Nic nie wskazuje, aby partię, której przeciwnicy zarzucają ideową nijakość, czekał twardy reset.
Być może już w ten weekend dowiemy się, kto przejmie stery w partii po Grzegorzu Schetynie. Ale to, czy projekt „Platforma Obywatelska” ma jeszcze rację bytu, w rzeczywistości rozstrzygnie się dopiero w maju. Losy całej formacji są bowiem w rękach kandydującej na urząd prezydenta RP Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, a nie nowego lidera PO.
Pierwszą – i być może jedyną – turę wyborów wewnętrznych w Platformie zaplanowano na tę sobotę. Stawce przewodzi dwóch kandydatów: Borys Budka i Tomasz Siemoniak. Po drodze z wyścigu wycofali się Bartosz Arłukowicz i Joanna Mucha (oboje poparli Budkę). Na placu boju zostali jeszcze Bartłomiej Sienkiewicz i Bogdan Zdrojewski.
Platforma liczy ok. 30 tys. działaczy, ale nie wiadomo, czy w wewnętrznych wyborach weźmie udział choćby połowa z nich – zwłaszcza że nie przewidziano głosowania drogą elektroniczną. W ostatnich tygodniach kierownictwo partii mobilizowało członków do opłacenia zaległych składek partyjnych, z kolei kandydaci objeżdżali kraj, odwiedzali struktury terenowe PO i uczestniczyli w debatach.

Deficyt charyzmy

Czy potencjalni zastępcy Schetyny zwiastują lepsze czasy dla Platformy? Eksperci mają wątpliwości. – Ja na dziś nie dostrzegam w tym zestawie charyzmatycznych postaci. Siemoniak zdaje się kandydatem gabinetowym, z kolei Budka, który ma największe szanse na zwycięstwo, jest raczej silny słabością swoich konkurentów, a nie siłą swojej charyzmy – uważa dr Sergiusz Trzeciak, ekspert ds. komunikacji strategicznej.