Żyją z dala od elektrowni, ale nie rezygnują ze zdobyczy cywilizacji. Goście z kraju i zagranicy zatrzymują się w pensjonacie Eco-Frontiers, by cieszyć się przyrodą i sprawdzić, jak działa w pełni samowystarczalny dom
Andrzej Czech nie czuje satysfakcji, gdy słyszy, że znowu drożeje prąd. Ale cieszy się, iż sam od lat nie dostaje już rachunków. I nie będzie dostawał, bo jego dom czerpie energię wyłącznie ze słońca i wiatru. Jeśli dodać do tego wodę z własnej studni podgrzewaną przez panele słoneczne, oczyszczalnię ścieków w przydomowym ogródku, gdzie brudy filtruje żwir, a odpadkami żywią się bakterie, uprawę ekologicznej pszenicy, a nawet piwo z domowego browaru – mamy dom idealny, w stu procentach ekologiczny, niezależny, absolutnie samowystarczalny. Jest unikatowy nie tylko w kraju, ale w naszym rejonie Europy. Stoi w głębokich Bieszczadach, piętnaście minut marszu od ukraińskiej granicy, i nazywa się Eco-Frontiers.
To naprawdę działa i nie jest jedynie dziełem wyobraźni szalonych ekologów. Można żyć z dala od elektrowni i wodociągów i nie tracić niczego ze zdobyczy cywilizacji. Andrzej Czech ma lodówkę i zamrażarkę, żona pija kawę z ekspresu i pierze w pralce, a muzyka płynie ze sprzętu hi-fi. Nie tylko latem, także w mroźne dni. Ten wyjątkowy dom działa już pięć lat i stanowi wyjątkową atrakcję dla turystów z całego świata. Według prestiżowego przewodnika Rough Guides z serii „Clean Breaks” jest jednym z pięciuset unikalnych na skalę światową miejsc przyjaznych środowisku.
Reklama
Oboje kilkanaście lat mieszkali w Krakowie. On – 39-letni doktor biologii z Bieszczad, ona – 37-letnia inżynier środowiska z Krakowa. Planując wyprowadzkę z miasta, od razu zakładali, że powinno to być coś wyjątkowego. – Samo przeniesienie się na wieś wydawało nam się banalnie proste. Chcieliśmy czegoś więcej – z jednej strony zbudować obiekt samowystarczalny, nowoczesny, jeśli chodzi o energię odnawialną oraz nawiązujący, choćby architektonicznie, do miejscowej tradycji – wspomina Andrzej Czech.

Życie na wsi to za mało

Pod koniec lat 90. za kilkadziesiąt tysięcy złotych kupili 65 hektarów ziemi po opuszczonym PGR. Bez drogi, wodociągów, prądu, z ziemią bardzo słabej jakości. Gdy już wiedzieli, co i jak chcą zbudować, wzięli z banku kredyt mieszkaniowy na trzydzieści lat, wykarczowali polanę, rozstawili namiot i przez dwa lata mieszkali w nim, równolegle budując swój wyjątkowy dom. Musiało to przypominać sporty ekstremalne – zimą temperatura spadała poniżej 15 stopni, a jedynymi źródłami ciepła były piecyk typu koza i mieszkający z nimi owczarek berneński.
Po dwóch latach budynki były gotowe. Największy, trzystumetrowy, służy jako mieszkanie i pensjonat, bo Czechowie od początku planowali, że w bieszczadzkiej głuszy będą przyjmować gości spragnionych kontaktu z naturą (w menu wyłącznie wegetariańskie potrawy). Cieśle z Huculszczyzny pomogli zbudować dom z jodłowych kloców bez jednego gwoździa, bez chemicznej impregnacji, wełny mineralnej ani styropianu. Za izolator posłużyły liny konopne i mech. Drewno cięto na przenośnym tartaku na wymiar, by nie marnować materiału, kloce transportowali wyłącznie ludzie, a w górę wznosiły je proste dźwignie. Podłogi na parterze izoluje keramzyt, dach i stropy – gazety z recyklingu. Po kilku tygodniach specjalista od studni znalazł wodę, więc można było czerpać z własnego ujęcia. Ale największym wyzwaniem było wymyślenie i zbudowanie systemu, który zapewni ekologiczny prąd.

Czasem słońce, czasem wiatr

Najpierw Andrzej Czech próbował szukać porad u dystrybutorów i sprzedawców, ale szybko zrozumiał, że ich wiedza jest bardzo ograniczona. Nie powinien się dziwić – na taki projekt nie porwał się tu nikt przedtem. Zdarzają się albo wiatraki, albo słoneczne baterie, ale zwykle montowane alternatywnie i jako uzupełnienie energii dostarczanej przez elektrownie. Czech ściągnął więc z zagranicy, głównie z USA, fachową literaturę, przeszukał internet i zaprojektował wyjątkowy system czerpania energii ze słońca i wiatru, które się wzajemnie uzupełniają. Za domem, na wzgórzu stanęły wiatraki z trzymetrowymi śmigłami. Turbina wiatrowa przebyła ze Stanów, bo tam Czech znalazł najlepszy sprzęt w tej kategorii. Dostarcza ona dziennie nawet do 20 kilowatogodzin (ale to maksymalna efektywność, możliwa tylko przy naprawdę huraganowych wiatrach, zwykle poziom sięga kilku kWh). Po drugiej stronie domu, od południa, stanął tzw. solartrack sprowadzony z Włoch. Umieszczono na nim dziesięć baterii słonecznych (fachowa nazwa: fotowoltaicznych), które są w stanie wyprodukować dziennie do 8 kilowatogodzin. Tu z kolei wszystko zależy od słońca, baterie są więc najbardziej wydajne latem, ale zdarza się, że nawet zimą, w słoneczne dni, gdy promienie odbijają się od śniegu, wydajność sięga najwyższych parametrów.
Trudno ocenić, które źródło jest bardziej wydajne, według Czecha w skali roku rozkłada się to po połowie. Dokładnych informacji dostarczają liczniki podłączone do obu urządzeń – podają aktualny i dzienny wskaźnik poboru mocy. Do systemu podłączone są też akumulatory, które magazynują energię wiatrową i słoneczną. Jeśli więc zdarzają się wyjątkowo niesprzyjające warunki atmosferyczne, w ogóle nie wieje ani nie świeci słońce, prąd płynie z akumulatorów. Na wszelki wypadek, dla stuprocentowego bezpieczeństwa, właściciel domu trzyma jeszcze zapasowy generator spalinowy. Przez pięć lat Czech skorzystał z niego kilka razy, właściwie mógłby zrezygnować w ogóle i tylko dokupić akumulatory, by mogły magazynować więcej ekologicznej energii, ale na razie nie planuje tego.
W ten oto sposób do domu państwa Czechów płynie każdego miesiąca ok. 100 kW prądu. W porównaniu z przeciętnym domem, gdzie zużycie sięga 200 – 300 kW, to niewiele, ale dlatego, że właściciele świadomie oszczędzają energię. Nie korzystają z komputerów stacjonarnych, tylko laptopów, które zużywają mniej prądu. Nie prasują ani nie maglują. Urządzenia domowego użytku ma symbol A lub A+, czyli potrzebują najmniej energii w swojej klasie, wszystkie żarówki są energooszczędne, pompy mają tzw. miękki start, czyli stopniowo zwiększają pobór mocy. No i przede wszystkim wszelkie urządzenia, których akurat nie używają, są odłączane z gniazdka.
Cały ten absolutnie nowatorski system korzystania z ekologicznej energii Andrzej Czech wymyślił od początku do końca sam. To było w całym przedsięwzięciu najtrudniejsze: tak wymierzyć pobór energii, by oba źródła dostarczały jej odpowiednią ilość (poziom zapasów i dotychczasowe zużycie pokazuje komputer). Finalne rozwiązanie poprzedzało wiele prób i kilka błędów. Sporo się przy tym nauczył, a ponieważ to wiedza wyjątkowa, zdobyte doświadczenia sprzedaje chętnym, a jego pensjonat – oprócz standardowych wizyt gości, którzy chcą podejrzeć siedliska bobrów lub mokradła z dzikimi storczykami – oferuje zainteresowanym pokazy funkcjonowania ekologicznej elektrowni.

Zarobić na ekologii

Prezentacja instalacji zewnętrznych (turbina, panele) i wewnętrznych (kotłownia i siłownia) wraz z wyjaśnieniem zasad działania, demonstracja systemu recyklingu wody i sposobów gromadzenia deszczówki – dla grup do 10 osób kosztuje przez pierwszą godzinę 150 złotych plus VAT. Kto po obejrzeniu całego przedsięwzięcia chce zastosować u siebie podobne rozwiązania, może zakupić usługi konsultacyjne. Jak mówi Czech, liczba konsultacji powoli rośnie, jest ich już kilkadziesiąt w ciągu roku, ale jeszcze nie spotkał nikogo, kto zbudowałby podobny system w swoim domu.
– Poświęcam czas i wiedzę, a to kosztuje – wyjaśnia, gdy pytamy, dlaczego zamiast propagować ekologiczne rozwiązania za darmo, chce na tym zarobić pieniądze. – Poza tym jeśli ludzie dostają coś za nic, wydaje się im, że ma to niewielką wartość.
On sam nie martwi się dziś opłatami za prąd, ale wciąż spłaca kredyt, którym sfinansował inwestycję. Nie była tania – na wiatraki i baterie słoneczne wydał 80 tys. zł. Przy obecnych cenach energii komercyjnej cała inwestycja zwróci się za 20 – 30 lat, ale jeśli prąd zdrożeje, na co wskazują światowe trendy, stanie się to znacznie szybciej.