Wojna domowa zabija syryjską gospodarkę

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
15 sierpnia 2013, 14:03
Ludzie cierpią nie tylko wskutek walk zbrojnych, lecz także najwyższej na świecie inflacji. Ceny podstawowych produktów podrożały kilkukrotnie.

Trwające od ponad dwóch lat walki między zwolennikami a przeciwnikami prezydenta Baszara al-Asada nie są jedynym problemem Syryjczyków. Na co dzień niemal równie mocno doskwiera im inflacja – obecnie najprawdopodobniej najwyższa na świecie – która skutecznie uniemożliwia prowadzenie w miarę normalnego życia.

Wojna domowa – a dokładniej brak rozstrzygnięcia w niej – dokonała prawdziwego spustoszenia w syryjskiej gospodarce. Wydobycie ropy naftowej zmniejszyło się z 380 tys. do 20 tys. baryłek dziennie. Produkcja rolna i przemysłowa oraz obroty handlowe spadły o dwie trzecie w porównaniu z poziomami sprzed wybuchu rebelii. W efekcie bezrobocie sięga 60 proc., a według szacunków ONZ liczba Syryjczyków żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrosła z 1 do 19 proc. Jeśli chodzi o sytuację gospodarczą, to mieszkańcy Damaszku czy Aleppo najmocniej narzekają na szybki wzrost cen.

Ile dokładnie wynosi inflacja, nie wiadomo, bo ostatnie oficjalne dane banku centralnego – 49,5 proc. – pochodzą z listopada zeszłego roku. Ale wicepremier ds. gospodarczych Kadri Dżamil w jednym z wywiadów mówił, że na koniec 2012 r. wynosiła ona ok. 120 proc., zaś Steve Hanke, ekonomista z John Hopkins University w Baltimore, szacuje, że w lipcu tego roku syryjska inflacja osiągnęła 213 proc. Ze wszystkich państw świata porównywalny poziom ma jedynie – według nieoficjalnych szacunków – Wenezuela.

>>> Czytaj też: Wojna w Syrii: Obama obiecał 300 mln dolarów na pomoc humanitarną

Przed wojną kurs syryjskiej waluty utrzymywał się na dość stabilnym poziomie 47 funtów za jednego dolara. Jeszcze w lutym za dolara trzeba było płacić 70 funtów syryjskich. Dziś na czarnym rynku cena wynosi 220–240, a w przez pewien czas doszła nawet do 325 funtów. Najważniejszą przyczyną tego skoku jest spadek produkcji, ale dołożyły się do tego także inne czynniki – gwałtowny wzrost cen ropy i ucieczka za granicę wielu najbogatszych Syryjczyków, oczywiście wraz z kapitałem. W efekcie ceny nawet podstawowych produktów są dziś kilka razy wyższe w porównaniu z zeszłym rokiem, a ci, którzy przed załamaniem się krajowej waluty nie wymienili jej na dolary, zostali z niczym. To pogarsza zwłaszcza sytuację klasy średniej, która próbuje w miarę normalnie funkcjonować mimo toczącego się konfliktu.

Aby zatrzymać inflację i postępującą dolaryzację gospodarki, na początku sierpnia reżim Asada zabronił używania obcych walut jako zapłaty za towary czy usługi. Za złamanie tego zakazu grozi kara od roku do trzech lat więzienia, jeśli kwota wynosi mniej niż 500 dol., oraz do 10 lat więzienia plus ciężkie roboty w przypadku kwoty wyższej. Ale wygląda to na martwy przepis – Syryjczycy niezrażeni karami nadal uważają dolary, ewentualnie euro, za najpewniejszy środek płatniczy. I to jest jedna z niewielu rzeczy, która łączy zwolenników i przeciwników Baszara al-Asada.

Jak szacuje ONZ, w ciągnącym się od marca 2011 r. konflikcie zginęło już ok. 100 tys. osób.

>>> Czytaj też: Porwania: ten biznes rozwija się szybko i globalnie

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj