Amerykanie już nie wierzą w american dream. To "uśmiechnięci niewolnicy"

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
6 kwietnia 2019, 19:30
USA Meksyk
USA Meksyk/ShutterStock
W Ameryce nastąpiła dewaluacja słów. Nie wystarczy, żeby było dobrze, musi być niesamowicie, fantastycznie, idealnie, wręcz bosko – mówi Polka, która od lat mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Żaneta Auler mieszka i pracuje w Los Angeles, przewodniczka, podróżniczka. Napisała książkę „7 dni w siódmym niebie” - fot. mat. prasowe

Nie, tym mitem żyje świat. W Europie wciąż mówi się – a może wręcz marzy się o amerykańskim śnie – ale Stany borykają się przecież od dawna z tyloma problemami, że ten mit dawno tu upadł.

Bo są mistrzami zamiatania tego, co niewygodne, pod dywan. Nie rozpamiętują porażek, tylko prą do przodu. A przecież większość z nich nie ma nawet 1 tys. dol. oszczędności na nieprzewidziane wydatki jak naprawa auta. Na szczęście każdy ma kilka kart kredytowych i dzięki nim co miesiąc wiąże koniec z końcem. Rozwarstwienie społeczne jest ogromne. W prawie 40-milionowej Kalifornii, w której mieszkam, jest 144 miliarderów oraz ok. 1 mln milionerów, a po nich długo nic i dopiero klasa średnia, która ledwo zipie. Nie tylko życie codzienne jest drogie, ale też wynajem mieszkań i zakup nieruchomości.

>>> Czytaj też: Trump idzie na zwarcie z Kongresem. Grozi zamknięciem granicy z Meksykiem 

Bogacze mieszkają w Beverly Hills, Malibu i w okolicach South Bay. Tam ceny nieruchomości wahają się od kilku do ponad 200 mln dol. W 2014 r. sprzedano dom w Los Angeles za 70 mln dol. O możliwość jego kupienia konkurowali ze sobą: małżeństwo piosenkarzy Beyonce i Jay-Z oraz twórca komputerowej gry Minecraft Markus Persson. Rywalizację na miliony wygrał ten drugi.

Ceny najmu mieszkań też są wysokie – wahają się od 1 tys. dol. w dzielnicach oddalonych od oceanu aż po 7 tys. dol. albo więcej w tych położonych bliżej wody, gdzie są lepsze szkoły i wyższy poziom bezpieczeństwa. Minimalna cena za wynajęcie lokum w zadbanej dzielnicy LA to ok. 2,5–3 tys. dol. miesięcznie. Żeby na to zarobić, wiele osób ma dwie albo trzy prace, często decydują się też na przyjęcie współlokatorów. Mówię zarówno o ludziach, którzy zarabiają rocznie 40 tys. dol., jak i tych, którzy „wyciągają” 200 tys. dol. – im też nie wystarcza, bo poza opłaceniem mieszkania muszą spłacić kredyt za studia, pożyczki na dom i samochód czy zapłacić za dobrą szkołę dziecka. Jeśli nawet zarobią więcej, to nie odkładają tego na konto oszczędnościowe, ale co najwyżej wymieniają auto na nowszy model.

Cały wywiad przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP  

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj