Tydzień temu skończył się rok szkolny. I przedszkolny też. Moja 4-letnia córka miała więc uroczyste zakończenie roku.  Dostała z powrotem kapcie, szczoteczkę do zębów i błogosławieństwo na dwa miesiące wspaniałych wakacji. Świetnie. Tylko co my (i miliony innych pracujących rodziców) mamy właściwie zrobić? Dwa miesiące urlopu nie wchodzą przecież w grę. A nawet gdyby wchodziły, to proszę sobie wyobrazić, co by się stało z naszą gospodarką narodową, gdyby cała Polska wyjechała na zieloną trawkę w tym samym czasie. Teoretycznie istnieje coś takiego jak dyżur przedszkolny. Dziecko chodzi wtedy przez dwa tygodnie do jednego przedszkola, przez następne dwa do drugiego. I tak dalej. Ale teoria i praktyka boleśnie się w tym wypadku rozchodzą. W naszym przypadku wyglądało to tak, że pewnego czerwcowego dnia (w środku tygodnia, w samo południe, a więc w czasie, kiedy większość jednak pracuje) trzeba było się stawić w przedszkolu w celu zapisania dziecka na listę.

A kto nie opanował w dostatecznym stopniu umiejętności bilokacji (równoczesnego przebywania w dwóch różnych miejscach), kończył z marnym wynikiem. Bo odstanie swojego w kolejce w przedszkolu A sprawiało, że po dotarciu (jakieś dwie godziny później) do przedszkola B odchodziło się z kwitkiem. Do przedszkola C nie było już nawet po co jechać. Proszę mnie źle nie zrozumieć. To nie jest zarzut pod adresem kierowników poszczególnych przedszkoli. Oni działali w tym przypadku jak najbardziej racjonalnie. Wiedzieli, że przeżyją oblężenie, skonstruowali więc zapisy tak, by strumień chętnych ograniczyć. Problem dotyczy raczej całego systemu.

Zastanówmy się przez chwilę nad ekonomicznymi konsekwencjami zamykania przedszkoli na miesiące letnie. Jakie będą tego efekty? Po pierwsze pogłębienie niesprawiedliwości dochodowych. Bo najbogatsi sobie poradzą. Wezmą opiekunkę (15 zł za godzinę) albo po- ślą dziecię do prywatnego przedszkola. Ponieważ ich praca i tak jest z reguły więcej warta, będą sobie mogli na takie rozwiązanie pozwolić. A potem wyjechać z dzieckiem na jakieś sensowne dwu- czy trzytygodniowe wakacje. Im gorsza sytuacja materialna rodziców, tym większe kłopoty.

Bo ci, których na prywatne opiekunki nie stać, raczej ograniczą swoją aktywność ekonomiczną. Będą urywać się z pracy pod każdym możliwym pretekstem albo zmniejszą liczbę przyjmowanych zleceń. Efekt? Ucierpią i gospodarka (mniejszy PKB), i oni sami (niższe dochody to mniejsze prawdopodobieństwo rodzinnego wyjazdu na urlop). Innym sposobem (charakterystycznym dla takich gospodarek, jak Polska, Grecja czy Portugalia) jest wyciąganie z rynku pracy pokolenia dziadków. Sam znam kilka przypadków przejścia na wcześniejszą emeryturę, żeby pomóc ciężko pracującym dzieciom w opiece nad wnukami. Nie trzeba chyba dodawać, że z punktu widzenia całej gospodarki to też mało korzystne rozwiązanie. Bo z rynku pracy znika osoba, która mogłaby jeszcze przyczyniać się do wzrostu PKB. A tak budżet musi jej płacić (skromne, bo skromne, ale zawsze) uposażenie emerytalne.

Maskowanie problemu

To tylko jeden z przykładów paradoksów polskiego państwa ćwierćsocjalnego. Może nie jest on uniwersalny. Może gdzieś w Polsce jest z opieką wakacyjną lepiej, gdzieś indziej znów jeszcze gorzej. Wielu może też powiedzieć, że w związku z nową ustawą przedszkolną i tak czeka nas w najbliższych latach na tym polu prawdziwa rewolucja. A jednak wydaje mi się, że temat jest. I że konstruując nasze nadwiślańskie państwo dobrobytu, popełniliśmy (i popełniamy nadal) zasadniczy błąd już na poziomie założeń. Twierdzimy bowiem, że nas na nie stać. Że nie jesteśmy Szwedami ani Niemcami.

I że kraj na dorobku musi wydatki trzymać w ryzach. W tym rachunku nie bierzemy jednak pod uwagę kosztów takiej decyzji. Jesteśmy jak sknera, kupujący 30-letni rozklekotany samochód, w którym nie działają pasy i hamulce. I cieszymy się, że udało się nam ruszyć. Niestety, nasza radość potrwa tylko do pierwszego ostrego zakrętu. Zacznijmy od faktów. Według Eurostatu na tzw. państwo dobrobytu wydajemy w Polsce 18,9 proc. PKB (to najnowsze dane za 2010 r.). Na tle reszty Europy to naprawdę mało. Kraje takie jak Francja, Niemcy czy Skandynawowie przeznaczają na ten cel ok. jednej trzeciej dochodu narodowego. Czyli w liczbach bezwzględnych o wiele więcej niż my.

Biją nas na głowę nawet takie ikony anglosaskiego ekonomicznego liberalizmu jak Wielka Brytania (28 proc. PKB) i Irlandia (29,6 proc. PKB). Od Polski mniej chętni do inwestowania w instytucje opiekuńcze są tradycyjnie tylko Rumuni, Bułgarzy i państwa bałtyckie (z wyjątkiem Litwy) oraz Słowacy. Kiedy analizujemy statystyki, rzuca się w oczy jeszcze jeden wyraźny trend. Choć polski PKB rozwijał się w ciągu ostatnich 20 lat w solidnym tempie 4–5 proc. rocznie, to rządzący nami politycy bynajmniej nie palili się do tego, by ten impet przełożyć na rozbudowę instytucji opiekuńczych w kierunku modelu zachodnioeuropejskiego. Było wręcz odwrotnie.

Według wieloletnich danych OECD odsetek PKB wydawany w Polsce na państwo dobrobytu nieznacznie spadł z 22 proc. w 1995 r. do dzisiejszych 19–20 proc. Jeśli kogoś nie przekonuje tak ogólne spojrzenie, sprawdźmy nieco głębiej. Najgorzej sytuacja wygląda w polityce rodzinnej. Według najnowszych danych Eurostatu Polska od lat wydaje na ten kluczowy składnik państwa dobrobytu zaledwie 0,8 proc. swojego PKB. Najmniej ze wszystkich krajów Unii (europejska średnia to 2,3 proc.). Z taką sumą niewiele można zrobić, w naszym systemie dominują więc bardzo niskie świadczenia. Wynoszą one od 77 do 115 zł miesięcznie (w zależności od wieku dziecka).

Wątpię, czy znajdzie się śmiałek, który będzie dowodził, że można za ich pomocą skutecznie rozwiązać jakiekolwiek problemy społeczne. Jednocześnie świadczenia obwarowane są bardzo niskim kryterium dochodowym. Przez lata zamrożonym, i to pomimo inflacji. Lekko ruszyło się dopiero niedawno (w listopadzie 2012 r.). – Efekt jest taki, że w latach 2005–2011 prawo do świadczeń rodzinnych utraciło ponad 800 tys. dzieci. Ale nie dlatego, że poprawiła się ich sytuacja materialna, lecz właśnie z powodu zamrożenia progu dochodowego – wylicza Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej UW. Jest też świadczenie uniwersalne w postaci tzw. becikowego.

Wprawdzie wyższe (1 tys. zł), ale za to jednorazowe. Na dodatek realna wartość tej zapomogi spadła w latach 2006–2011 (po uwzględnieniu inflacji) o 20 proc. Trudno nazwać to wszystko inaczej niż nieudolnym maskowaniem problemu, bo przecież nie realnym pomaganiem. – Większość społeczeństwa milcząco zaakceptowała więc fakt, że państwo opiekuńcze nie pomoże zatroszczyć się o rodzinę. Skutek był taki, że media i politycy, którzy z natury reprezentują interesy klasy średniej, kompletnie stracili zainteresowanie tematem polityki społecznej. Jakoś sobie nie przypominam, by minister finansów Jacek Rostowski i prof. Leszek Balcerowicz spierali się o te problemy równie zajadle, co na przykład o OFE – dodaje Szarfenberg.

Pewne nadzieje można wiązać z prorodzinną ofensywą ustawodawczą zapowiedzianą po wyborach 2011 r. przez rząd Donalda Tuska. Jej koronny projekt to inicjatywa wydłużenia zasiłków rodzinnych. Technokratyczna PO nie widzi w niej rzecz jasna drogi do rozbudowania państwa socjalnego, lecz raczej zachętę, by Polacy mieli więcej dzieci. Można jednak zakładać, że przy okazji coś skapnie również instytucjom opiekuńczym. Przecież, zgodnie z projektem ustawy przedszkolnej, od 2017 r. nasz kraj ma być miejscem, gdzie opieka w państwowych placówkach będzie przysługiwać wszystkim dzieciom.

I to po cenach dużo niż- szych niż dotychczas. Ustawa ma pozwolić nam wyjść naprzeciw alarmującym raportom OECD, z których wynika, że dziś poziom upowszechnienia opieki przedszkolnej wśród polskich dzieci wynosi ok. 60 proc. Przy unijnej średniej rzędu 90 proc. Jak na razie wygląda na to, że rząd, owszem, sformułował cele i obarczył ich realizacją samorządy, ale ciągle nie przewidział odpowiednich mechanizmów sfinansowania tych celów. Według niektórych wyliczeń możliwe, że dostaną one ledwie jedną trzecią potrzebnych środków. Jednocześnie prawo zabrania im wprowadzenia jakichkolwiek dodatkowych opłat ponad te przewidziane w ustawie.

Czy tak sztywno zaprojektowany system się domknie? Czy rząd rozważył wszystkie skutki uboczne? Czy mamy plany awaryjne? Żeby nie było tak, że przedszkole będzie. Tylko na przykład tak daleko od miejsca zamieszkania, że upowszechnienie edukacji na tym etapie stanie się fi kcją. Czy nie trzeba będzie wkrótce ustawy nowelizować, pozwalając samorządom wprowadzić dodatkowe opłaty? Albo nieco je zróżnicować ze względu na dochody rodziców (tak jak na przykład w przedszkolach niemieckich)?

Pomoc nakręca popyt

Ale inicjatywa przedszkolna jest i tak jednym z jasnych wyjątków na mapie polskiego państwa ćwierćsocjalnego. Bo jeśli spojrzeć na inne dziedziny, tam nie ma nawet takich inicjatyw. Na opiekę zdrowotną wydajemy 4,8 proc. naszego PKB. Biją nas w Europie wszyscy prócz Rumunów i Bułgarów. Cała Unia łoży na ten cel średnio 8,4 proc. PKB. Na walkę z bezrobociem przeznaczamy 0,4 proc. dochodu narodowego. Unijna średnia to 1,7 proc. Na politykę mieszkaniową 1,1 proc., a reszta Europy 3,4 proc. Wszędzie diagnoza jest podobna: nie jesteśmy w stanie wyjść z pułapki ćwierćsocjalności.

Inwestujemy w nadwiślańskie państwo wystarczająco dużo, by odczuł to budżet państwa. Ale jednocześnie zbyt mało, by inwestycja państwa dobrobytu zaczęła przynosić oczekiwane rezultaty. Jakie konkretnie? Zacznijmy od innego przykładu. Rok temu mieszkałem z rodziną przez 10 miesięcy w Berlinie. Zima była sroga i moja córka przyniosła z przedszkola wirus grypy. Zaraziła cały dom. Najdłużej trzymałem się ja, ale w końcu i tak skapitulowałem. Pani doktor, przepisując lek, spytała  mimochodem, czy ma mi wysłać kogoś do  pomocy. „Do pomocy?” – zapytałem z niedowierzaniem. Okazało się, że moje najbardziej  standardowe ubezpieczenie zdrowotne zawierało następującą możliwość.

Gdy wszyscy  domownicy są chorzy, państwo może wysłać  takiej rodzinie kogoś do pomocy. „Tym Niemcom faktycznie z dobrobytu poprzewracało  się w głowach” – pomyślałem w pierwszej  chwili. Ale gdy się nad tym zastanowiłem,  zrozumiałem, że mają rację. Taka osoba cudów nie dokona, najwyżej zrobi zakupy albo  odprowadzi dziecko do przedszkola i je stamtąd odbierze. Ale chory może odpocząć i pokonać chorobę w dwa dni. Tak by trzeciego  dnia pojawić się w pracy w pełni sił. U nas  taki chory chodziłby pewnie z grypą, dopóki  sił by mu starczyło. A potem rozłożył się na  dobre na tydzień lub dwa. I która gospodarka  wyszłaby na tym lepiej? Trochę na tej samej zasadzie działa cała  idea państwa socjalnego. Aby przyjąć to do  wiadomości, trzeba na chwilę oderwać się od  całego negatywnego bagażu, jakim to pojęcie  jest u nas obarczone.

Czyli po pierwsze od  wspomnienia realnego socjalizmu sprzed  1989 r., bo wówczas żadnego państwa dobrobytu nie było. A już na pewno nie było w nim  nic, co moglibyśmy dziś chcieć naśladować.  Po drugie, musimy uwolnić się od dogmatycznie liberalnej narracji, którą karmi się  od 20 lat spora część polskiej publicystyki  i polityki ekonomicznej. Według niej „socjał” (określenie samo w sobie pogardliwe)  to pieniądze wyrzucone w błoto. Mechanizm  skutkujący rozleniwianiem benefi cjentów,  tworzeniem bezmyślnych safandułów i zabijaniem zdrowego ducha przedsiębiorczości. 

Nic bardziej mylnego. Państwo opiekuńcze to  nie idealistyczna mrzonka, za pomocą któ- rej bogatsza część społeczeństwa uspokaja  swoje sumienie wobec społecznych dołów.  Państwo dobrobytu – jeśli zostanie dobrze  skonstruowane – może stanowić wartościową  inwestycję, która bardzo szybko przyniesie  atrakcyjną stopę zwrotu. Już choćby przez  to, że nakręci popyt wewnętrzny.  Niedawno Narodowy Bank Polski w swoim  raporcie o stanie polskiej gospodarki dowodził, że tym, co prowadzi do wyhamowania  naszego wzrostu, jest tzw. bariera popytu.

Ten  problem nie jest tylko wynikiem trwającej od  kilku lat ogólnoeuropejskiej recesji. To również efekt obserwowanej od 20 lat stagnacji  polskich płac (pisaliśmy o tym szerzej w tek- ście pt. „Cztery zmory polskiej pracy” w magazynie z 17–19 maja 2013 r.). I to głównie  dlatego, iż mimo że PKB przez ostatnie 20 lat  sporo urósł, to średnio zarabiający Polak ma  problem z tym, by zjeść kolację na mieście,  wyjść do teatru czy wyjechać zimą na narty  albo posłać dzieci na kolonie. Raczej kilka  razy ogląda każdy grosz, zanim go wreszcie wyda. Mamy więc mniejszy popyt, który  nie napędza gospodarki. I dlatego tak wielu  drobnych biznesów w ogóle nie ma szans  wystartować.

Kto miałby przychodzić do tych  wszystkich knajpek, sklepików czy biur podróży? Przecież nie pracująca biedota. Czyli  ludzie, którzy nawet mają pracę, ale zarobki, które im ona przynosi, wystarczają tylko  na to, by zaspokoić najbardziej podstawowe  potrzeby. A według Eurostatu w takiej  sytuacji jest mniej więcej co dziesią- ty Polak. I pod tym względem  jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce. W większości krajów Zachodu pań- stwo dobrobytu jest właśnie  po to, by umożliwić klasie  niższej i dolnej części klasy  średniej życie na poziomie,  który pozwoli im na poważnie uczestniczyć  w gospodarce. Co pozwala z nawiązką  spłacić wydatki zaciągnięte na inwestycje  związaną z rozbudową państwa dobrobytu. 

Inwestycja, nie jałmużna

Pobudzanie popytu to nie wszystko. Posiadanie sprawnego państwa dobrobytu opłaca  się również w dłuższym okresie. W 2009 r.  sporo kontrowersji wywołała na Zachodzie  książka emerytowanego socjologa z Uniwersytetu w Nottingham Richarda Wilkinsona i epidemiolożki z NYU Kate Pickett pt.  „Duch równości” (w Polsce wydano ją dwa  lata później, ale przeszła bez echa). Wiele  wyjaśniał już sam podtytuł: „Tam, gdzie panuje równość, niemal zawsze wszystkim  żyje się lepiej”. Pickett i Wilkinson pokazywali w niej, jak zmniejszanie nierówności  społecznych sprawia, że znacząco poprawia  się jakość życia wszystkich grup społecznych. Nie tylko (co oczywiste) tych biedniejszych, ale również klas średniej i wyższej.  Nowatorskie było w wypadku ducha równości to, że autorzy wychodzili poza klasycznie rozumiane bogactwo ekonomiczne.

I dowodzili na przykład, że w bardziej  egalitarnych społeczeństwach jest mniej  problemów z nadużywaniem twardych narkotyków, zdrowiem psychicznym, otyłością,  nastoletnimi ciążami czy przestępczością  nieletnich. W takich miejscach występuje  też zdecydowanie wyższy poziom zaufania i kapitału społecznego. Do podobnych wniosków, tyle że już na polskim gruncie, doszedł  mniej więcej w tym  samym czasie Rafał  Halik z Zakładu Organizacji i Ekonomiki Ochrony  Zdrowia Instytutu Zdrowia Publicznego. W książce  „Zdrowie” opisał Polaka, który według wszelkich  badań epidemiologicznych i demograficznych będzie miał  najkrótsze życie spośród  wszystkich rodaków. Samotny,  bezrobotny, otyły, palący mężczyzna, zamieszkujący w niewielkim  popegeerowskim miasteczku, który  dla pokonania rozterek egzystencjonalnych mniej lub bardziej popija. 

Z punktu widzenia gospodarki narodowej niewielki z niego pożytek.  Czy można wydłużyć mu życie i sprawić, by przyczyniał się do zwiększania PKB? Oczywiście! Powinniśmy  tylko przekonać go, by prowadził  mniej stresujący tryb życia, zapisał  się do klubu fi tness w pobliskim  mieście, rzucił palenie oraz urozmaicił dietę świeżymi owocami. Był  łagodny i życzliwy. Zaczął być obywatelem uczestniczącym w życiu  lokalnej społeczności. Nawiązywał  kontakty z innymi ludźmi, był lojalny  wobec swojej partnerki. Nie bał się  kształcić, zdobywać wiedzę i umiejętności. A nudę zwalczał umiarkowanym wysiłkiem na świeżym powietrzu. „Niestety, człowiek ten,  nawet gdyby zapalił się do tego  pomysłu, zderzyłby się z murem realiów. Raczej trudno radzić sobie ze stresem w sytuacji  długotrwałego bezrobocia, poza  tym infrastruktura na terenach  popegeerowskich jest na tyle słaba, że trudno byłoby mu regularnie  odwiedzać klub fi tness. Nie mówiąc  już o braku pieniędzy na zakup świeżych owoców i warzyw” – pisze Halik.

Z tej perspektywy jedynym sposobem na  włączenie takiego Polaka z powrotem do  gospodarczej machiny jest oparcie się na  pomocy instytucji państwa dobrobytu.  To spora inwestycja. Ale i ten wydatek ma spore szanse na satysfakcjonujący zwrot. Zdeklarowani przeciwnicy państwa  socjalnego często argumentują, że budowa  jego zrębów nad Wisłą nie ma sensu, bo pomoc socjalna i tak nie trafi do tych, do których trzeba. Na przykład Andrzej Rzońca  z Forum Obywatelskiego Rozwoju (a obecnie członek Rady Polityki Pieniężnej) już  w 2007 r. w pracy pt. „Rozwój i solidaryzm  – czy możliwy jest konsensus?” dowodził: im  kraj ma słabszą administrację, tym większe  jest prawdopodobieństwo, że wydatki socjalne trafi ą szerszym strumieniem raczej do  najbogatszych niż do najuboższych.

We Włoszech na przykład do pierwszego kwintyla  (czyli 20 proc. społeczeństwa o najniższych  dochodach) trafi a zaledwie 11,6 proc. transferów socjalnych. Do górnego kwintyla aż 26,4  proc. Nawet w przypadku Niemiec ta relacja  układa się mniej więcej 20 do 21 proc. na korzyść najbogatszych. Rzońca zaczerpnął swoje  dane z pracy dwóch ekonomistów z Uniwersytetu w Alicante Dollores Collado i Inigo  Iturbe-Ormaetxe. Nie zaznaczył jednak, że  dane zawierają w sobie również świadczenia  emerytalne oraz na służbę zdrowia. Czyli wydatki na systemy, które w większości krajów  Europy Zachodniej są publiczne i właśnie ich  wielką siłą (a nie słabością) jest to, że korzystają z nich wszystkie warstwy społeczne. Nieco więcej światła na problem z dobrym  zaadresowaniem instytucji państwa dobrobytu rzuciła w 2008 r. Anna Kurowska z Uniwersytetu Warszawskiego. W pracy pt. „Do  kogo trafiają transfery socjalne w Polsce?”  wskazała na pewne aberracje. Choćby takie,  że pierwszy decyl (czyli najbiedniejsze 10 proc.  społeczeństwa) dostaje ok. 10 proc. pomocy  socjalnej. Czyli mniej więcej tyle samo, ile  decyl szósty i siódmy. A więc ludzie, którzy  nie są w aż tak palącej potrzebie. 

Nie tylko dla najbiedniejszych

Ze wszystkich błędów w konstrukcji istniejącego systemu trudno jednak robić argument, że marzenia o sprawnym napędzającym gospodarkę i wyrównującym różnice  społeczne państwie dobrobytu należy porzucić. Zwracał na nie uwagę już w latach 70.  słynny ekonomista Arthur Okun, porównując  mechanizmy redystrybucji do przeciekającego wiaderka. Wiadomo, że podczas transportu część wody się wyleje. Ale co zrobić, jeśli  nie ma pod ręką innego narzędzia do ugaszenia ogniska. Ryszard Szarfenberg z UW  uważa wręcz, że transferów socjalnych nie  wolno ograniczać tylko do najbiedniejszych.  – Argument, by pomoc trafiała tylko na absolutne doły społeczne, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Bo klasa średnia  musi poczuć, że polityka społeczna leży także  w jej interesie. Jeśli już kogoś należy z tego  systemu wykluczać, to jedynie tych absolutnie najbogatszych – dodaje Szarfenberg. I jeszcze jedno. Wielu polskich publicystów ekonomicznych uważa, że budować nad  Wisłą państwa opiekuńczego nie warto, bo  rzekomo sam bogaty Zachód od tej koncepcji odchodzi. Dowodem mają być tu cięcia  wydatków rządowych w krajach południa  Europy czy Wielkiej Brytanii. Tymczasem  pogłoski o śmierci zachodniego państwa dobrobytu są mocno przesadzone. Jest dokładnie odwrotnie. Najlepiej przez kryzys przechodzą te gospodarki, które mają sprawne  państwa socjalne – poddane tylko lekkiemu  liftingowi – takie jak Niemcy czy Szwecja.  – Tamtejsze reformy były zmianami racjonalizatorskimi, nie podważeniem całego  fundamentu. W Szwecji jednym z głównych  punktów sporu było to, ile powinien wynosić zasiłek dla bezrobotnych. Konserwatywny rząd chciał obniżyć jego wysokość do 65  proc. poprzedniej pensji. Opozycja upierała  się przy utrzymaniu 75 proc. Podobnie było  w Niemczech pod rządami Gerharda Schroedera – uważa ekonomista z Uniwersytetu  w Cambridge Ha Joon-Chang. Jego zdaniem  mocnym przekłamaniem jest również twierdzenie, jakoby obecny kryzys został wywołany przez to, że europejskie rządy przez lata  prowadziły nieodpowiedzialną politykę fi - skalną i żyły ponad stan, głównie pompując  ciężkie miliardy na rozbuchane państwo  socjalne. – To irytujący absurd. Z wyjątkiem  Grecji wszystkie kraje, które są dzisiaj w zadłużeniowej pułapce, miały zrównoważone  finanse publiczne. Wiele państw, jak Irlandia  albo Hiszpania, notowało wręcz budżetowe  nadwyżki. Ich kłopoty nie wzięły się więc  z tego, że tak bardzo rozpieszczały swoich  obywateli dobrodziejstwami państwa socjalnego. Mamy tu raczej do czynienia z efektem  dramatycznego spadku wpływów podatkowych spowodowanego recesją, którą z kolei wywołał kryzys finansowy. Do tego doszło ratowanie sektorów bankowych w tych  krajach z publicznych pieniędzy – dodawał  w rozmowie z DGP. Może po tym wszystkim warto łaskawszym  okiem spojrzeć na samą koncepcję państwa  opiekuńczego. Zamiast w kółko powtarzać, że nas na nie nie stać.