – czyli kilkanaście największych miast wraz z okalającymi je obwarzankami oraz obszary wokół miejscowości, w których działają duzi perspektywiczni pracodawcy – to będzie jedyna rosnąca część naszego kraju. Czyli polski archipelag wzrostu. Co ważne: do tej grupy należy TYLKO PIĘĆ STOLIC WOJEWÓDZTW: Rzeszów i Warszawa (z około 10-procentowym przyrostem ludności od 2010 r.), Kraków i Gdańsk (wzrost o ok. 8 proc.) oraz Wrocław (ok. 7 proc.). Reszta traci. Najmniej Białystok i Poznań (2-3 proc. w 15 lat), a najwięcej Łódź, Kielce, Zielona Góra, Katowice i Bydgoszcz – spadki od 2010 r. są tu już dwucyfrowe.
Polska B wyludnia się – na razie – w tempie umiarkowanym, na poziomie średniej krajowej, czyli traci ok. 0,5 proc. ludności rocznie lub mniej.
Polska C jest definiowana przez prof. Piotra Szukalskiego jako część Polski ze średniorocznym ubytkiem ludności od 1,5 proc. wzwyż. To obszar, na którym dramatycznie ujemne saldo urodzeń i zgonów idzie w parze z tragicznie ujemnym saldem migracji. Wedle analiz demografa, przybywa w Polsce miejsc, z których w ciągu dwóch dekad wyjechało jedna trzecia młodych ludzi. Większość takich migrantów zasiliło Polskę A, przede wszystkim Warszawę, Kraków, Wrocław i Gdańsk oraz Rzeszów. Ten ostatni zasysa niemal całe Podkarpacie – wschodnie rejony województwa dosłownie znikają w oczach, w wielu przysiółkach nie ma już nikogo lub pozostały pojedyncze babcie. Dotyczy to także wschodniej części Warmii i Mazur, a na zachodzie – kotliny kłodzkiej i niemal całych okolic Jeleniej Góry.
Profesor zwraca uwagę, że unijna polityka spójności polega na tym, że najbogatsze regiony Europy zrzucają się na poprawę statusu – poziomu i jakości życia – najbiedniejszych. To dzięki temu nie ma jakiejś gigantycznej przepaści w infrastrukturze i samym wyglądzie miast i wiosek należących do Polski A i C. Te ostatnie są zwykle zadbane, wyglądają ładnie i uroczo. Ale nie mają jednej podstawowej rzeczy: gospodarczego motoru napędowego tworzącego atrakcyjne miejsca pracy. Niektóre z gmin i społeczności próbują uczynić takim motorem turystykę, ale trzeba pamiętać, że jest to sektor o bardzo niskich wynagrodzeniach, podatny na wszelkie wahnięcia koniunktury, sytuację geopolityczną i inne kwestie. Na turystyce zarabiają tak naprawdę wielcy inwestorzy, a nie mieszkańcy zatrudniani w ich obiektach. Najbiedniejszym regionem Portugalii jest rajska Madera, która niemal w całości opiera się na turystyce. Zarazem pochodząca stamtąd rodzina hotelarzy należy do najzamożniejszych w kraju…
W Polsce najszybciej wyludniają się tereny rolnicze – co wynika z wielkiej transformacji sektora: w krótkim czasie liczba pracujących z nim osób zmniejszyła się o jedną trzecią i nadal maleje. Gospodarstwa są coraz większe, większość stała się de facto przedsiębiorstwami zajmującymi się produkcją na wielka skalę – bo tylko to pozwala im funkcjonować na rynku, w tym eksportować swe produkty do innych krajów. Polskie rolnictwo odniosło w UE gigantyczny sukces, podbijając unijny rynek, ale nie dokonałoby to bez radykalnego podniesienia produktywności, a więc także zmniejszenia zatrudnienia. A skoro na wsi pracy mniej – to i ludzi mniej. Zresztą mało który młody Polak (o Polkach nie wspominając) chce dziś pracować w rolnictwie.
Słowem, na tracących miejsca pracy i atrakcyjność terenach musieliby się pojawić alternatywni pracodawcy. Ale to nie wszystko: większość Polek i Polaków chce żyć w miejscowościach dających możliwie szerokie możliwości ciekawego spędzania czasu i wydawania na to zarobionych pieniędzy (lub w pobliżu takich miejsc). Żeby im to zapewnić, gmina musi przejść udaną transformację na wzór – dajmy na to – małopolskiego Zatora, gdzie na bazie Energylandii i innych atrakcji powstało nie tylko mnóstwo miejsc pracy, ale i możliwości przyjemnego spędzania życia.
Polska A vs Polska C – kto na fali wzrostu, a kto najwięcej traci
W Polsce C, tracącej powyżej 1,5 proc. mieszkańców rocznie, są duże, średnie i mniejsze miasta na prawach powiatu: Bytom, Zabrze, Wałbrzych, Sopot, Przemyśl, Konin, Świętochłowice, Chełm, Sosnowiec, Włocławek, Piotrków Trybunalski, Częstochowa, Gliwice, Kalisz, Zamość, Radom, a nawet… Płock. Ten ostatni ma jednego potężnego pracodawcę, ale jest mocno odcięty komunikacyjnie i najwyraźniej brakuje mu innych atrakcji wystarczających do zatrzymania wielkiej migracji młodych. Potężną depopulacją dotknięte są też wszystkie miejscowości pogórnicze lub takie, w których dni górnictwa są policzone.
Wśród stolic powiatów ziemskich najszybciej wyludniają się: Kamienna Góra, Koło, Kędzierzyn-Koźle, Sejny, Turek, Starachowice, Ostrowiec Św., Bełchatów, Łęczyca, Bartoszyce, Prudnik, Skarżysko-Kamienna, Stalowa Wola, Jawor, Sandomierz, Złotoryja, Opatów, Hrubieszów, Golub-Dobrzyń, Głubczyce, Szczytno, Sanok, Zduńska Wola, Łowicz, Tomaszów Mazowiecki… To Polska C.
Polskę A tworzą tutaj: Grodzisk Mazowiecki, Piaseczno i Wieliczka - ze wzrostem liczby mieszkańców od 2010 r. rzędu 40 proc. i więcej. A ponadto: Pruszcz Gdański, Pruszków, Trzebnica, Nowy Tomyśl, Środa Wielkopolska, Grójec, Września, Goleniów, Myślenice, Grodzisk Wielkopolski, Kartuzy, Mikołów, Oława, Oborniki, Śrem, Pszczyna, Ropczyce, Mława, Garwolin, Bytów, Mińsk Mazowiecki…
Wśród małych miast Polska C to: Hel i Kleszczele, która w 15 lat straciły JEDNĄ CZWARTĄ LUDNOŚCI, a następnie podlaski Lipsk, Gozdnica, Duszniki Zdrój, Dabrowa Białostocka, Łeba, Reszel, Górowo Iławieckie, Mieroszów i Solec nad Wisłą, gdzie ten ubytek wyniósł ok. 20 proc. lub więcej. W tej kategorii depopulacją dotknięte jest ponad 550 ze wszystkich 680 miejscowości!
Polskę A wśród miasteczek tworzą: dolnośląskie Siechnice (które od 2010 r. podwoiły liczbę ludności!) oraz Kórnik, Żukowo, Miękinia i Marki, które są bliskie tego wyniku. W topowej dziesiątce są jeszcze Ząbki, Kąty Wrocławskie, Wasilków, Ożarów Mazowiecki, Radzymin i Kobyłka, a tuż za nimi Serock, Niepołomice, Reda, Supraśl, Choroszcz i Łomianki. W sumie w 32 małych miastach w Polsce populacja powiększyła się w 15 lat o więcej niż jedną piątą. To nasze wyspy wzrostu.
Wśród gmin wiejskich Polskę C tworzą „tradycyjnie” Czyże i Dubicze Cerkiewne wraz z Czeremchą, Milejczycami i Orlą. Mamy już około 50 gmin, w których populacja skurczyła się o ponad 20 proc. od 2010 r. i ponad 400, w których ten ubytek był dwucyfrowy. W sumie depopulacją dotkniętych zostało około 1000 z 1500 gmin wiejskich…
