Po pierwsze, wcale bym nie powiedział, że go ograłem. Walka o zachowanie przemysłu futrzarskiego w Polsce to nie była wojna z Jarosławem Kaczyńskim. Myślę, że on został zmanipulowany. Nie wie i nie do końca ma prawo wiedzieć, jak wyglądają wszystkie hodowle zwierząt futerkowych w Polsce. Jest człowiekiem z miasta. Bardzo wrażliwym na zwierzęta i dlatego nasi przeciwnicy nie mieli większego problemu, by go przekonać do swoich racji, a tak naprawdę kłamstw, którymi się posługują.
Metoda jest jedna: ciężka praca, dobry zespół i determinacja. Zjednoczyliśmy największe organizacje rolnicze w kraju i głośno mówiliśmy, jaka jest prawda, kto nas chce zniszczyć i jakie ma z tego korzyści. O korzyściach zresztą lepiej porozmawiać z ekologami, bo to oni spotykali się z niemieckimi utylizatorami w ramach walki z hodowcami. A jak wiadomo, to dla nich nasza branża jest jedyną konkurencją. Nasz zespół starał się pokazać politykom, jakie prawdziwe intencje kierują organizacjami ekologicznymi. Prezes w tym przypadku otoczył się ludźmi, którzy mu chyba nie do końca mądrze podpowiadają. Dlatego przekonywaliśmy, spotykaliśmy się z politykami – różnych opcji – by to wyjaśnić. Rolnictwo to też hodowla zwierząt. Nie ma znaczenia, na co zwierzęta są hodowane. Ważne jest, w jakich warunkach. Te standardy w polskich realiach są bardzo wysokie, znacznie wyższe niż w krajach Europy Zachodniej.
Owszem, to są te kraje, które nigdy tej hodowli nie miały. Dzisiaj moglibyśmy zakazać hodowli strusi – bo to nie jest na Wisłą zbyt popularne.
To wyjątek. Ale pamiętajmy o okolicznościach, w jakich to się stało: lewicowy rząd mniejszościowy musiał się dogadać ze skrajnymi ugrupowaniami lewicowymi, by móc sprawować władzę. A jednym z ich postulatów było wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Hodowcy zostali poświęceni.
Dla wprowadzenia ideologii organizacji ekologicznych i tego, by rząd się ukonstytuował. Poza tym wyjątkiem zakazy wprowadzają kraje, które tej hodowli nie mają. Ostatni przykład to Słowacja. Ale na jej terenie działała jedna ferma, która hodowała zaledwie 4 tys. zwierząt. W Polsce to by była jedna z mniejszych ferm. To tak jakbyśmy my zakazali hodowli krokodyli tylko po to, by móc pokazać, że jesteśmy proeuropejscy. To bzdura. Dania ma 5 mln mieszkańców i hoduje 20 mln norek. Tak samo przoduje w trzodzie hodowlanej, wysoko jest też np. w produkcji kurczaków. Tam nie ma problemów środowiskowych, a obostrzenia są znacznie mniejsze niż w Polsce. U nas np. fermy zwierząt futerkowych muszą być otoczone podwójnym płotem, a w Danii tylko pojedynczym. Ciągle te normy są podwyższane, a o tym nikt nie mówi. Oczywiście, jeśli mamy gdzieś patologie, to je eliminujmy. One są głównie w starych hodowlach, np. lisów. Jednak jeśli ja w jedną fermę inwestuję kilkanaście milionów złotych, a takich ludzi jak ja jest sporo, to nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek uchybienia. Dlaczego my mamy odpowiadać za tych, którzy nie przestrzegają norm? W imię czego?
>>> Czytaj również: H&M w opałach. Prezes koncernu: "Ograniczenie konsumpcji to zagrożenie społeczne"
