Gwiazdy i bankruci. Kto w przedwojennej Polsce mógł liczyć na sławę i pieniądze?

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
5 stycznia 2020, 12:46
Program „Mira i satyra”; Warszawa; na deskach Mira Zimińska-Sygietyńska. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 1-K-11423-2
Program „Mira i satyra”; Warszawa; na deskach Mira Zimińska-Sygietyńska. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 1-K-11423-2/Domena Publiczna
Choć bilety były drogie, to spektakle często się nie zwracały, bo teatry tak rywalizowały o gwiazdy, że je przepłacały – Hance Ordonównie oferowano po 300 zł za przedstawienie, co w tamtych czasach było ogromną kwotą

4408459-u74f48-smierc-z-ogloszenia-p.jpg

Sławę gwarantowały kino, radio i teatrzyki…

Nazwa teatrzyk wskazywała na lekkość muzy, nie na wielkość sali, bo np. „Qui Pro Quo” grał dla 300 widzów. Teatry, nawet mniejsze, dawały repertuar dramatyczny, teatrzyki zaś rewiowy.

Raczej rozrywkę dla mas. Nie stało zresztą na zbyt wysokim poziomie artystycznym. Eugeniusz Bodo, który podjął próbę zrobienia kina bardziej ambitnego, poniósł klapę finansową. Jego „Głos pustyni” był dopracowaną produkcją, ale okazało się, że widzowie nie byli tak wyrafinowani, żeby to docenić. A może po prostu nie uniósł tego polski rynek?

Teatry były dla majętnych, bo bilety były bardzo drogie – kosztowały zazwyczaj kilka złotych. A za miejsca w pierwszych rzędach trzeba było zapłacić 15 zł. A za tyle to można było zjeść obiad w słynnej restauracji „Simona i Steckiego” przy Krakowskim Przedmieściu – i jeszcze zamówić do posiłku pół butelki wina. Tak, u „Simona i Steckiego” było bardzo drogo, bo „tylko” w drogim Europejskim można było za złotówkę zjeść sznycel z sałatą. Oczywiście należy pamiętać, że teatry bywały bardzo różne. Funkcjonowały drugorzędne rewie, teatrzyki, małe sceny i byli giganci tacy, jak „Qui Pro Quo” czy później „Banda”. Co ciekawe, te popularne, choć cieszące się uznaniem sceny, bankrutowały.

Choć bilety były drogie, to spektakle często się nie zwracały, bo teatry tak rywalizowały o gwiazdy, że je przepłacały – Hance Ordonównie płacono po 300 zł za przedstawienie, co w tamtych czasach było ogromną kwotą. W książce piszę też o Stefanie Jaraczu, który ze swoim teatrem „Ateneum” nie ma się gdzie podziać, szuka dużej sali i w końcu podnajmuje ją od kabaretu „Banda”. Jaracza na to nie stać, więc musi się sprzedać i zostaje gwiazdą programu tego kabaretu, który nazywa się „Banda Jaracza”, a spektakl kończy się monologiem samego dyrektora. Z kolei „Qui Pro Quo” zostawiło po sobie niemal milionowy dług, choć w niektóre dni dawało nawet po dwa spektakle.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj