W filmie „Podziemny krąg” bohater produkował ekskluzywne i drogie mydła dla kobiet z tłuszczu, który wybierał ze śmietników stojących przy klinikach specjalizujących się w damskiej liposukcji. Myśl była w swojej prostocie iście genialna: surowiec za darmo i w dużych ilościach oraz rosnąca rzesza zadowolonych klientek słono płacących za luksus. Jednym słowem biznesowe perpetuum mobile. Być może Daniel Gomez Iniguez nie oglądał tego filmu. Ale pomysł miał podobny: chciał wytwarzać paliwo z odpadków produkowanych przez ludzi.

Idea biopaliwa nie jest nowa, choć w ostatnich latach nieco zyskała na popularności. Przyczyną tej sytuacji jest droga ropa naftowa, której skąpi nam najbogatszy kartel świata, czyli OPEC (Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową). Właśnie z powodu zmniejszenia przez niego wydobycia płynne czarne złoto ustanowiło w 2008 roku absolutny rekord: baryłka osiągnęła cenę niemal 150 dol. Tak droga ropa nie była nawet w 1974 roku, gdy Zachód ogarnął kryzys naftowy wywołany 20-dniową wojną Jom Kippur.

Nic dziwnego, że rządy spojrzały w końcu łaskawszym okiem na trud naukowców i inżynierów próbujących opracować technologie pozyskiwania biopaliwa do silników diesla z roślinnego tłuszczu, miejskich ścieków czy alkoholu. Zielone światło paliło się jednak tylko przez chwilę, bo gdy ceny ropy spadły do akceptowanego poziomu poniżej 100 dol. za baryłkę, władze poczuły się bezpieczne. I środki na badania przestały płynąć. A muszą być one ogromne, bo biopaliwo jest wciąż drogie, zaś technologie jego pozyskiwania mało wydajne. – Dlatego chciałem zająć się tym problemem. Miałem nadzieję, że uda mi się pozbawić biopaliwo największych jego wad – mówi 22-letni Daniel Gomez Iniguez. Nie rzucił słów na wiatr: jego firma Solben stała się znaczącym graczem na rynku alternatywnego paliwa, zaś on sam najmłodszym meksykańskim milionerem.

Chemia pasjonowała go od małego, więc klasę o takim profilu wybrał w liceum, chemię studiował na uniwersytecie Tecnologico de Monterrey. Tam po raz pierwszy zetknął się z problemem biopaliwa. – Wtedy zaczęto o tym mówić i okazało się, że w kraju nie ma żadnego zakładu, ba – nawet żadnego laboratorium. Wszystko importowaliśmy ze Stanów Zjednoczonych oraz Niemiec – opowiada. Wraz z dwójką znajomych postanowił zmienić ten stan rzeczy.

Przyświecało im kilka pomysłów. Po pierwsze – fabryki biopaliwa powinny być niewielkie, tak by można je było stawiać nawet w najbardziej odludnych zakątkach kraju. Po drugie – jak najprostsze w obsłudze, by nie były drogie w utrzymaniu i by nie trzeba było do ich konserwacji zatrudniać zastępów drogich inżynierów. I po trzecie, ale najważniejsze – miały produkować biopaliwa ze zużytego w przemyśle tłuszczu roślinnego i zwierzęcego lub z alg karmionych ściekami, a nie ze specjalnie dla tego celu sadzonych roślin oleistych. Ten ostatni warunek może wydawać się nieco dziwny, jednak był dla Inigueza konieczny, bo wcześniejsze doświadczenia z biopaliwami uwydatniły problemy, o których nikt nie pomyślał. Gdy zaczęła się na nie moda, mocno finansowały je rządy – uprawa soi czy rzepaku była kilkukrotnie bardziej opłacalna niż pszenicy czy ryżu. W efekcie gwałtownie zmalała powierzchnia upraw przeznaczonych na cele spożywcze, np. w Indonezji karczowano dżunglę już nie po to, by tworzyć nowe pola, ale by sadzić palmy olejowe (olejowiec gwinejski). Na skutki nie trzeba było długo czekać – wzrosły ceny jedzenia, a najwięcej stracili najbiedniejsi. A Iniguez pochodzi z biednego południa Meksyku.

Reklama

Już pierwsze podejście do wyzwania okazało się całkiem satysfakcjonujące. – W internecie znaleźliśmy wszystko, co było nam potrzebne. Według tego przepisu zrobiliśmy biopaliwo w domu z tłuszczu, który za darmo otrzymaliśmy w kilku fast foodach – opowiada. Ten pierwszy drobny sukces na tyle ich ośmielił, że wystąpili do rządu o grant na badania. Pieniądze otrzymali, ale pod warunkiem że nie będą na swojej działalności zarabiać. Byli młodymi studentami, więc przyklasnęli temu pomysłowi i rzucili się do dalszej roboty. Pierwsza myśl – a może by tak uruchomić własną firmę? – przyszła, gdy owoce kilkumiesięcznej pracy (chodziło o przyspieszenie tempa produkcji przy zachowaniu jakości) sprzedali innemu uniwersytetowi za 150 tys. dol. (pieniądze powędrowały z powrotem do budżetu). Chwilę jeszcze trójka się wahała, bo żaden z niej nie miał najmniejszego biznesowego doświadczenia, ale I niguez w końcu postawił na swoim. Tak w 2008 roku powstała firma Solben (to zbitka dwóch hiszpańskich słów: rozwiązania i biodiesel).

Przepis znaleźliśmy w internecie. Zrobiliśmy biopaliwo w domu z tłuszczu, który za darmo otrzymaliśmy w kilku fast foodach

Należące do 22-latka przedsiębiorstwo oferuje dziś kompleksowe usługi: maszyny do destylacji oleju i jego wyciskania oraz – używając gwary przemysłowej – gotowe bloki produkcyjne. Jeden – idealny dla niewielkiej wioski – jest w stanie wytworzyć dziennie aż 400 litrów biopaliwa. Ale bloki można ze sobą łączyć, bo są jak klocki Lego – np. fabryka w Tapachula produkuje prawie 8 tys. litrów ekodiesla dziennie. – Proces jest całkowicie zautomatyzowany. Wystarczy na panelu sterującym nacisnąć tylko przycisk „start” i produkcja toczy się sama – opowiada Iniguez. Tam, gdzie nie ma dostępu do dużych ilości zużytych w przemyśle spożywczym tłuszczów, Sonben promuje rośliny oleiste, które powszechnie rosną w Meksyku: rącznika pospolitego i jatrofy przeczyszczającej. Cały czas firma pozostaje wierna zasadzie, którą sama dla siebie ustanowiła: produkcja biopaliwa nie może w żaden sposób szkodzić lokalnej gospodarce.

Choć moda na biopaliwo nieco zelżała, firma Inigueza nie narzeka na brak zamówień. A to dlatego, że od początku nastawiła się na klientów małych oraz z krajów biedniejszych. Dla nich szybkie zerwanie z ropą naftową jest po prostu opłacalne. To dlatego sprzedaż Solben skoczyła z 1 mln dol. dwa lata temu do 3 mln dol. rok temu. Firma wkracza też coraz śmielej na inne rynki: Indii, Brazylii czy azjatyckie. – Staramy się być wszędzie tam, gdzie jest dużo starego tłuszczu do spożytkowania. Tylko proszę spojrzeć na kuchnie tych regionów – przekonuje Iniguez.

Sukces sprawił, że myśli o wejściu z firmą na giełdę, by stać się firmą prawdziwie globalną. Na razie hołubiony jest przez meksykańskie władze. To w końcu najmłodszy milioner w kraju, który jest już rozpoznawalny na świecie.