Poważne portale informacyjne zaczynają teksty od informacji, że zatrzymano na kwarantannie statek z sześcioma tys. pasażerów. bo na pokładzie było dwoje Chińczyków. Media społecznościowe zalewają pogłębiające napięcie memy, plotki i spiskowe teorie. Celebryci ze swoich kont na Instagramie , ale gdziekolwiek gdzie ostatnio przebywali jego obywatele. Do pełni kryzysu brakuje tylko . Cała ta atmosfera przypomina to, co w XIX w. działo się w Stanach Zjednoczonych, gdy zaczęła się imigracja z Azji.
Strach przed - jak to nazywano - podsycały teksty na modłę "Protokołów mędrców Syjonu". W 1878 r. Atwell Whitney wydał powieść pt. "Almond-Eyed: The Great Agitator" ("Migadałowooki: wielki ideolog"). To historia fikcyjnego kalifornijskiego miasteczka, w którym zamożny przemysłowiec postanawia zatrudnić sporo przybyszów z Chin. I dalej idzie wedle sztampy: Azjaci zabierają białym pracę i rozprzestrzeniają zarazki ospy, biali inicjują zamieszki, wybucha pożar i fabryka zamienia się w ruinę. Mądry po szkodzie biznesmen najmuje potem już tylko Amerykanów pochodzenia europejskiego, ale Chińczycy i tak napływają hordami, by zniszczyć tkankę społeczną i demokratyczne instytucje, a chaosowi nie ma końca.
>>> Czytaj też: Jak może się rozprzestrzenić koronawirus 2019-nCoV? Oto możliwe scenariusze
Z kolei w political fiction z 1880 r. pt. "Last Days of the Republic" ("Ostatnie dni republiki") Piertona Doonera pekińscy mandaryni wysyłają do Stanów Zjednoczonych potężne masy swych pobratymców, by ci krok po kroku przejęli władzę w Waszyngtonie. Znany autor science fiction William F. Wu w popularnonaukowym eseju "Yellow Peril" ("Żółte niebezpieczeństwo") zwrócił uwagę, że narracja Doonera i piszących w podobnym stylu wskazuje na fundamentalną sprzeczność między wartościami przekraczających Pacyfik przybyszami a Ameryką. Ci ostatni jego zdaniem nie marzą o podstawowej cesze Amerykanów, czyli . Są tylko bezmyślną masą, która w imieniu cesarza-satrapy ma przejąć ojczyznę demokracji. Etniczne tarcia między białymi robotnikami (głównie górnikami), a tymi pochodzącymi z Chin, zbiegły się mniej więcej z kalifornijską gorączką złota, która wybuchła w połowie piątej dekady XIX w. Szajki zabierały nowo przybyłych Azjatów w ustronne miejsca i terroryzowały, często przystawiając broń do skroni. Niszczyli też ich narzędzia, zabierali jedzenie i namioty. Zimą z 1858 na 1859 r. w powiecie (county) Shasta w Kalifornii wybuchły zamieszki. Ich kulminacją był regularny lincz, kiedy to uzbrojona banda poprowadziła ulicami Shasta City grupę imigrantów, w którą mieszkańcy rzucali kamieniami. Sprawców postawiono przed sądem. Wszyscy zostali uznani za niewinnych.
W 1862 r. wszyscy mieszkający na terytorium tego stanu Chińczycy zmuszeni byli płacić lokalnej policji (dziś uznalibyśmy to za haracz) , zdrowie, higienę i moralne prowadzenie się. Troska o dwie ostatnie sprawy jest wynikiem negatywnego stereotypu: imigranci z Państwa Środka uważani byli za brudnych i uzależnionych od opium i hazardu, a kobiety powszechnie uważano za prostytutki. Podobne polowania co w Shasta odbywały się na całym zachodzie USA. Władze federalne i stanowe nie dość, że przymykały oko na przemoc, to jej kibicowały. 24 października 1871 r. 17 Chińczyków zostało zlinczowanych w Los Angeles po tym, jak jednego z nich oskarżono o zastrzelenie policjanta. 500-osobowa szajka (jedna dziesiąta ówczesnej populacji miasta) wywlekała z domu imigrantów i wieszała na naprędce postawionych szubienicach. 2 września 1885 r. Jeden z najbardziej wpływowych republikańskich polityków drugiej połowy XIX w., który - o ironio - był rzecznikiem emancypacji Afroamerykanów, grzmiał w 1879 r. z senackiej trybuny: "Albo rasa anglosaska skolonizuje wybrzeże Pacyfiku, albo zrobią to Mongołowie".
W stosunku ówczesnych i i ich dzieci było więcej takich paradoksów. W 1896 r. federalny Sąd Najwyższy wydał jeden z najbardziej niechlubnych wyroków w historii Ameryki w sprawie "Plessy przeciwko Ferguson". Większość ośmiu sędziów zdecydowała o zasadzie "oddzielony ale równy" (separate but equal), która de iure na prawie 60 lat usankcjonowała i zakaz wstępu Afroamerykanom do wielu miejsc użyteczności publicznej, od szkół przez baseny po szpitale. Ale dziewiąty sędzia, John Marshall Harlan, z gorliwością się sprzeciwił broniąc zasady równości Afroamerykanów i białych, tak jak nakazuje zmodyfikowana po wojnie secesyjnej konstytucja. I w swoim słowie odrębnym napisał: "Chińczykom (org. Chinaman) wolno jest jeździć pociągiem w tym samym przedziale co białym, a obywatelom USA rasy czarnej nie". Wreszcie w 1882 r. Kongres uchwalił Ustawę o Wykluczeniu Chińczyków (Chinese Exclusion Act) zakazującą wjazdu na terytorium USA wszystkim migrantom z Chin. Zniesiono ją dopiero w 1943 r., ale i tak utrzymano kwoty ograniczające ich wpuszczanie.
>>> Czytaj też: Epidemia koronawirusa: WHO ogłasza międzynarodowy alert
