Udało się panu odkryć tajemnicę szczęścia?

Wciąż staram się ją odkryć. Badania nad szczęściem są o tyle ciekawe, że próbują zbudować naukowy szkielet z czegoś, co wydaje się losowe: dlaczego niektórzy ludzie są szczęśliwi, inni nieszczęśliwi.

Co to oznacza z ekonomicznego punktu widzenia?

Ekonomiści jeszcze do niedawna do opisania szczęścia używali pojęcia użyteczności, mając zarazem poczucie, że szczęście to głęboko subiektywna idea. Indywidualne upodobania i gusty wpływające na poczucie szczęścia są nieporównywalne. Nie sądzę, żeby postawienie tezy, iż ekonomiści zawsze uzależniali szczęście od dochodów, było szczególnie sprawiedliwe. Owszem, mówili o zachowaniach konsumentów, ale niekoniecznie wyłącznie w kontekście ich zarobków, które miałyby zwiększać użyteczność. Od 80 lat mamy silne poczucie, że jedynym sędzią w kwestii szczęścia mogą być wyłącznie jednostki, których ten problem dotyczy. Jednym z najbardziej rewolucyjnych pomysłów w odniesieniu do idei szczęścia była teza, że składa się na nie pewien zespół obiektywnych czynników oraz że możemy je wyodrębnić i użyć jako wskazówki dla ludzi, którzy chcą zwiększyć swoje poczucie szczęścia.

Z tego by wynikało, że model homo oeconomicus, zakładający, że ludzie kierują się wyłącznie zwiększaniem użyteczności, nie do końca funkcjonuje.

Przeciwnie, sądzę, że ten model działa. Ale literatura dotycząca szczęścia dodała do niego kilka szczegółów, które można traktować jako wytyczne.

Jak daleko sięga historia badań nad szczęściem?

To starożytni Grecy wymyślili pojęcie eudaimonii, szczęścia. Inne cywilizacje również zastanawiały się na różnymi jego aspektami. Współczesna nauka, konkretnie psychologia, zaczęła się jednak zajmować problematyką ludzkiej szczęśliwości dopiero około 1900 r. Jednym z prekursorów był amerykański psycholog William James. Z tym że początkowo nie badano, dlaczego ludzie są szczęśliwi, lecz odwrotnie: dlaczego czujemy się nieszczęśliwi, jakie są przyczyny depresji. Szczęście zaczęto badać później, dopiero w latach 80. Wtedy pojawiły się koncepcje tzw. psychologii pozytywnej. Intencją było wykorzystanie tradycyjnych psychologicznych narzędzi do badania nie problemów psychicznych, lecz właśnie szczęścia i próba budzenia w ludziach poczucia szczęścia.

Po polsku happiness (poczucie szczęścia) i luck (szczęście w rozumieniu szczęśliwego trafu) tłumaczy się tym samym słowem. Czy trzeba mieć szczęście w życiu, by być szczęśliwym?

Niekoniecznie. I to jest piękne, że istnieją pewne obiektywne, przewidywalne rzeczy, które dają szczęście. Jasne, że fart się w życiu przydaje i podnosi nasz poziom zadowolenia. Urodzenie się w kochającej rodzinie jest przecież niezależne od nas. Ale i bez tego można osiągnąć w życiu szczęście. Chociażby urealnienie naszych oczekiwań i prognoz na przyszłość automatycznie zmniejsza poziom odczuwanego stresu i dostarcza więcej zadowolenia.

Co jeszcze można zrobić, by czuć się szczęśliwszym?

Lepiej jest sprawiać sobie więcej drobnych przyjemności niż mniejszą liczbę wielkich. Ubezpieczać się tylko od największych tragedii; do drobnych niepowodzeń człowiek się może przyzwyczaić. Badacze radzą też unikać przesadnego porównywania ze sobą towarów przed ich kupnem. Porównując, uwypuklamy drobne różnice, zatracając świadomość punktów wspólnych pomiędzy produktami, na które mamy ochotę.

Czy kwestie związane z moralnością mają wpływ na bycie szczęśliwym? Czy można nim być, nie uznając się za dobrego człowieka? Tomasz Sedlaczek w swojej „Ekonomii dobra i zła” obwinia ekonomistów o to, że w swoich rozważaniach zapomnieli o moralności.

Trudno się z tym nie zgodzić. Z badań wynika, że ludzie czują się bardziej szczęśliwi po przeznaczeniu pieniędzy na cele społeczne niż po wydaniu takiej samej sumy na własne potrzeby. To z kolei oznacza, że bycie dobrym człowiekiem nie tylko jest wskazane z punktu widzenia moralności, ale także czyni nas szczęśliwszymi. Nie lubię tego określenia, ale w pewnym sensie wydawanie pieniędzy na cele społeczne leży w naszym, egoistycznym interesie.

Istnieje jakiś sposób na wyliczenie poziomu szczęścia?

Nie. Poza pytaniem ludzi, jak szczęśliwi czują się w skali od 1 do 10. Ale przeprowadzanie tego typu testów to raczej domena psychologów. Ekonomiści nie lubią pytać ludzi o to, jak bardzo podobała im się dana aktywność. Wolą raczej obserwować ich zachowania.

Król Bhutanu przed laty sformułował koncepcję szczęścia krajowego brutto, które miało zastąpić produkt krajowy brutto. Wskaźnik SNB miał lepiej obrazować jakość życia w poszczególnych krajach, a na ostateczny wynik miało się składać wiele czynników.

Premier Wielkiej Brytanii David Cameron także ma zamiar stałego badania poziomu szczęścia wśród obywateli. Chińskie władze stwierdziły, że zwiększenie zadowolenia z życia jest ważniejsze niż wzrost PKB. Istnieje zresztą możliwość porównania skutków rozmaitych polityk poszczególnych państw nakierowanych na zwiększenie poziomu zadowolenia z życia. Pewne różnice są widoczne.

Jakie to różnice?

Chociażby polityka związana z rynkiem pracy: poziom zasiłków dla bezrobotnych, pewność zatrudnienia albo wysokość inwestycji w dodatkowe szkolenia dla pracowników – wszystkie te kwestie mają wpływ na poczucie szczęścia. Ale na nasze zadowolenie wpływ może mieć nie tylko treść polityki, ale i styl jej prowadzenia.

Czy można powiedzieć, że istnieje wpływ systemu prawnego w państwie na poziom szczęśliwości społeczeństwa?

Jedyna zasada, jaka wyłania się z wyników badań, głosi, że generalnie rzecz biorąc, ludzie żyjący w krajach demokratycznych są szczęśliwsi niż inni. Z pewnym wyjątkiem w postaci państw przechodzących transformację ustrojową. W latach 90. w państwach Europy Środkowej i Wschodniej poziom szczęścia poszedł w dół. Prawdopodobnie ze względu na chaos i poczucie niepewności. Co więcej – w podobny sposób różnicuje się też obóz demokratyczny. Miejsca o wyższym poziomie demokracji uczestniczącej są szczęśliwsze. Te kantony Szwajcarii, w których ludzie mają większy wpływ na podejmowane decyzje, np. poprzez częstsze referenda, są ogólnie szczęśliwsze od reszty kraju. Jest to o tyle ważna obserwacja, że pozwala uzasadnić wyższość demokracji nad innymi systemami rządów. Skoro nie da się bowiem powiązać wzrostu gospodarczego z demokracją (nie zachodzi tu silna korelacja), wystarczy powiedzieć, że w takich państwach ludzie są szczęśliwsi. Trudno znaleźć równie silny argument na rzecz wolności.

W sondażu przeprowadzonym na świecie pod kątem poziomu szczęścia w różnych krajach liderem okazała się niezbyt bogata Kostaryka, a w Europie bardzo wysoko znalazła się Mołdawia, najbiedniejszy kraj na Starym Kontynencie. Jak pan tłumaczy takie wyniki?

Jednym z najciekawszych aspektów podobnych sondaży jest to, że nikt nie potrafi przewidzieć ich wyników. Mój dobry przyjaciel badał ludzi na całym świecie pod kątem szczęścia. Opowiadał mi, że podczas takich badań w Kalkucie, gdy rozmawiał z ludźmi żyjącymi na ulicy, którzy nie mieli dosłownie niczego, spali na skrawku kartonu, okazywało się, że oni wcale nie są nieszczęśliwi. Oczywiście, chcieliby prowadzić lepsze życie. Ale to, które mieli, satysfakcjonowało ich. W pewnym sensie to pocieszające, że nawet w życiu ludzi żyjących w okolicznościach, które nam wydają się tragiczne, jest coś, co daje im szczęście. Szczęście jest podzielone na znacznie równiejsze części niż dochody.

Czy to może mieć coś wspólnego z niskimi oczekiwaniami? Jeśli nie spodziewamy się od życia niczego dobrego, nie jesteśmy potem rozczarowani.

Trafna uwaga. Ludzie żyjący w kartonach na ulicy Kalkuty nie oczekują wiele od życia.

Z drugiej strony ci, którzy wygrali fortunę na loterii, rzadko bywają szczęśliwi. Przeciwnie, bardzo często twierdzą, że ich życie zmieniło się na niekorzyść.

Początkowo wygrana daje olbrzymią dawkę szczęścia. Ale po roku okazuje się, że w ich życiu nie zaszły wielkie zmiany. Co więcej, pojawia się mnóstwo znajomych czy dawno niewidzianych krewnych, którzy oczekują łatwych pieniędzy.

Czy istnieje korelacja między poziomem szczęścia a kwestiami demograficznymi? Europa ma poważny problem z liczbą urodzeń. Czy wzrost poziomu szczęśliwości pomógłby go rozwiązać?

Demografia to bardzo interesujący, ale zarazem trudny problem. Wpływa ona na nasze życie w sposób, jakiego byśmy się nie spodziewali. Jestem dzieckiem powojennej eksplozji demograficznej. Tacy ludzie całe życie mają pod górkę: większa konkurencja na rynku pracy, trudniejszy dostęp na wymarzone studia wynikający z większej liczby kandydatów na jedno miejsce. Średnio pokolenie wyżu demograficznego później zawiera małżeństwa, ponieważ później osiąga pewną wyjściową pozycję pozwalającą na założenie rodziny. Mimo to pomiędzy pokoleniami widać pewną zależność. Najmniej szczęśliwi są ludzie w średnim wieku. Szczęśliwsi od nich są zarówno ludzie młodzi, jak i starsi. Znów zachodzi tu wyjątek w postaci państw przechodzących transformację, w których ludzie wchodzący w jesień życia nie odzyskują poczucia szczęścia. Nie jestem natomiast pewien, czy oznacza to zarazem, że im młodsza populacja, tym szczęśliwsza. Irańczycy nie wyglądają na specjalnie zadowolone z życia społeczeństwo, a połowa Iranu to ludzie poniżej 30. roku życia.

Mówił pan o obniżeniu szczęścia w państwach transformacji. To niezbyt dobra wiadomość dla Egipcjan czy Libijczyków, którzy mają nadzieję na zmiany po wydarzeniach arabskiej wiosny.

Dlatego tamtejsze władze mają trudne zadanie przekonania społeczeństwa, że tak czy inaczej rewolucje były rzeczą dobrą i przyniosą społeczeństwu korzyści. Choć zarazem zmiany muszą przynieść trochę cierpienia. Nie jestem przekonany, czy politycy, ekonomiści i psychologowie zastanawiają się nad zadanym przez pana pytaniem: jak przeprowadzić społeczeństwo przez okres chaosu, przekonując je, że ten chaos jest niezbędny, by przyszłość okazała się lepsza. Najlepiej pokazać to przez pryzmat państw, którym taka transformacja się udała, z uwzględnieniem np. 10-letniej perspektywy czasowej.

To tylko kwestia PR czy także zmian w prawie oraz polityce?

Raczej odpowiedniej komunikacji i informacji, przekonania społeczeństwa, że warto ponieść koszty transformacji. Druga kwestia to przywództwo. Nie można się nauczyć być liderem. Tacy ludzie często sami się pojawiają w trudnych chwilach. Niektóre społeczeństwa mają mnóstwo szczęścia i jakoś ich odnajdują. Najlepszym przykładem jest Abraham Lincoln. W latach 50. XIX wieku nikt nie powiedziałby o nim, że ten człowiek uratuje Stany Zjednoczone. Lincoln miał sukcesy jako prawnik z Illinois, ale był senatorem tylko przez jedną kadencję, nie miał specjalnej charyzmy, mówił z zabawnym akcentem, a mimo to stał się najlepszym przywódcą, jakiego mieliśmy. Pewnie w innych krajach można znaleźć podobne przypadki wielkich liderów na trudne czasy. Nie jestem pewien, czy arabska wiosna wyłoniła już kogoś takiego.