Silne relacje z mało wiarygodnym prezydentem USA, rezygnacja ze wspólnotowej retoryki w polityce europejskiej, brak stosunków z Rosją w połączeniu z rosnącym w szybkim tempie uzależnieniem od węgla z tego kraju, ograniczanie się do zarządzania kryzysem w relacjach z Ukrainą, utrata zainteresowania Mołdawią, która jest kluczem do bezpieczeństwa na południowo-wschodniej flance NATO, brak treści w relacjach z Białorusią i fetyszyzacja mitycznego Międzymorza, które na razie pozostaje tworem potencjalnym – bilans w polityce zagranicznej uprawianej przez PiS to seria paradoksów, improwizacji, niezrealizowanych zapowiedzi, przestrzelonych analiz i wysp błyskotliwości. Minione cztery lata w polskiej dyplomacji to specyficzny postmodernizm – epoka rozmontowywania pojęć, które do niedawna traktowano jak prawdy objawione („Europa musi mówić jednym głosem”, „Niemcy to nasz najważniejszy sojusznik”, „Polska ma misję na Wschodzie”, „Kapitał nie ma narodowości”). I produkt czasów, w które partia Jarosława Kaczyńskiego doskonale się wpisała.

Dylemat skoczka

O ile dla Berlina i Paryża wybór Donalda Trumpa w 2016 r. na prezydenta USA był kłopotem, o tyle dla polskiej prawicy okazał się wielką szansą. Polityk operujący manichejską wizją świata, w której kogoś się lubi lub nie (o Polsce mówi, że lubi), coś jest dobre albo złe, wspaniałe lub straszne – doszedł do władzy dzięki podobnym mechanizmom, które w 2015 r. zapewniły sukces wyborczy PiS. Mimo wyraźnej sympatii do Władimira Putina Trump konsekwentnie podejmuje decyzje o wzmacnianiu sił amerykańskich w Polsce. Władze w Warszawie robią wszystko – i za wszelką cenę – by ten trend podtrzymać, a opozycja nie bardzo może je na tym polu krytykować. Prezydent USA – niezależnie od niskiej wiarygodności – pozostaje najważniejszą postacią w rozmowach o wschodniej flance NATO. Jest jednak dokładnie tak, jak powiedział w niedawnym wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” Radosław Sikorski: „Stany Zjednoczone są dla Polski sojusznikiem strategicznym, ale to relacja jednostronna”. Były szef MSZ trafnie porównał Polskę do skoczka na szachownicy. I jest to określenie absolutnie trafne, choć Warszawa sama sobie tej roli nie wybrała i nie ma znaczenia, jakie barwy partyjne reprezentują polskie władze. Skoczek ma pewne unikalne możliwości: może atakować hetmana, pozostając poza jego zasięgiem, mimo że jego własny zasięg jest ograniczony. Równocześnie łatwo może zostać związany przez inne bierki, co często ogranicza mu pole manewru. Dokładnie tak samo jest z Polską na arenie międzynarodowej.

Sikorski – jako miarodajny przedstawiciel opozycji i najdłużej urzędujący po 1989 r. szef naszego MSZ – w ocenie polityki PiS wobec USA uwzględnia te uwarunkowania. Docenia zwiększającą się liczbę żołnierzy amerykańskich w Polsce. Z drugiej strony stawia tezę, że PiS to – podobnie jak SLD z czasów Kwaśniewskiego i Millera – „ekipa frajerów”, która za darmo i przedwcześnie próbuje „zadowolić USA” (minister wie, o czym mówi, bo dokładnie taką samą funkcję pełnił w okresie rządów PO-PSL w odniesieniu do Niemiec).

O ile prawdziwa jest teza Sikorskiego o nieumiejętności wykorzystywania polskich „plusów dodatnich” w relacjach z Ameryką (w końcu skoczek ma pewne możliwości), o tyle nie sposób zarzucić PiS naiwności w postrzeganiu samego Trumpa, co często czyni opozycja. Zarówno w otoczeniu prezydenta, jak i w MSZ trudno znaleźć „frajera” (trzymajmy się retoryki Sikorskiego), który nie rozumiałby wynikających z obniżonej wiarygodności prezydenta USA zagrożeń dla polskiego bezpieczeństwa. Dobra atmosfera prezentowana na spotkaniach głów państw nie przekłada się na naiwną wiarę, że Trump jest w stanie zagwarantować pozostanie amerykańskich żołnierzy w Polsce na zawsze.  ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP.