Dziennikarstwo nie jest wielkim wyjątkiem od powszechnie obowiązującej reguły. Wierzyliśmy przez lata, że jest właśnie odwrotnie – na transformacji tracą pracownicy PGR-ów, kopalń, sieci saturatorów i policji, bo tak ma być. Nasza branża przeżyła po 1989 r. lata rozkwitu. Uważaliśmy, że na zawsze.

Dzisiaj mamy do opisania losy jeszcze jednej branży, na której usługi zapotrzebowanie się zmniejsza. Co prawda uczelnie kształcą (a może lepiej powiedzieć: obdarowują dyplomami) ogromną rzeszę humanistów, a zatem, wydawałoby się, naturalnych odbiorców tego inteligenckiego towaru, jakim była prasa. Nic jednak nie pomaga. Dziennikarstwo, nie tylko zresztą papierowe, jest w kryzysie. Do tego doszło, że nawet prokuratura zaczyna wyprzedzać dziennikarzy w ujawnianiu afer, a czegoś takiego to jak świat światem Polska nie widziała.

W istocie zaś nie mamy kryzysu dziennikarstwa, lecz racjonalną taktykę właścicieli podupadającego sektora – racjonalizacji kosztów. Więcej odbiorców pracy dziennikarzy daje żonglowanie emocjonalnymi głupstwami niż dostarczanie faktów i ciekawych analiz. Emocje oraz krótka pamięć decydują o kształcie współczesnych mediów. Jest kilka szlachetnych wyjątków (wiecie co – należy do nich DGP), chociaż i wyjątki idą na kompromisy. Powiedzmy szczerze, gazetowo-telewizyjne informacje, ten nie tak dawno podstawowy towar oferowany przez media, nie są niezbędne człowiekowi do życia. Aby jeść, złościć się „na tych debili” i kupować, nie trzeba czytać artykułów dłuższych niż 80 słów. Trzeba mieć nadzieję, więcej, wiarę, że obecne smutne zwycięstwo elity – bo poza elitą mało kto sięgnie po gazetę – jest przejściowe, że głód informacji i kształtnego języka wróci.

Można mówić o kryzysie mediów w tym znaczeniu, w którym kryzys oznacza przemianę, marginalizację jednych branż, dominację nowych. Jesteśmy na początku drogi, której końca nie widać. W wariancie pesymistycznym na jej końcu media są szacownym zabytkiem niczym filharmonia czy Teatr Guliwer. W wariancie optymistycznym widzimy media inne niż dzisiaj.