FT: Technokraci u steru to dobry pomysł na kryzys

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
16 listopada 2011, 21:08
Technokratyczni premierzy Grecji i Włoch wywołali sporo obaw. Zdaniem niektórych krytyków fakt, że Lukas Papademos i Mario Monti nie zdobyli swych stanowisk w wyborach, jest potwierdzeniem elitarnego i niedemokratycznego charakteru wspólnoty europejskiej.

Niewykluczone. Jednak technokraci mają coś, co przemawia za nimi w czasach kryzysu finansowego. Jest to dobre przygotowanie gospodarcze – wykresy notowań giełdowych i instrumenty oparte na długu to ich codzienność. Rozumieją mechanizmy rządzące innymi krajami i ich gospodarkami. W ich gabinetach nie padną raczej sugestie dotyczące łapówek. Nie dojdzie tam też do dwuznacznych zachowań wobec sekretarek i asystentek. Ponieważ nie liczą na długotrwałą karierę polityczną, nie powinni mieć problemów z podejmowaniem trudnych decyzji.

Europejscy technokraci są ekonomistami, którzy uczyli się w Stanach Zjednoczonych. Zajmują wysokie pozycje w machinie biurokratycznej Unii Europejskiej. Monti pracował dla Goldman Sachs, jednego z największych banków inwestycyjnych na świecie.

>>> Czytaj też: Problem Europy to "brak woli politycznej", a nie "trudności techniczne"

Jednak jest też inna strona medalu. Europa radykalizuje się. Wprawdzie nie ma jak dotąd partii skrajnie prawicowej czy skrajnie lewicowej, która mogłaby być bliska zdobycia władzy w wyborach. Jednak ignorowanie populistów czy ekstremistów byłoby błędem. Ruchy te są już bowiem na tyle silne, by móc wpływać na przebieg debaty, jaka toczy się w UE. Główni politycy w krajach takich jak Finlandia, Holandia czy Słowacja twierdzą, że po uruchomieniu pakietu pomocowego dla Grecji najprawdopodobniej nie będą głosować na rzecz kolejnych pakietów kredytowych dla Włoch – w obawie, że ich wyborcy zbuntują się i zwrócą ku ugrupowaniom o skrajnych poglądach politycznych. We Francji dyskusje na temat imigracji i polityki gospodarczej już przybrały prawicowy charakter pod wpływem polityków z Frontu Narodowego.

Na wszystkie te wydarzenia nakłada się zła sytuacja gospodarcza – zła, lecz jeszcze nie katastrofalna. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałby pejzaż polityczny Europy, gdyby zaczęły padać banki, ludzie traciliby oszczędności i pracę, a wokół szalałaby kolejna głęboka recesja. Wówczas wyborcy byliby wystarczająco zrozpaczeni i rozczarowani, by zacząć masowo zwracać się ku partiom ekstremistycznym.

Bardzo dużo zależy więc od tego, czy technokratom uda się doprowadzić do stabilizacji narodowych gospodarek, uspokojenia rynków obligacji, zapobieżenia kolejnemu kryzysowi finansowemu i rozbicia strefy euro. Kłopot w tym, że choć panowie Monti i Papademos czy Mario Draghi na stanowisku szefa EBC są zręcznymi fachowcami, nie mogą dokonać cudu. Istnieje niebezpieczeństwo, że sytuacja w Europie zaszła już za daleko, by nawet najbardziej nieugięci i błyskotliwi technokraci mogli odwrócić niekorzystny bieg wydarzeń.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: FT
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj