Kupno rzadkich znaczków, traktowanych jako zabezpieczenie przed kryzysem kredytowym, spowodowało, że zysk brutto Stanley Gibbons wzrósł o 13 proc., do 1,4 mln funtów. W pierwszym półroczu sprzedaż tej zajmującej się znaczkami i przedmiotami kolekcjonerskimi firmy wzrosła z 8,2 do 9,6 mln GBP.
Jak mówi Michael Hall, dyrektor naczelny, występująca w końcu 2008 roku panika – gdy mało kto chciał się rozstawać z gotówką – opadła, choć nie zniknęła. Kolekcjonerzy oraz inwestorzy zwracają się jednak ku znaczkom, uważając je za bezpieczną lokatę, zwłaszcza przy niskich stopach procentowych. Jego zdaniem rzadkie znaczki zapewniają stopę zwrotu na poziomie 10 proc. rocznie.
Wyniki na podstawowej działalności Gibbonsa, czyli handlu znaczkami, z naddatkiem pokrywają spadek zysków na działalności wydawniczej – gdzie spadł zarobek na sprzedaży katalogów – oraz na sprzedaży autografów i przedmiotów pamiątkowych.
Wyjątkowo korzystne były dla firmy wyniki czerwcowej aukcji znaczków: sprzedano ich za 650 tys. funtów, a rok wcześniej – tylko za 500 tys. Dobrze to wróży na przyszły rok, gdy w Design Centre w londyńskiej dzielnicy Islington odbędzie się organizowany co dziesięć lat Festiwal Znaczków. Za każdym razem przyciąga on tysiące zainteresowanych z całego świata.
Wybiegając w przyszłość, Gibbons wraz z partnerem pracuje nad możliwością uruchomienia w I kwartale 2010 r. funduszu inwestującego w rzadkie znaczki. Firma uważa, że „byłaby to platforma umożliwiająca tym znaczkom osiągnięcie statusu, na jaki zasługują jako wiarygodne aktywa, a inwestorom – rozsądne zróżnicowanie sposobu ulokowania majątku”. Jak mówi dyrektor Hall, pomysł takiego funduszu pochodzi od inwestorów instytucjonalnych.
Więcej informacji z Financial Timesa: w serwisie "Financial Times w Forsalu".