Kryzys strefy euro: wielkie odliczanie do szczytu ostatniej szansy

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
8 grudnia 2011, 05:55
Barometr rynkowy, fot. ronfromyork
Barometr rynkowy, fot. ronfromyork/ShutterStock
Szczyt ostatniej szansy. Szczyt szczytów. Odliczanie do kluczowego szczytu. Kryzys zadłużenia w strefie euro powołał do życia nowe klisze jerzykowe. Przy okazji kolejnych unijnych spotkań na pojecie „szczyt ostatniej szansy” łapią się nawet brukselscy wyjadacze pracujący dla „Wall Street Journal” czy „Financial Times”.

Jednak w słowo „przełom” coraz trudniej uwierzyć. Bo przywódcy Unii od początku kryzysu spotykali się już dwanaście razy. Za każdym razem zapewniali, ze znaleźli złoty środek. Zaczęło się w październiku 2008 r., gdy po szczycie w Pałacu Elizejskim przywódcy Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz najważniejszych instytucji europejskiej obiecali, ze nie dopuszcza do upadku choćby jednego banku w Europie. Europejczycy mieli uniknąć błędu, jaki popełnili Amerykanie, godząc się na bankructwo Lehman Brothers. Dziś budżety większości państw unii walutowej są przygniecione kosztami ratowania banków. 

>>> Czytaj też: Lekarstwo na problemy strefy euro okaże się gorsze od choroby?

Ale te ostatnie wcale nie znalazły się przez to w dobrej kondycji i jak ognia unikają udzielania sobie kredytów. Na szczycie w maju 2010 r. wynalazkiem ratującym strefę euro stał się Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) – dzięki gwarancjom silnych krajów miał pozyskiwać tani kapitał na rynku i pożyczać słabszym państwom Eurolandu. Okazało się, ze zamiast obiecanych 750 mld euro nowy wehikuł finansowy jest w stanie zmobilizować 400 mld euro, co nie wystarczy dla uratowania dużych krajów, jak Włochy i Hiszpania. 

>>> Polecamy: Fundusz ratunkowy nie podźwignie Europy. Nadal nie wiadomo kto do niego dołoży

EFSF w ogóle może stracić racje bytu, jeśli agencje ratingowe obniżą mu ocenę wiarygodności kredytowej. Jesienią 2010 r. przywódcy Unii znaleźli nowy sposób na kryzys. Kraje, które wystąpiły o pomoc, otrzymały ja, ale na drakońskich warunkach. To miało odstraszyć innych i zmobilizować do uzdrawiania na własna rękę finansów publicznych. Strategia okazała się chybiona, bo państwa objęte programem ratunkowym zamiast przełamać kryzys, coraz bardziej grzęzły w długach i nie mogły wygenerować wzrostu. W lipcu tego roku przywódcy obniżyli wiec oprocentowanie pożyczek, tym razem już jednak dyskretnie. Kolejna magiczna formuła na przełamanie kryzysu pojawiła się na szczycie w marcu 2011 r.

Tym razem miał to być udział prywatnych inwestorów w kosztach nowego pakietu pomocowego dla Grecji. Banki miały najpierw „dobrowolnie” zrezygnować z 21 proc. nominalnej wartości, później (na lipcowym szczycie) poziom strat podwyższono do 50 proc. W ten sposób, argumentowała kanclerz Merkel, bankierzy poniosą konsekwencje swoich decyzji inwestycyjnych i na przyszłość będą bardziej odpowiedzialni. Ta formuła okazała się katastrofa. Banki zaczęły na gwałt wyzbywać się obligacji innych krajów strefy euro w obawie, ze i na nich poniosą straty. Włochy stanęły na skraju bankructwa. Skoczyła rentowność ich papierów dłużnych. Przerażona Merkel na szczycie w Paryżu w miniony poniedziałek zadeklarowała, ze już nigdy prywatni wierzyciele nie będą zmuszani do udziału w planach restrukturyzacji długu państw Eurolandu. I zaczęła lansować kolejna formułę na ostateczne przełamanie kryzysu.

Jeśli przyjrzeć się proponowanym na Radzie Europejskiej rozwiązaniom, niewiele się one różnią od pomysłów, które krążyły w Brukseli już na początku budowania unii fi skalnej. Bo to pod koniec lat 90. opracowano Pakt Stabilności i Wzrostu, który mówił o ścisłej dyscyplinie budżetowej. Tam także mówiło się okarach dla państw, których budżet przekracza 3 proc. PKB. Sankcji nie wymierzono jednak nigdy, bo gdy okazało się, ze mogą one grozić Francji i Niemcom, pakt został rozwodniony. Problem dyscypliny finansowej miał także rozwiązać forsowany przez Polskę „sześciopak”, czyli zestaw przepisów wprowadzający ścisły nadzór Brukseli nad polityka budżetowa państw Unii. Przyjęty przez przywódców Unii w październiku nie tylko nie okazał się przełomem, ale szybko poszedł w zapomnienie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj