Forsal logo

Solska: Nie wzbogacimy się na wyciskaniu „brukselki”

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
29 listopada 2012, 03:34
Joanna Solska
Joanna Solska/DGP
Przyszłość Polski zależy nie tylko, a nawet nie przede wszystkim od tego, czy wyszarpiemy z Brukseli 300, czy mniej miliardów euro na lata 2014–2020.

To ważne, ale ważniejsze jest, jak ten świat będzie się zmieniał i czy nasz kraj potrafi się w tym procesie zmian odnaleźć. Politycy i media sprawiają wrażenie, że nie bardzo zdają sobie z tego sprawę. Rządzący przerażeni, że globalizacja pozbawia ich realnej władzy nad gospodarką, usiłują jej bronić walecznością. Tymczasem potrzebny jest zimny, ale wnikliwy ogląd świata. Z pełną świadomością tego, że nie jesteśmy jego pępkiem. Ani my, ani nawet Unia Europejska.

Z ostatnich prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że gospodarka światowa nareszcie wychodzi z kryzysu. Analitycy funduszu twierdzą, że w latach 2013–2017 przeciętny roczny wzrost realnego PKB na świecie ma wynieść aż 4,5 proc.! A więc gospodarka światowa rozwijać się będzie szybciej niż w mijających, kryzysowych latach 2008–2012, kiedy przeciętny roczny wzrost PKB wynosił zaledwie 2,9 proc. To nawet więcej niż przed kryzysem! Przecież w latach 2001–2007 przeciętny wzrost PKB wynosił zaledwie 4,1 proc. Na tym jednak dobre wiadomości się kończą, w każdym razie dla nas, Polaków i Europejczyków. Z otwieraniem szampana stanowczo należy się wstrzymać.

Prognozy MFW, jeśli w ogóle są czytane przez polityków, to na pewno pobieżnie. I politycy nie dzielą się z nami wnioskami, jakie płyną z tej lektury. Zrobił to z kolei w swoim raporcie Bank Gospodarki Żywnościowej piórem analityków: Mariusza Dziwulskiego, Anny Kitali, Michała Koleśnikowa, Marty Skrzypczyk i Dariusza Winka. Wynika z niego, że to nie kraje europejskie będą motorem rozwoju gospodarki światowej, ale Brazylia, Rosja, Indie, Chiny (czyli BRIC) oraz Korea Południowa, Turcja, Meksyk i Indonezja. Każdy z nich już dzisiaj wytwarza co najmniej 1 proc. światowego PKB. Dla ekonomistów ta prognoza zaskoczeniem nie jest. Już przecież w latach 2008–2012, gdy gospodarki krajów rozwiniętych rosły w tempie zaledwie 0,5 proc. rocznie, to te rozwijające się uzyskiwały 5,6 proc. przeciętnie. W nadchodzących latach te nożyce rozewrą się jeszcze bardziej. Bogaci będą się rozwijali z szybkością 2,5 proc. rocznie, bogacący się przyspieszą do 6,2 proc. Według prognoz MFW tempo rozwoju gospodarki USA, jeśli definitywnie uporają się z kryzysem, nie przekroczy 3,1 proc.

A co z nami? W przypadku Unii Europejskiej prognozy funduszu są optymistyczne, zakładają, że strefa euro wyjdzie z kryzysu. Jeśli się spełnią, przeciętne tempo rozwoju gospodarki krajów strefy euro w latach 2013–2017 wyniesie jednak zaledwie... 1,4 proc. Fakt, że Euroland musi się uporać ze swoim nadmiernym zadłużeniem i będzie obcinał wydatki, spowoduje w tych krajach silne spowolnienie, a nawet recesję. To z kolei ma wpływ także na naszą gospodarkę. Polski eksport do krajów Unii się skurczy. Słabiej też będzie napędzał naszą gospodarkę jej drugi motor – konsumpcja wewnętrzna. Nasz rząd też musi ograniczać wydatki, to samo dzieje się w naszych budżetach domowych.

Skutek dla tempa wzrostu stanie się widoczny. Już w tym roku według MFW polski PKB wzrośnie zaledwie o 2,5 proc., podczas gdy 2011 rok był całkiem niezły, PKB wzrósł aż o 4,3 proc. Kolejny, 2013 r. będzie jeszcze gorszy, tempo wzrostu zwolni do nawet 2 proc. Chociaż więc świat z kryzysu wychodzi, to Polskę i Europę czekają naprawdę chude lata. Z prognoz wynika, że w naszym kawałku świata będzie gorzej, niż było w latach kryzysu. W latach 2001–2010 przeciętne tempo naszego rozwoju wynosiło bowiem 3,9 proc. rocznie, w nadchodzących latach 2011–2020 spadnie do 3,2 proc.

Prognoza to nie wyrok, nie musi się spełnić. Żeby jednak tak się stało, nie możemy siedzieć z założonymi rękami, a wysiłki ograniczać do „wyciskania »brukselki«”. Co trzeba robić? Z deklaracji polityków nie wynika, że wiedzą, ale biznes wie. Jeśli Europa biednieje, trzeba intensywnie myśleć, jak zdobywać rynki krajów, które szybko się bogacą. Skoro w latach 2000–2010 realny dochód w Chinach na głowę mieszkańca wzrósł o 155 proc, w Indiach o 81 proc., w Rosji o 68 proc., to pieniądze do zarobienia są właśnie tam. Politycy biznesowi w zdobywaniu tych rynków pomagać nie chcą. Niech przynajmniej mają świadomość, że kłócąc się ze wszystkimi sąsiadami, coraz bardziej przeszkadzają.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Joanna Solska
Joanna Solska
Dziennikarka, a jednocześnie wiceprezes Polityki - Spółdzielni Pracy. Specjalizuje się w problematyce gospodarczej. Laureatka nagrody Pryzmat przyznawanej przez Fundację Edukacji Ekonomicznej oraz Grand Press za najlepszy artykuł publicystyczny.
Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj