Rządy na całym świecie, niezależnie od politycznych barw, wydają wielkie środki, aby poradzić sobie nie tylko z pandemią Covid-19, ale także z bliźniaczym zagrożeniem – mającą nastąpić po pandemii recesją. I słusznie.

Jak dotąd w ramach awaryjnych wydatków publicznych uruchomiono już ok. 9 bln dol., a globalne pożyczanie pieniędzy poprzez zaciąganie kredytów i emisję obligacji w kwietniu osiągnęło rekordowy poziom 2,6 bln dol. Rynki finansowe przyjęły te kroki w otwarty sposób.

Ostatecznie jednak trzeba sobie będzie odpowiedzieć na pytanie, kto pokryje rachunek za walkę z kryzysem. Kwestia ta jest szczególnie istotna poza USA, które są stosunkowo dobrze chronione przez globalną pozycję dolara. Część osób zakłada, że odbicie gospodarcze będzie na tyle silne, że z czasem uda się w komfortowy sposób spłacić część zadłużenia, a banki centralne utrzymają stopy procentowe na niskich poziomach. Ale na taki scenariusz można mieć tylko nadzieję, a żadnych gwarancji nie ma. Ryzyko niższego wzrostu gospodarczego i wyższych stóp procentowych jest realne, a realizacja tego scenariusza wiązałaby się z bolesnymi wyborami budżetowymi – jak pisał niedawno ekonomista Willem Buiter.

Wzrost opodatkowania jest jednym z takich trudnych wyborów. Każdy wie, że podnoszenie podatków w czasie recesji może wytworzyć zupełnie niepotrzebny skutek w postaci dalszego osłabienia popytu, tak jak działo się w krajach wdrażających politykę oszczędności. Rządy jednak widzą, że nie muszą wprowadzać takich działań, a podwyżkę podatków mogą zastosować wobec wybranych sektorów, firm czy osób – szczególnie tych, które dobrze sobie radzą w kryzysie.

Reklama

Stąd plany kilku państw Ameryki Łacińskiej, aby podnieść podatki najlepiej zarabiającym oraz plany Indonezji, aby podnieść podatek VAT od platform cyfrowych – ponieważ, mówiąc słowami tamtejszego ministra finansów, „ich sprzedaż w efekcie koronawirusa poszybowała w górę”.

Chodzi jednak nie tylko o państwa rozwijające się. Unia Europejska pracuje nad serią podatków, które mają zostać nałożone przez jej ramię wykonawcze w Brukseli – Komisję Europejską, aby dzięki temu pomóc w sfinansowaniu funduszy odbudowy w ramach Wspólnoty. Wśród planowanych rozwiązań jest podatek od importu produktów związanych z wysoką emisją gazów cieplarnianych (carbon border tax), podatek od firm cyfrowych czy podatek od 70 tys. dużych wielonarodowych przedsiębiorstw, które mają dostęp do jednolitego rynku europejskiego oraz 450 milionów europejskich konsumentów.

Próby te powinny być traktowane na poważnie. Nie wszystkie europejskie propozycje uzyskają akceptację, bo 27 państw Unii będzie chciało zachować część władzy podatkowej, ale jeśli uda się przeforsować pewne zmiany, to z pewnością przyniesie to oczekiwane skutki. Próba nałożenia podatku cyfrowego ma na celu przywrócenie sprawiedliwości do systemu podatków korporacyjnych, który w obecnej formie umożliwia takim firmom, jak Apple czy Alphabet czerpać korzyści przy płaceniu niewielkich stawek. „Nie próbujcie być zbyt sprytni” – ostrzegł niedawno Marka Zukcerberga, szefa Facebooka, europejski komisarz ds. rynku wewnętrznego Thierry Breton. „Płaćcie podatki tam, gdzie musicie płacić” – dodał.

Podatek węglowy (carbon border tax) podkreśliłby znaczenie Unii Europejskiej jako strefy handlu, która ma ambicje w zakresie Green Dealu. I choć nałożenie tych podatków na duże firmy z Unii Europejskiej może wyglądać jak zabijanie miejsc pracy, to środki uzyskane dzięki daninom byłyby przeznaczone na sfinansowanie wartego 750 mld euro planu odbudowy, który wlałby te środki z powrotem w gospodarki Wspólnoty. Istnieje zatem wyraźny prowzrostowy charakter nowych podatków – komentuje główny ekonomista z Axa Grilles Moec.

Z nałożeniem nowych podatków wiążą się również pewne ryzyka. Otóż obłożenie kosztem odbudowy gospodarki zagraniczne firmy i partnerów handlowych – dla UE najwięksi to USA oraz Chiny – może zakończyć się powstaniem nowych tarć geopolitycznych i handlowych. Administracja prezydenta Donalda Trumpa już ostrzegała, że przygląda się podatkom cyfrowym z UE i z Indii, a ich nałożenie może wiązać się z wprowadzeniem odwetowych taryf celnych. Ściśle ukierunkowane i wycelowane podatki nie przynoszą tak wiele środków, jak powszechne podwyżki podatków, a jeśli inne rządy zaczną stosować taktykę „wet za wet”, to korzyści z nowych danin zostaną spłaszczone.

Niemniej warto próbować, szczególnie jeśli zależy nam na stworzeniu lepszego świata po epidemii i koronakryzysie. Mogłoby być dobrą rzeczą, gdyby systemy podatkowe stały się bardziej progresywne, zaś wydatki publiczne byłby przeznaczone na lepszą dystrybucję bogactwa.

Jeśli przyszłość będzie miała coś wspólnego ze społeczeństwem, które wyłoniło się na gruzach powojennej Europy, wówczas główny nacisk będzie położony na inwestycje, wielkie projekty i odbudowę. Opór wobec działań w zakresie finansów publicznych jest dziś mniejszy: adwokaci oszczędności siedzą cicho – uważa Dermot O’Leary, główny ekonomista Goodbody Stockbrockers.

Sygnały o nadchodzących podwyżkach podatków staną się bardziej widoczne, gdy rządy przywykną już do swojej nowej roli jako kierujących światową gospodarką. Ale z drugiej strony nie istnieje coś takiego, jak darmowy obiad. Wraz z wprowadzaniem popularnych społecznie podatków, można się spodziewać wprowadzenia także tych bardziej niewidocznych danin, finansowej represji oraz innych taktyk mających na celu pozyskanie pieniędzy z sektora prywatnego. A administracja Donalda Trumpa jest gotowa do działań odwetowych.

>>> Czytaj też: Piątkowski: Potencjał dalszego wzrostu Polski jest znaczący, bez względu na geopolityczne rozdanie [WYWIAD]