Katarzyna Duda opisała kilka miejsc takich, jak – zwany czasem „” – Wałbrzych. Są jeszcze – rodzinne miasto autorki. Ich dobór nie jest przypadkowy. Duda szła tropem miejsc, które najbardziej ucierpiały podczas zapoczątkowanej przez rząd Tadeusza Mazowieckiego deindustrializacji. A w zasadzie nie tyle miejsc, ile ludzi najmocniej dotkniętych logiką przemian. Na Pomorzu interesował ją więc los stoczniowców z prywatyzowanych i restrukturyzowanych zakładów, będących niegdyś dumą polskiego przemysłu. W podelbląskim Suchaczu badała, co się dzieje z dawnymi pracownikami tamtejszej cegielni. W Opolu rozmawiała z ludźmi, którzy za komuny robili części samochodowe w ramach Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego „Polmo”. I tak dalej.
Nie jest to pierwsza książka odwołująca się do dramatycznego rozdziału polskich wolnorynkowych przemian. Na tle innych wybija się jednak pod trzema względami. Przede wszystkim autorka nie jest zawodową reporterką, która zainteresowała się gorzkimi owocami balcerowiczowskiej transformacji z czystej dziennikarskiej ciekawości. Katarzyna Duda bada temat od zupełnie innej strony.
>>> Polecamy: Smog szkodzi bardzo także zwierzętom. Zwłaszcza w miastach
