Ta agencja ratingowa poinformowała, że ratingi dla USA i Wielkiej Brytanii mogą „testować granica najwyższego ratingu” (AAA) z powodu pogarszającego się stanu ich finansów. To najpewniej nie miałoby większego wpływu na nastroje, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie myśli, że jakaś agencja odważyłaby się obniżyć rating USA w ten sposób podcinając gałąź, na której siedzi cały rynek finansowy.

Problem w tym, że to nie była jedyna zła informacja. Narastające kłopoty Dubaju (Nakheel, spółka córka Dubai World, miała w pierwszej połowie roku stratę 3,65 mld USD) też nie miałyby samoistnego, negatywnego wpływu na rynki. W końcu przecież to nie zmienia i tak niezbyt dużej ekspozycji banków w USA na ryzyko. Być może również kolejny słaby raport z Niemiec (produkcja przemysłowa spadła w październiku o 1,8 procent w stosunku września – oczekiwano wzrostu) zostałby szybko zapomniany. Obniżenie ratingu dla greckiego długu przez agencję Fitch też rynki mogłyby jakoś strawić. Przecież jest to obniżenie ratingu z A na BBB+, co zdecydowanie nie zapowiada bankructwa. Poza tym to problem dla UE, a nie dla USA. Każda z tych przyczyn występująca osobno nie miałaby większego przełożenia na zachowanie rynków. Problemem jednak było to, że pojawiły się razem.

To wszystko trafiło w rynek, który i tak nie był pewny kierunku, a od piątku skłaniał się wręcz ku korekcie. Nic dziwnego, że znowu, gwałtownie spadł kurs EUR/USD. Poziom 1,48 USD został przełamany, a kanał 9. miesięcznego kanału trendu wzrostowego definitywnie opuszczony. Rozpoczęła się duża korekta, a to musi doprowadzić do zamykania pozycji otwartych w procesie carry trade, co przeceniało surowce. Były też jeszcze informacje ze spółek. Po poniedziałkowej sesji prognozę zysku na bieżący kwartał podniósł FedEx. To był duży plus, bo wyniki tej spółki traktowane są jako pewnego rodzaju barometr gospodarki. Efekt ten zanikł po opublikowaniu obniżonej prognozy 3M, czyli prawdziwej amerykańskiej gospodarki w pigułce. Psuł nastroje również McDonalds – sprzedaż w USA spadła drugi miesiąc z rzędu.

Zapędy niedźwiedzi hamował nieco Barack Obama, prezydent USA. Poinformował on o nowym planie pobudzania gospodarki. Ma on na celu tworzenie nowych miejsc pracy przez inwestycje w infrastrukturę, w rozwiązania oszczędzające energię i cięcia podatkowe dla małego biznesu. Nic dziwnego, że po początkowym, dużym spadku indeksy zaczęły się podnosić, ale już po godzinie od wystąpienia prezydenta niedźwiedzi znowu przypuściły atak. Spadki indeksów były jednak umiarkowane. Tak złe informacje mogłyby równie dobrze doprowadzić do poważnej przeceny.

GPW rozpoczął sesję podobnie jak inne giełdy europejskie, czyli spadkiem, ale potem poszliśmy śladem tych właśnie giełd i już po 30 minutach indeks wrócił w okolice poziomu poniedziałkowego zamknięcia. Nawet przez chwilę powoli popełzł wyżej naśladując to, co działo się na innych giełdach. Słabe dane z Niemiec, kłopoty Dubaju popsuły i obniżenie ratingu dla Grecji przez agencję Fitch tę poprawę nastrojów szybko popsuły. Indeksy błyskawicznie spadały (mWIG40 był stosunkowo odporny). WIG20 stracił 2,3 procent, a obrót był bardzo duży, co zwiększa prognostyczne znaczenie tej sesji. Jeszcze mocniej spadł węgierski BUX. Układ techniczny się nie zmienił, ale WIG20 wrócił zarówno pod szczyt z listopada jak i października. Prawdę mówiąc indeks od połowy października jest w trendzie bocznym 2.200 – 2.450 pkt. Długo jeszcze w tym kanale pozostanie (najpewniej przynajmniej do końca roku).

Reklama