Lotniska płacą haracz, żeby linie lotnicze korzystały z ich usług

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
21 grudnia 2009, 03:00
Lotniska rywalizują o każdego pasażera, a korzystają na tym linie lotnicze. Porty płacą przewoźnikom za to, że ci operują właśnie z tego, a nie innego lotniska.

Walka o pasażera na rynku lotniczym osiągnęła szczyt absurdu. Doszło do tego, że rzadko która linia lotnicza decyduje się na otwarcie nowej trasy bez jednoczesnego dofinansowania z portu lotniczego, czy od samorządów, do których lotniska należą. Proceder jest powszechny, nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Za dowożenie pasażerów do portu płacić może już nawet co siódme lotnisko. Chodzi o niemałe pieniądze. Jak ustalił DGP, za jedną trasę linia może uzyskać od portu nawet 150 tys. euro rocznie.

– Każda linia, która przychodzi do portu negocjować nową trasę, oczekuje teraz wsparcia – potwierdza Cezary Orzech, rzecznik prasowy MPL Katowice-Pyrzowice.

Żeby spełnić te oczekiwania, porty naginają coraz częściej legalne mechanizmy. Podstawowym narzędziem jest cennik opłat lotniskowych. Pozwala on na oferowanie opustów i rabatów w zależności od tego, jak dużo pasażerów linia przywozi do portu. Coraz częściej lotniska oferują również niższe ceny opłat za otwarcie nowych kierunków.

>>> CZYTAJ TEŻ: Nowe linie lotnicze chcą latać z Polski

W takim przypadku uruchamiany jest również dodatkowy instrument wsparcia: finansowanie działań marketingowych, służących rozwojowi trasy. Zgodnie z prawem unijnym port może dołożyć przewoźnikowi na promocję nowej trasy do 150 tys. euro. Pod warunkiem że druga strona dołoży tyle samo. Tak jednak się nie dzieje.

Jak twierdzi anonimowy pracownik pomorskiego lotniska, spółka zwykle przymyka oko na ten drugi warunek. Do przykrycia prawdziwego celu przekazania środków linie, porty, lub nawet samorządy często powołują osobne spółki. Spółka samorządowa odpowiada np. za turystyczny rozwój regionu, a linia powołuje spółkę, przy czym usługa marketingowa oznacza zwyczajnie dowiezienie do portu pasażera.

Jednak, jak twierdzą przedstawiciele linii lotniczych, często otrzymują oni również z portów bezpośrednie dopłaty, na które prawo unijne nie pozwala. Środki pochodzą od wcześniej odprowadzonych przez przewoźnika opłat lotniskowych. To pozornie absurd, bo tylko niewielka część pieniędzy odprowadzanych przez linie lotnicze za wylądowanie w porcie natychmiast pojawia się na kontach zarządców portów. Zanim tam trafią, muszą przejść przez wianuszek firm, świadczących usługi na lotnisku (np. odbierających bagaże, czy tankujących paliwo). Jednak stamtąd w dużej części wracają do spółek lotniskowych, a potem znów są wypłacane liniom. Jak twierdzą nasi rozmówcy, na niektórych lotniskach można uzyskać nawet 12–15 euro za pasażera.

>>> CZYTAJ TEZ: Wysokość opłaty terminalowej wciąż niepewna

– Nie jestem pewien, czy problem przybrał już tak duże rozmiary, ale faktycznie istnieje – przyznaje Jan Pamuła, prezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

Problemu nie dostrzega Urząd Lotnictwa Cywilnego.

– Zasada zdrowej konkurencji jest zachowana. Zniżki dla jednej linii nie mają wpływu na podwyżkę kosztów dla innych przewoźników – mówi Karina Lisowska z ULC. Zapewnia, że urząd dokładnie analizuje każdą propozycję zmian w opłatach.

i02_2009_248_166_002a_001_145442.jpg
Ruch na polskich lotniskach
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj