Kończący się powoli miesiąc, który z pewnością przejdzie do historii jako czarny marzec, skupiał uwagę obserwatorów na indeksach giełdowych oraz cenach ropy. Jeżeli chodzi o rynek walutowy, to na czołowe miejsce wysuwa się spektakularny spadek notowań funta szterlinga.

Zachowanie brytyjskiej waluty było przedmiotem zainteresowania inwestorów, ale i ekspertów. Czytając prasę można było mieć wrażenie swoistego rodzaju deja vu sprzed czterech lat: te same tytuły o tym, że funt osiągnął najniższy poziom wobec dolara USA od 1985 r. W trzecim tygodniu marca funt szterling osiągnął jeszcze niższe notowania niż bezpośrednio po ogłoszeniu wyników referendum z czerwca 2016 r., które otworzyło drogę dla brexitu.

Minimum historyczne

Zanim przejdę do opisu tego, co wydarzyło się w trzecim tygodniu marca, chciałbym poświęcić kilka słów temu, co działo się z funtem ponad 35 lat temu. Mam na myśli minimum historyczne notowań funta względem dolara 26 lutego 1985 r, kiedy za jednego funta trzeba było zapłacić jedynie 1,0365 dol.

Niektórzy moi bardziej dociekliwi studenci dopytywali mnie o wydarzenia z 1985 r. Jak to? To w szóstym roku rządów słynącej z preferowania bardzo restrykcyjnej polityki monetarnej premier Margaret. Thatcher, która uratowała kraj przed zagładą gospodarczą, notowania funta osiągały minima historyczne?

Reklama

Na pewno zasługi Thatcher dla gospodarki brytyjskiej są niepodważalne, ale to nie ona zahamowała znajdujące się na równi pochyłej notowania funta w latach siedemdziesiątych. Ówczesny spadek brytyjskiej waluty zatrzymały dwa czynniki: początek eksploatacji złóż ropy naftowej na Morzu Północnym oraz zwrot wygenerowany przemówieniem Kanclerza Skarbu Denis Healey’a z jesieni 1976 r., którego dramaturgia została świetnie opisana w książce Richarda Robertsa „When Britain Went Bust –The 1976 IMF Crisis”.

Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych to okres niesamowitej siły dolara, któremu nie mogła się oprzeć żadna inna waluta. Innymi słowy, funt znajdował się w dobrym towarzystwie, gdyż także inne waluty traciły na wartości.

Na przełomie 1984 r. i 1985 r. dynamika spadku notowań funta przybrała na sile. Młodsi czytelnicy OF mają prawo tego nie pamiętać, ale w 1984 r. Wielka Brytania znajdowała się de facto na skraju wojny domowej. Konfrontacja premier Thatcher z przemysłem górniczym i związkami zawodowymi przez długi czas niczego dobrego nie wróżyła.

Kiedy jednak zwycięstwo było już w zasięgu ręki, Żelaznej Damie nagle puściły nerwy. Rzecz w tym, że ciągle zwyżkujący dolar przybliżał notowania funta niebezpiecznie do granicy parytetu 1:1. Tendencja ta była już generowana czystą spekulacją i niewiele miała wspólnego z fundamentami gospodarczymi.

Ratunek dla słabnącej waluty

Thatcher nie chciała przejść do historii jako premier, w czasach którego notowania funta zrównałyby się z notowaniami dolara. Chodziło o dumę i prestiż. Lęk premier Thatcher był tak duży, że postanowiła odejść od hołdowanego przez nią czystego monetaryzmu charakteryzującego się m.in. całkowitą obojętnością na to, co dzieje się z kursem walutowym.

Dlatego też Żelazna Dama de facto nakazała podnosić oprocentowanie w celu ratowania funta. Rynek tylko czekał na takie zagranie i za każdą podwyżką domagał się od razu następnej. Tym bardziej, że wiedział, że Thatcher będzie w stanie zapłacić każdą cenę, aby do tzw. upokorzenia walutowego nie dopuścić. A sama premier szukała nawet ratunku u swojego sojusznika Ronalda Reagana.

Bezskutecznie. Na szczęście dla niej, skończyło się na strachu, bo na światowych rynkach doszło niebawem do przesilenia, w efekcie czego funt zaczął błyskawicznie odzyskiwać utracony grunt. Tyle historii.

"Brytyjski premier nie może dyktować Bankowi Anglii, co ten ma czynić, a tradycyjne interwencje walutowe są reliktem przeszłości."

Od pamiętnego dla funta 1985 r. dzielą nas lata świetlne. Dziś urzędujący premier nie może dyktować Bankowi Anglii, co ten ma czynić, a tradycyjne interwencje walutowe są reliktem przeszłości.

Jeszcze do niedawna panowało przekonanie, że funta nie może spotkać nic gorszego niż twardy brexit. Okazało się, że może. Eksperci są podzieleni co do tego, co tak naprawdę popchało funta poniżej granicy GBP/USD 1,15. A poziom ten – warto przy okazji zaznaczyć – nabrał szczególnego znaczenia, bo właśnie cztery lata temu, George Soros twierdził, że brexit spowoduje spadek notowań funta do tego właśnie poziomu.

Tym razem miliarder węgierskiego pochodzenia pomylił się, bo nawet w najtrudniejszych chwilach negocjacji na temat wyjścia Wielkiej Brytanii z UE kurs funta trzymał się powyżej tego poziomu.

Przywódca na zły czas

Otóż wybuch pandemii uderzył Wielką Brytanię w najgorszym możliwym momencie. Mimo, że nie brakuje takich, którzy są wręcz przekonani, że bazująca na pryncypiach wolnego handlu Wielka Brytanii będzie sobie radzić lepiej niż gdyby pozostała w UE, to mowa cały czas jedynie o prognozach czy przewidywaniach.

Innymi słowy, Brytyjczykom dano zbyt mało czasu na udowodnienie wyżej postawionej tezy. A nawet jeśli Wielka Brytania wiąże duże nadzieje z całkowicie wolnym handlem, to teraz musi ponieść wszystkie konsekwencje swojego wyboru. Pech chciał, że debiut tego kraju w nowym otoczeniu światowym zbiegł się z czarną godziną dla światowego handlu.

Może członkostwo w UE nieco krępowało Brytyjczyków w ich działaniach, ale na pewno dawało im pewne poczucie bezpieczeństwa w myśl starego powiedzenia, że w jedności siła. Co jednak się nie zmienia, niezależnie od okoliczności, to brytyjskie poczucie humoru.

Otóż, kiedy świat obiegła smutna wiadomość o zachorowania na COVID-19 głównego aktora negocjacji brexitowych po stronie UE, Michela Barniera, to niektórzy komentatorzy brytyjscy wyszli z propozycją przesłania Barnierowi życzeń powrotu do zdrowia wraz z propozycją zmiany stanowiska Wielkiej Brytanii ws. brexitu.

Pomoc od Banku Anglii

Wśród przyczyn ostatniego gwałtownego spadku notowań funta inni eksperci wskazują z kolei na politykę urzędującego premiera, a dokładniej na nieprzysparzający Borisowi Johnsonowi dumy zwrot w podejściu do walki z epidemią.

Zdaniem tych ekspertów, za sprawą swojego zachowania premier stracił nieoceniony czas w walce z COVID-19, a to na pewno odbije się negatywnie na gospodarce. Trudno się z nimi nie zgodzić.

Wystawiona na niełaskę globalizacji i niezbyt fortunne decyzje ze strony urzędującego premiera waluta Wielkiej Brytanii czekała na pomoc. Ta przyszła stamtąd, skąd powinna przyjść.

Na ratunek funtowi przyszła instytucja go emitująca. I chyba nie chodzi tu dokładnie o to, co zrobił Bank Anglii, ale też i nie bez znaczenia jest to, kto podjął tę decyzję. O tym za chwilę.

Otóż Bank Anglii działał kompleksowo i co ważniejsze wykonywał swoją misję bez najmniejszych objawów paniki. Działał stosownie do sytuacji i nie zaliczył w ostatnim czasie, ani niefortunnych decyzji, ani nieprzemyślanych wypowiedzi. A jak mówią co niektórzy brytyjscy komentatorzy z lekką nutą ironii, nie każdy bank centralny na kontynencie może to o sobie powiedzieć.

Udany debiut prezesa

Może dlatego teraz czas wystawić laurkę nowemu prezesowi Banku Anglii, którego kadencja rozpoczęła się 16 marca 2020 r. Chodzi o Andrew Bailey’a, którego większość z nas kojarzy przede wszystkim z ogłoszeniem końca stawki LIBOR.

Nowy prezes nie mógł sobie wyobrazić chyba lepszego startu, a niektórzy eksperci mogą powiedzieć, że jego sukces pokazuje, jakie znaczenie ma doświadczenie w wykonywaniu zawodu. Bailey osiągnął wszystko ciężką i mozolną pracą.

Ciężko jest znaleźć drugą instytucję tak otwartą na świat zewnętrzny (a przede wszystkim przedstawicieli tego świata) jak Bank Anglii. Wystarczy wskazać na liczbę obcokrajowców, którzy przewijają się przez MPC (Monetary Policy Council), odpowiednik RPP. To może nawet świadczyć o otwartości Brytyjczyków i ich zdolności do odnalezienia się w naprawdę globalnej gospodarce.

Nawet jednak wśród otwartych na świat Brytyjczyków nie wszystkim podobał się wybór poprzednika Baileya. Mowa oczywiście tutaj o Marku Carneyu. Jest mało prawdopodobne, aby im przeszkadzało samo pochodzenie Carneya, który jest Kanadyjczykiem. Bardziej przeszkadzały im okoliczności, w jakich doszedł do władzy, no i przede wszystkim sposób sprawowania urzędu.

Koniec kadencji Mervyna Kinga w 2013 r. zbiegł się z niefortunnym wybuchem skandalu wokół stawki LIBOR, w efekcie którego kilku tzw. oczywistych kandydatów (jak Paul Tucker) nie mogło ubiegać się o sukcesję po Kingu.

Niemniej pomysł ściągnięcia na Threadneedle Street prezesa Banku Kanady narodził się w głowie dość zblazowanego kanclerza Skarbu z czasów premiera Davida Camerona. Mowa oczywiście o George’u. Osbornie.

Najbardziej denerwował wielu ekspertów brak jakichkolwiek starań ze strony Carneya, żeby zachować pozory obiektywizmu przy dyskusji na temat brexitu.

Dlatego nie brakowało takich, którzy sugerowali, że Carney powinien zniknąć ze sceny wraz z dymisją swojego bardzo kontrowersyjnego mecenasa. Poza tym, nie wszystkim podobała się reakcja byłego już prezesa na samo ogłoszenie wyników referendum sprzed prawie czterech lat.

Teraz Brytyjczycy mają właściwego człowieka na właściwym miejscu, o czym świadczy szybka reakcja na kryzys związany z COVID-19.

Gwoli ścisłości, pierwsze decyzje z 11 marca br były jeszcze firmowane przez Carneya, ale raczej mało kto miał wątpliwości, kto tak naprawdę był najważniejszą osobą na wspólnej konferencji prasowej. Przypomnijmy: miały miejsce m.in. dwie obniżki stóp procentowych, dodatkowy skup aktywów oraz szeroko zakrojone wsparcie zarówno dla małych i średnich przedsiębiorstw (za sprawą uruchomionego programu o nazwie A new Term Funding scheme with additional incentives for Small and Medium-sized Enterprises – TFSME), jak i większych (Covid Corporate Financing Facility – CCFF). Nic więc dziwnego, że kurs funta szybko się odbił od minimum notowanego w tym roku.

Autor: Paweł Kowalewski, ekonomista w Departamencie Operacji Krajowych Narodowego Banku Polskiego; specjalizuje się w zagadnieniach polityki pieniężnej.

Źródło nieznane